Do Rumunii przyszliśmy piechotą, od strony Bułgarii. Zeszliśmy z Mostu Przyjaźni po stronie rumuńskiej i po przejściu kawałka w ciemnościach, dostaliśmy latarką po oczach. Czekali na nas celnicy, którzy po skontrolowaniu naszych paszportów odprowadzili nas do bramek końcowych ostrzegając nas przed krążącymi w okolicy bezdomnymi psami.

Byliśmy zatem w Rumunii i zaczęliśmy się rozglądać za adekwatną polanką w celu przenocowania, gdy nagle ujrzeliśmy autostopowicza jadącego w odwrotnym niż my kierunku. Zgodnie z pierwszą myślą, jaka pojawiła mi się w głowie – był to Polak, Bartek, jadący do Iranu. Po raz kolejny pomyślałam, że jesteśmy chyba jednym z najbardziej mobilnych narodów na świecie.Przespaliśmy się na łące, gdzie z każdej strony przed wzrokiem ciekawskich chroniły nas wysokie trawy. Dookoła nas jeździły tiry.

Kiedy rankiem, po zwinięciu obozu, ruszyliśmy na stację benzynową, spotkaliśmy policjanta. Miał do nas tyle pytań, że chyba sam nie wiedział, od czego zacząć. W życiu nie widziałam tak zdziwionego człowieka.

Wyszliśmy na drogę i złapaliśmy stopa do Bukaresztu – zabrał nas swoim samochodem młody Rumun z matką; z miejsca polubiliśmy ten kraj za ogromną serdeczność jego mieszkańców.
Tak trafiliśmy do Bukaresztu.

Ponownie pojawiła się kwestia noclegu; ruszyliśmy więc do znajdującego się kościoła katolickiego, gdzie spotkaliśmy księdza Macieja. Wszelkie salki na plebanii były jednak zajęte z uwagi na przygotowania do odpustu na parafii. Dostaliśmy jednak telefon do Domu Polskiego – siedziby Związku Polaków w Rumunii. Większość naszych rodaków wyjechała na dożynki do Suczawy, ale w mieście została pani Irma, która miała klucze.
Trudno jest wyrazić w słowach, jak bardzo jesteśmy wdzięczni za gościnność i ciepłe przyjęcie. Dawno już nie przyszło nam mieszkać jak w domu – bo istotnie w siedzibie Związku Polaków czuliśmy się jak w domu. Kawałek polskości na rumuńskiej ziemi.

Z tego miejsca więc raz jeszcze DZIĘKUJEMY! Z pewnością jeszcze Rumunię odwiedzimy; być może w przyszłości zawitamy także do Suczawy?

Następnego dnia od rana, z przewodnikiem Bezdroży w ręku, ruszyliśmy zwiedzać rumuńską stolicę.
Budynek Muzeum Rumuńskiego Chłopa – w latach 90-tych dostało tytuł najlepszego muzeum Europy. I słusznie! Mnogość eksponatów i ciekawy sposób ekspozycji sprawiają, że można tam spędzić kilka godzin (mimo niedociągnięć przy opisach zabytków). Zdecydowanie warte odwiedzenia!
 Pomnik Michała Walecznego
Pomnik Zerowego Kilometra
Rumuni chlubią się, że są jedynym narodem wschodnioromańskim. Razem z Węgrami są wyjątkami w słowiańskim morzu Europy środkowo-wschodniej. Sąsiedztwo to znajduje odzwierciedlenie w języku (ok. 15% słów w rumuńskim jest pochodzenia słowiańskiego; u nas natomiast pozostałości kontaktów z pasterzami wołoskimi widać w słowach takich jak “baca”, “hala” czy “bryndza”). Rumunia jest państwem stosunkowo młodym; składa się na nią cała mozaika – kultury pasterzy wędrownych, Węgrzy, Sasi i wiele, wiele innych. Mimo to dzisiejsi Rumuni łatwiej uczą się włoskiego i hiszpańskiego niż angielskiego. Są też bardzo dumni ze swoich romańskich korzeni, co podkreślają niemal na każdym kroku; w każdym większym mieście stoi kopia wilczycy kapitolińskiej karmiącej Romulusa i Remusa.
Ruiny Starego Dworu
Vlad Tepes, czyli nie kto inny jak Vlad Palownik, pierwowzór wampira Draculi z osławionej powieści Stokera. Vlad był synem rycerza należącego do bractwa dragonów – stąd można wywodzić jego książkowe imię. Mimo okrucieństwa wobec swych wrogów, zapisał się w historii Wołoszczyzny jako silny władca, broniący swego ludu przed ekspansją Węgrów i Turków. Legenda o wampirze jest jednak ciągle żywa i to ona przyciąga turystów. Nic więc dziwnego, że Vlad Palownik jest postacią napędzającą rumuński biznes. Figurki wampira w mini-trumienkach, breloczki z krwiopijcą wgryzającym się w tętnice pięknej dziewczyny, koszulki czy kubeczki z nietoperzami znajdziemy w każdym sklepie z pamiątkami.
 Z rzeczy wartych zobaczenia w Bukareszcie, trzeba wymienić zajazd Manuca z początku XIX w. Manuc był bogatym, tureckim kupcem; jest to najstarszy zajazd w Bukareszcie. Co ciekawe, budynek do dziś pełni swoją funkcję – znajduje się w nim hotel i kilka restauracji.
Ostatni wieczorny spacer po Bukareszcie.
 Yorkshire terrier zaginął!
Latem, w rumuńskiej stolicy, odbywa się wiele otwartych koncertów i przedstawień teatralnych. Każdy może znaleźć coś dla siebie idąc ulicą – wszelkie te atrakcje na świeżym powietrzu są darmowe i skupiają wielu słuchaczy.
W Rumunii ciągle żywa jest uraza do Mołdawii, która niegdyś wchodziła w skład państwa. Besarabia jest wymieniona w spisie rumuńskich regionów przy pomniku Zerowego Kilometra. Wiele osób, szczególnie młodych, do dziś nie może pogodzić się z jej utratą.
Dużym i ostatnio głośnym problemem nie tylko w Bukareszcie, ale i w całej Rumunii, są watahy bezdomnych psów krążące nawet w centrum miasta. Próbowano je wyłapywać i zamykać w schroniskach, ale niestety znalazły się osoby gotowe adaptować psy tylko po to, aby po 2-3 tygodniach wyrzucić je z powrotem na ulicę. Ostatnio doszło do strasznego wypadku – zagryzione zostało 3-letnie dziecko. Dlatego też coraz częściej pojawiają się głosy za uśpieniem psów. Można się irytować, można mówić o prawach zwierząt, można obwiniać za to ludzi, lecz trzeba pojechać do Rumunii i przekonać się, że problem naprawdę jest poważny, a watahy są dużym zagrożeniem nawet w wielkich miastach.
Z Bukaresztu wyruszyliśmy na północ, do Transylwanii, gdzie za pierwszy cel obraliśmy Braszów; chcieliśmy jednak dostać się tam przez Trasę Transfogarską, przecinającą Góry Fogaras. U jej początku wznosi się zamek Poienari – prawdziwy zamek Vlada Palownika. Tutaj po raz ostatni bronił się przed Turkami, a jego żona popełniła samobójstwa. Dziś są to ruiny z manekinami nabitymi na pale straszące u wejścia.
U stóp zamku zanocowaliśmy razem ze spotkanymi Polakami. Rano obudziło nas… beczenie i dźwięki dzwoneczków. Chwilę później coś zaczęło trącać nasz namiot chcąc dostać się do menażek z resztkami naszej kolacji. Po otwarciu przedsionka zobaczyliśmy iście sielski obrazek w postaci morza owiec płynącego między naszymi pałatkami. I radośnie merdające na nasz widok psy pasterskie, tak samo białe jak wędrujące obok owieczki.
Dzień dobry…?

 

 

 

Zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy na drogę. Cel – przejechać Trasę Transfogarską. Nie było to proste, gdyż ruch nie był zbyt duży, a większość samochodów jechała załadowana. Jest to trasa wybitnie turystyczna. Warto ją odwiedzić ze względu na piękne widoki. Z praktycznego i ekologicznego punktu widzenia jej istnienie… nie ma jednak sensu. Droga przez majestatyczne niczym nasze Tatry góry Fogaras jest kaprysem Nicoale Ceaușescu, dyktatora minionej epoki, rozstrzelanego w 1989 r. Jest on odpowiedzialny także za zburzenie dużej części starego miasta i zabytkowej cerkwi w Bukareszcie. 
Zniszczono kawał pięknej przyrody i utopiono w tym projekcie mnóstwo pieniędzy. Po co? Droga jest długa, stroma i wymagająca od kierowców wiele uwagi. Na dodatek zupełnie niepotrzebna – istniały już o wiele lepsze i szybsze połączenia drogowe między Bukaresztem, Sibiu i Braszowem. Dziś trasą jeżdżą głównie turyści. 
 
Przejechanie trasy zajęło nam 2 dni. Spędziliśmy jedną noc w górach i chyba po raz pierwszy na dobre poczuliśmy jesień. Co do jednego jednak trudno się nie zgodzić – widoki są przepiękne.
 
Zamek Poienari zostaje za nami

 

 Nasz pierwszy stop w tych górach – transporter drewna… bez drewna. Trzymajcie się mocno!

 

Po zjechaniu z góry, udaliśmy się do Braszowa, gdzie przenocowaliśmy w katolickiej parafii u… węgierskiego księdza. Polak, Węgier – dwa bratanki!
Braszów nocą…
…i Braszów za dnia.

 

 

 

 

 

Górujący nad miastem tzw. Czarny Kościół – nazywany tak po pożarze, jaki przetrwał.
Dzięki ukształtowaniu terenu stare miasto zachowało się w niezmienionym kształcie, w obrębie swoich murów. Nowoczesna część miasta narosła już w pewnym oddaleniu od pięknego, historycznego centrum.
Z Braszowa, podwiezieni przez księdza na wylotówkę, ruszyliśmy w drogę do Sighisoary. Mieliśmy jednak tego dnia mniej szczęścia i zostaliśmy na drodze. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – zanocowaliśmy w urokliwej saskiej wiosce Crit, na terenie kościoła protestanckiego, którym zajmuje się przemiła starsza pani. Udało nam się porozumieć, mimo że mówiła do nas po niemiecku (Bronek w tempie ekspresowym był zmuszony przypomnieć sobie to, czego uczyli go w szkole). W Transylwanii, krainie zamieszkanej przez Sasów, bardzo wiele osób zna niemiecki.
Rano, ugoszczeni przez starszą panią kawą (!) zwiedziliśmy kościół i udaliśmy się w dalszą drogę.
W drodze: chłopski zamek w jednej z saskich wiosek.
Nasz obóz w Critcie
Crit.

 

 

 

Malowane ławki dla wiernych w kościele
Bez przeszkód dotarliśmy do Sighisoary – miasta, gdzie podobno urodził się Vlad Palownik. W centrum miasta znajduje się dom jego ojca i zarazem najstarsza świecka budowla miasta.

 

Jak widać, obecnie w budynku znajduje się restauracja, ale za 5 zł można wejść na piętro do pokoju Draculi i dać się nastraszyć facetowi w trumnie.
Idziemy na Rynek!

 

Wieża Zegarowa – najpiękniejsza budowla miasta. Wewnątrz znajduje się muzeum miasta.

Marionetki przy zegarze
 Do Warszawy już blisko!
Schody Szkolne wybudowane dla nauczycieli i uczniów zapewniające im wygodne dojście do szkoły na wzgórzu w czasie niepogody.
Pierwsza szkoła w Sighisoarze; do dziś pełni swą funkcję.
 Widok z Wieży Zegarowej

 

Pomnik poety Sandora Petofiego, który zginął w bitwie pod miastem w czasie Wiosny Ludów
Przenocowaliśmy w namiotach na wzgórzu na peryferiach miasta – miejscówka blisko centrum, wśród drzew i z pięknym widokiem!
Z Sighisoary pojechaliśmy w kierunku miasta Cluj-Napoca, zahaczając po drodze o mało turystyczny, choć urokliwy, Medias. Znajduje się w nim piękny kościół z drugą w Rumunii kolekcją dywanów składanych tu w ofierze przez kupców z wdzięczności za szczęśliwy powrót (pierwsza znajduje się w Czarnym Kościele w Braszowie).

 

Noc spędziliśmy na obrzeżach jednej z wiosek, którą śmiało można nazwać oazą tolerancji – znajdują się w niej kościoły katolickie, protestanckie oraz prawosławna cerkiew.

 

w drodze
Przyjechaliśmy wreszcie do Cluj-Napoci – ostatniego miasta na naszej trasie w Rumunii. Niegdyś węgierska, swoimi korzeniami sięgająca czasów rzymskich, jest dla Węgrów tym, czym dla Polaków Lwów. Wiele jest w mieście węgierskich napisów i czuć już atmosferę tego sąsiedniego kraju.
 Pomnik króla Węgier, Macieja Korwina, z czterema węgierskimi mężami stanu, oddającymi mu hołd; ostatni z nich to Stefan Batory.
 Rynek miasta wraz z katedrą
Fragment murów miasta

 

 W Cluj-Napoce mieszkaliśmy znów u dobrze nam znanych franciszkanów w… przepięknej sali konferencyjnej z gotyckim sklepieniem. Bardzo klimatyczne miejsce. Dziękujemy!
Następnego dnia opuściliśmy gościnne mury klasztoru i wyszliśmy za miasto. Sporo czasu spędziliśmy na obwodnicy przygranicznej miejscowości Oradea, ale wreszcie udało nam się złapać na stopa węgierską rodzinę wracającą do domu. I tak zakończyła się nasza przygoda z Rumunią. Ale z pewnością kiedyś tu jeszcze wrócimy!

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
BartekRadzi Świstak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bartek
Gość
Bartek

Część, obiecałem że zostawię komentarz i chciałem to zrobić z teheranu ale niestety w iranie blogspot jak i wiele innych stron jest zbanowanych. W każdym razie pozdrowienia i powodzenia. Bartek

Radzi Świstak
Gość

Super! My już w Polsce. Dzięki i powodzenia w kolejnych wyprawach!