W Irkucku spotkalismy sie z Klimem, ktory wraz ze swymi kolezankami z pracy pomogl nam zaplanowac najblizsza przyszlosc nad Bajkalem (choc moze ”zaplanowac” to zbyt duze slowo w naszym przypadku).

Tym sposobem, ponad 2 tyodnie temu wyruszylismy na Olchon. Chcielismy jednak wczesniej odwiedzic miejsce zwane Buchta Aja (wiecie, skad nazwa? jeden z rosyjskich przewodnikow podaje, ze od okrzyku pewnego czlowieka: ”ajajaj, jak tu pieknie!”). Tam znajduja sie rysunki naskalne, ktore chcielismy zobaczyc.
Dojechawszy do miejscowosci Jelancy marszrutka przekonalismy sie po raz kolejny, jak roznie Rosjanie traktuja pojecie odleglosci. Kiedy mowilismy miejscowym, ze chcemy z Jelancow dojsc do Buchty pieszo, lapali sie za glowe i mowili, ze to daleko, z 50 km i trzeba zalatwic kierowce. Z mapy jednak wynikalo jasno, ze do przejscia mamy gora 15 km. Ponadto nikt z osob, ktore odradzaly nam marsz… nigdy tam nie byl. Coz, miedzy wioskami rozrzuconymi wsrod gor, gdzie samochod to podstawa, odleglosci dziela sie na ”do najblizszej wioski, blisko” oraz ”ponad 5 km, czyli daleko”.
Mapa nas nie oszukala i ruszylismy w kierunku gor z postanowieniem pokonania trasy pieszo. Fragment wiodacy po asfaltowej drodze udalo nam sie jednak przejechac, gdyz… zlapal nas stop. Nie my jego, ale on nas. Mily pan mieszkajacy w jednej z wiosek podrzucil nas lazikiem do szlaku zaczynajacego sie u stop gor.
I tak wedrowalismy przez jedna gore, doline, znow gore, a potem kolejna i dalej… Az w koncu, na jeszcze jednym podejsciu, z chmur wylonil sie… Bajkal. Wzial nas z zaskoczenia choc szlismy myslac o tym kiedy te gory sie skoncza. Tak zobaczylismy go po raz pierwszy – zdjecie nie oddaje jednak niczego. Spedzilismy chyba z pol godziny (a moze dluzej? nie wiem) na siedzeniu/staniu na skalach i wpatrywaniu sie w jezioro, ktore nie na darmo ludzie nazywaja morzem. Obok Bajkalu nie mozna przejsc obojetnie. Zobaczysz raz i od razu zrozumiesz, dlaczego cala miejscowa mitologia kreci sie wokol niego.
Na Buchcie Aja spedzilismy noc; petroglifow nie znalezlismy, ale i tak bylo fajnie 🙂 Potem dowiedzielismy sie, ze owszem, sa, ale na stromych skalach nad sama woda i dojsc do nich bardzo trudno.
Gory w rejonie Buchty Aja przedstawiaja soba krajobraz stepowy; wieczorem rozpalilismy wiec ognisko palac stare, ulubione, ale podarte juz spodnie Bronka, na ktorych przygotowalismy zupki chinskie i herbate ;). Chlopaki zasypiali na zewnatrz obserwujac wschod ksiezyca nad Bajkalem.
Rano, kiedy wstalismy, okazalo sie, ze Gucio pobiegl na przeciwlegla gore przy Buchcie Aja by obejrzec swit z innej perspektywy i rozejrzec sie po okolicy z gory. Relacja byla na tyle zachecajaca, ze Bronek zwinal sie potem szybko, wzial plecak i poszedl ta sama droga na gore. Co prawda padal deszcz, ale zdecydowanie bylo warto wdrapac sie na szczyt i przejsc grania. Tymczasem reszta zwinela oboz do konca i po skalach zeszla na dol, w doline, gdzie spotkalismy wesola grupke rybakow – Buriatow i Rosjan. Nie tylko dostalismy swieze omule – tutejszy przysmak – ale z okazji urodzin jednego z rybakow, zostalismy tradycyjnie ugoszczeni procentami. Ciglis, jako najstarsza z nas, dostala najbardziej reprezentacyjna i konkretna dawke przezroczystego plynu w kieliszku, ale byla bardzo dzielna, czym zaskarbila sobie szacunek u Buriatow. Tym sposobem zyskalismy transport do najblizszej asfaltowej drogi, gdzie jezdzily samochody na Olchon.
Do promu (MRS) dostalismy sie bez problemow, po kretych drogach bajkalskich (stala praktyka kierowcow jest jechanie po wzgorzach i stepach, gdyz glowna droga zwyczajnie nie nadaje sie do jazdy). Prom dla pieszych jest bezplatny i kursuje dosc czesto. Nasz nazywal sie ”Wrota Olchonu”. Tak dostalismy sie na jedna ze swietych wysp Bajkalu. I tu zaczela sie zabawa.
Najwieksza wioska na wyspie, do ktorej prowadzi jedyna asfaltowa (mniej wiecej) droga, nazywa sie Huzir.   Jada tam wszyscy kierowcy, jednak wiekszosc miala juz komplet w autach. Trzech Buriatow na lekkim rauszu zaproponowalo nam transport, ale po cenie, na ktora nie moglismy sie zgodzic. Pelni nadziei podziekowalismy wiec i ruszylismy droga wglab wyspy. Nie czekalismy dlugo – kilka kilometrow vpieriod podwiozla nas pani pracujaca w jednej z baz turystycznych. Przygotowani na metode krotkich, acz czestych stopow ruszylismy dalej, gdy nagle… z bocznej drozki, lekko sie kolyszac i glosno halasujac, wytoczyla sie maszyna z naszymi Buriatami. Kierowca, ktory przy promie podal nam cennik spal na tylnim siedzeniu, kompletnie zrobiony. Ostatni trzezwy czlowiek w aucie zmienil go za kolkiem. Drugi, siedzacy na miejscu pasazera wytlumaczyl nam, ze skoro ich kolega spi, oni sami chetnie zabiora nas do Huziru za darmo. Wrzucili nasze plecaki na pake, a my, sciskajac sie i starajac zajmowac jak najmniej miejsca, wtloczylismy sie do szoferki (co i tak nie obudzilo spiacego bylego kierowcy).
Ruszylismy do przodu, opowiadajac sobie wzajemnie o Polsce i Syberii, co jakis czas zerkajac nerwowo wstecz, czy nasze plecaki na pewno jeszcze sa na miejscu. Klekoczac i trzeszczac, nasz wehikul ruszyl do przodu. Nagle, podczas podjazdu pod gorke, zgasl silnik i… zaczelismy toczyc sie do tylu. Buriaci spojrzeli po sobie, jakby nie robilo to na nich najmniejszego wrazenia.
– Znaaak! – zdazyl krzyknac Gucio, ale bylo juz za pozno. Skasowalismy znak drogowy i wtarabanilismy sie do rowu (na szczescie niezbyt glebokiego). Kierowca sprobowal zapalic, ale nic z tego. Wzruszyl ramionami i ze stoickim spokojem, wysiadajac z auta oznajmil, ze benzyna sie skonczyla.
– Nie piereziwajtie, vsjo normalno – rownie obojetnie powiedzial do nas Buriat siedzacy na miejscu kierowcy.
Awarie tego typu musialy byc norma, bo jak gdyby nigdy nic kierowca wyciagnal kanister z benzyna, dolal paliwa i pojechalismy dalej.
Kolejny przystanek czekal nas przy swietym miejscu oznaczonym przez slupy serge obwieszone kolorowymi wstazkami. To miejsce poswiecone przodkom i duchom gor. A ze przodkowie to wazni czlonkowie rodziny, wiec z rodzina trzeba sie napic. Rozpoczely sie goraczkowe poszukiwania flaszki po calym aucie, ale poszukiwany obiekt nie zostal zlokalizowany (prawdopodobnie ktos sie nim zaopiekowal odpowiednio duzo wczesniej), wiec skonczylo sie na pospiesznie wypalonym papierosie z duchami przodkow.
I tak, nasza radosna podroz zakonczyla sie w Huzirze – glownej wiosce Olchonu.
Huzir jest mloda wioska, powstala pod koniec lat 30 po to aby zgromadzic rdzenna ludnosc w miare mozliwosci w jednym miejscu, a takze (byc moze glownie) aby zbeszczescic swiete miejsce Buriatow – skale Szamanke. Wedle wierzen miejscowych to rezydencja ducha-wladcy Bajkalu. Ponoc szamani, wchodzacy w trans widza ja w postaci przezroczystego palacu.
Gdzie spalismy w Huzirze? Wokol jest sporo schronisk i hosteli, my jednak wybralismy z gory opcje namiotowa (w koncu po cos go dzwigamy). Znajdowalismy sie jednak juz w strefie parku narodowego, wiec nie chcielismy zaczynac naszej przygody z Olchonem od mandatu. Zrzucilismy nasze plecaki pod sklepem, obcy w obcej wiosce, nie majac pojecia co mozna, a czego nie. I nagle do sklepu weszlo dwoch facetow z polskimi napisami na koszulkach.
– Ja powiem dzien dobry, ja, ja, ja! – krzyknal Bronek spragniony kontaktu z jakimkolwiek Polakiem, ktory nie jest kims z nas, radosnie wbiegajac do sklepu.
Tak poznalismy Rafala i Wienia, motocyklistow objezdzajacych Syberie w celu wspierania Polakow na wschodzie (http://www.wschod-zachod.org.pl/). Swa podroz zakoncza w Wierszynie, polskiej wiosce w srodku tajgi, gdzie 7 lipca bedzie swieto 100 lecia wmurowania kamienia wegielnego pod kosciol.
My z Huziru ruszylismy na polnoc wyspy, poczatkowo nie do konca wiedzac, co obrac sobie za cel. Planowalismy spedzic na Olchonie 3-4, maksymalnie 5 dni. Spedzilismy chyba z 8.
Pomnik zolnierzy poleglych w II wojnie swiatowej w Huzirze
w drodze…
 Mys Budun, niedaleko ktorego nocowalismy w lesie.
 Kiedy opuszczalismy Huzir przypaletal sie do nas czarny kundel z przykrotkimi lapami, ktory wedrowal z nami prawie 2 dni. Nawet w nocy wlazl pod material namiotu i spal w przedsionku. Nazwalismy go Blin. Blin biegal przed nami po stepie niczym racza gazela, a potem czekal na nas przy drodze, zazwyczaj wygodnie usadzony w cieniu jakiegos samotnego drzewa lub krzaka. Opuscil nas w jednej z wiosek, ale wpadl sie przywitac kilka dni pozniej, kiedy wrocilismy do Huziru.
Wreszcie, po 2,5 dniach marszu, dotarlismy do wsi Uzury, gdzie nie ma nic oprocz stacji meteorologicznej, stadniny koni i malego sklepu-kafeszki serwujacego kawe 3 w 1. Ale bardzo dobra kawe 3 w 1! Kilka razy dziennie do Uzury przyjezdzaja ulazy przywozace wycieczki. Zadziwiajace, ale na Olchonie naprawde niewielu jest pieszych turystow. Kiedy my zblizalismy sie do wsi, brudni, z wielkimi plecakami i kijami w rekach, juz z daleko zostalismy obfotografowani przez… niemieckich turystow. Nadziwic sie nie mogli, ze idziemy piechota.
Panoramka Uzury wykonana przez Bronka. Jest z niej bardzo dumny, wiec docencie!
Dzien odpoczynku oczywiscie skonczyl sie tak, ze wiekszosc naszej ekipy wybrala sie na Mys Hoboj – najbardziej na polnoc wysuniety cypel Olchonu, z ktorego przy dobrej pogodzie widac polwysep Swiety Nos. Przejscie i powrot zajmuje ok. 7-8 godzin. Ale warto!
Marta w obozie
Droga na Mys Hoboj wiedzie pod gore…
Frasobliwa Ciglis na Hoboju
 Hoboj. Tu konczy sie swiat. A moze zaczyna?
Droga powrotna przez doline
Z Uzury wrocilismy marszrutka do Huziru. Innej opcji nie bylo. Tam po prostu NIC nie jezdzi.
Marszrutki olchonskie to ulazy, ktore chyba jako jedyne sa w stanie przejechac rozoranymi lesnymi i stepowymi drogami. I to z jaka predkoscia! Nie zlicze, ile razy bylam pewna, ze rozbijemy sie o najblizsze drzewo, ale ulaz z kazdej sytuacji wychodzil zwyciesko, udowadniajac swa zwrotnosc.
 Przez olchonski swiat z ulazem!
Ciglis i aparat Samsung NX100
Siejemy propagande! My i partnerzy naszego projektu.
Z Huziru, po dniu odpoczynku i wyprawie w poszukiwaniu murow Kurykanow, ruszylismy w strone promu.
Widok na wyspe Ogoj
 Po drodze minelismy rowerzystow z miedzynarodowego rajdu wokol Bajkalu, z ktorych wiekszosc pochodzila… z Polski! To spotkanie zainspirowalo nas do zmiany planow – mielismy ruszac do uzdrowiska Arszan, ale uznalismy, ze skoro nastepnego dnia jest 7 lipca, czyli swieto 100-lecia wmurowania kamienia wegielnego pod kosciol w Wierszynie, polskiej wiosce na Syberii, to musi byc znak – sprobujemy sie tam dostac.
I dostalismy sie! Autostopem do wsi, gdzie malo co dojezdza, a po kazdym wiekszym deszczu glowna droga jest nieprzejezdna.
Opuszczamy Huzir
Wreszcie stop na pace!
Pomnik na drodze na Irkuck
Po nocy spedzonej gdzies w polu, rano, we mgle, ruszamy do Wierszyny.
Mielismy to szczescie, ze jechalismy do Wierszyny w swieto – dzieki temu na opustoszalej drodze pojawialo sie nieco wiecej samochodow niz zazwyczaj. Ja i Marta spotkalysmy bande Buriatow i Rosjan, ktorzy – kiedy juz sie dowiedzieli, skad jedziemy, JAK jedziemy i gdzie w ogole jest ta cala Polska – za punkt honoru postawili sobie znalezienie nam transportu. I znalezli. Polska delegacje z konsulem i senatorami… Wierzcie albo nie, ale tak bylo. Sztuka zaswiadczy. 🙂 Za to Gucio z Ciglisem i Bronkiem po sporym kawalku na piechote, zlapali ciezarowke z dwojka Buriatow, z ktorych jeden powiedzial, ze ma polskie korzenie. Oni tez postawili sobie za punkt honoru odstawic cala trojke prosto na zjazd z asfaltowej drogi prosto na Wierszyne. Tam specjalnie klaksonem zatrzymali skrecajacy samochod i namowili dwojke starszych ludzi by wzieli do swojej osobowki jeszcze 3 brudasow z wielkimi plecakami. Wzieli, a co! W koncu tez jechali na swieto.
W Wierszynie uroczyste obchody rozpoczely sie msza swieta, ktorej przewodzil biskup. Nastepnie, goscie zostali ugoszczeni w iscie slowianskim stylu. A gosci bylo wielu. Delegacje, ale takze ludzie skupieni wokol syberyjskich projektow – oprocz nas byli to rowerzysci z rajdu Polska-Syberia (a trase i tempo mieli niesamowite!), ludzie objezdzajacy samochodem Mongolie i Syberie, gorscy wedrowcy oraz… nasi motocyklisci.
”To zdjecie bedzie we wszystkich albumach!” – znajdz Wally’ego.
Po czyms dla ciala, nadeszla kolej na cos dla ducha – wystepy artystyczne mieszkancow Wierszyny oraz przyjezdnych zespolow.
Dziekujemy mieszkancom Wierszyny, ksiezom i siostrom za przyjecie autostopowiczow 🙂 W wiosce posrodku tajgi mozna bylo sie poczuc niczym w Polsce, tysiace kilometrow od domu.
Nastepnego dnia, w wiekszej ekipie, dojechalismy do Irkucka, gdzie sie rozstalismy – niektorzy ruszyli w gory, inni wracali do Polski, my natomiast kierowalismy sie przez Kultuk do uzdrowiska Arszan w Sajanach. Ale to juz inna opowiesc.

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Ja - CzougAnonimowy Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ja - Czoug
Gość
Ja - Czoug

A ile sobie życzyli za przewóz? 😀

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Oj jak to czuć z tych zdjęć, że Azja.
No piękna panoramka 😀

Brat J