Jakiś czas po powrocie z Rosji dostaliśmy maila od pewnego programu kulinarnego. Zostaliśmy uznani za ciekawych ludzi i zaproszono nas na casting. Mieliśmy szansę zostania gwiazdami i popisania się swoimi umiejętnościami kuchennymi, które rozwinęliśmy w czasie podróży.

Nie czuliśmy jednak szczególnego pociągu do telewizji, ale nie chcieliśmy, aby nasz talent się zmarnował, więc odpisaliśmy:
Szanowni Państwo,
Obawiamy się, że nie sprostamy poziomowi Państwa programu. W podróży żywiliśmy się kuchnią dość prostą. Jeżeli są Państwo jednak zainteresowani wydaniem książki “Sto dań z ryżu i makaronu”, to jesteśmy do dyspozycji.
Z poważaniem

Archeolodzy w Podróży

Nie odezwali się więcej. Sława przeszła nam koło nosa.
Nieskomplikowana kuchnia to kolejny wyznacznik taniego podróżowania – zaraz po nocowaniu na dziko. Ktoś kiedyś powiedział, że podróżnik musi być wszystkożerny – wiele w tym prawdy. Grunt to twardy żołądek i unikanie rewolucji.

W podróży nasze obiady ograniczają się do wspomnianego ryżu i makaronu. Na milion sposobów, zależnie od tego, jakie warzywa oferuje okolica (no chyba ze nie oferuje, wtedy pozostaje sól i przyprawy, które warto zgarnąć z domu). Oprócz tego tradycyjne konserwy i pasztet podlaski. Wszystko to zazwyczaj stanowi “monopaszę”, do której żołądek zaskakująco szybko się przyzwyczaja. I kiedy raz na jakiś czas szarpniecie się na coś “normalnego” (kotlet z ziemniakami i surówką, pizza, hamburger z wieloryba), cały układ pokarmowy doznaje szoku. Wszystko jedno, czy to Norwegia czy tygodniowy marsz przez Tatry. Konsekwencje mogą dopaść cię wszędzie. Dlatego warto stale urozmaicać sobie dietę, szczególnie jeśli jesteśmy w podróży już dłuższy czas.

Bezcenne źródło witamin na bazarze w Tbilisi
Choć w praktyce bywa różnie. Jedno pozostaje jednak niezmienne: człowiek w drodze zeżre wszystko (trochę jak człowiek na wykopaliskach).
Wykopowy kompocik z mirabelek znalezionych przy ruskim wykopie (o ile to faktycznie były mirabelki)
Była już lista najciekawszych miejsc do spania – więc teraz przed Wami lista kilku jedzeniowych, podróżnych hitów i uroków gotowania w trasie.
1) Ryż na ognisku. Absolutnie zawsze da się upchnąć do plecaka i do żołądka. Stosunkowo łatwo jest też go ugotować na ognisku w menażce. Podstawowa trudność z takim gotowaniem bez żadnego rusztu czy trójnoga polega na tym, że ogień się przemieszcza i jak na złość, z jednej strony przypala torebkę z ryżem, a z drugiej ziarenka są surowe. Trzeba nieustannie kierować ogień w odpowiednie miejsca, obracać menażkę i… dolewać wody, bo ta ma tendencję do szybkiego wyparowywania.
Gotowanie ryżu i makaronu na ogniu to nieustanna walka. Jeśli zdarzy się, że ładnie palące się ognisko uśpi Twoją czujność pozostaje Ci pamiętać tylko o tym, że węgiel jest zdrowy.
Przegotowany….
2) Czosnek i cebula. Podobno nasz kraj jest krajem kwitnącej cebuli, ale nie macie pojęcia, jakie to dobrodziejstwo. Szczególnie w momentach, kiedy organizm potrzebuje witamin, a reszta warzyw kosztuje tyle, co obiad w dobrej restauracji. W Norwegii cebula zawsze była w naszym zasięgu cenowym, a podczas zimowych wypadów w góry czosnek w naturalny sposób chroni organizm przed chorobami (w połączeniu z autosugestią daje niezniszczalność).
3) Coś słodkiego. Choćby nie wiem jak źle było, zawsze coś słodkiego trzeba upakować w plecaku. Czekolada podwyższa morale nie tylko w górach. W Rosji każde nasze zakupy kończyły się zakupem siatki miejscowych ciasteczek. Człowiek w podróży bardzo potrzebuje cukru. Przekonaliśmy się o tym, wciągając zguszczonkę – słodzone, zagęszczone mleko. Dzisiaj jest mi niedobrze na samo wspomnienie. Wtedy wyciskaliśmy opakowania do cna. W Norwegii natomiast odkryliśmy bezcenny skarb: podróbę nutelli z wiewiórką na etykiecie. Byliśmy w stanie zjeść jedną w ciągu 1-2 dni – i to tylko w dwie osoby, bo Katarzyna po pierwszej degustacji wzgardziła. Jej strata, bo potem musiała użerać się z dwojgiem ludzi z podwyższonym poziomem cukru we krwi.
Chwile, gdy trzeba wiewióra się kończyła, były ciężkie…
4) Olchońskie danie jednogarnkowe. Czyli gotowanie na ognisku przed ”chatą wuja Brona” w Beskidzie Niskim. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. Do gara wpadło wszystko, co ze sobą przywieźliśmy i co znaleźliśmy w chacie (pod warunkiem że nie miało nóżek). Jakby tego było mało, danie zostało doprawione węglem, bo z powodu chwiejnego paleniska, całe wpadło w ogień. Marnowanie jedzenia jest grzechem, więc odratowaliśmy niemal wszystko. I było pysznie. W Olchowcu na ognisku powstały także różnorodne skrzyżowania zupy z sałatką, co czasem prowadziło do wyrywania sobie gara – tak było smacznie! Było też ciemno, więc nikt właściwie nie widział, co dokładnie w tym garnku jest. Ale to nie szkodziło.
Chata w Olchowcu na chłodniejsze dni posiada także piec – leciwy i dziurawy, ale potrafiący ugotować zagniecione na stole, przy świeczce, pierogi. I wiele więcej – głównie nieodzowny wrzątek na herbatę. A to niemała rzecz.
Farsz się robi!

5) Świętowanie – czyli momenty, gdy trafi się ślepej kurze ziarno. Bardzo często jest to mięso w promocyjnej cenie. Nic, tylko korzystać! Takie obiady były na bogato.

Nad Bajkałem zdarzyło nam się kiedyś dostać omule (ryby żyjące tylko tam) od Buriatów. A potem spotkaliśmy rodaków, więc świętowanie było podwójne. Poza tym Bajkał wyrzucił nam masę przydatnych rzeczy – blachę, na której można było postawić menażkę w ognisku (koniec z przypalonym ryżem! zamów, zadzwoń!), kociołek do gotowania (naprawiony przez Gucia), cebulę (tak, zjedliśmy. to zielone też), a nawet karimatę (choć to z gotowaniem ma akurat niewiele wspólnego). W podróży każda nowość cieszy, o czym świadczy mój wpis z dziennika, w którym, obozując pod Nowogrodem, zanotowałam dokładnie co udało nam się kupić w sklepie i co będzie na obiad, a mniej o zabytkach.

Wielkie święto mieliśmy także, gdy w Gniezdowie, jakieś półtora miesiąca od wyruszenia z Polski, Gucio znalazł na dnie swojego plecaka kabanosy jeszcze z Krakowa. Miały na sobie trochę białego nalotu, więc odgryźliśmy wszystko dookoła. I tak siedzieliśmy smętnie nad tymi resztkami niedojedzonego mięsa (z Polski!), dopóki Bronek nie odczytał na opakowaniu, że biały nalot jest naturalnym efektem przechowywania produktu.
Mała rzecz, a cieszy.
6) Niedźwiedź. Mówiłam, że człowiek w podróży zje wszystko? Więc to był taki przypadek. Od buriackich myśliwych dostaliśmy kawałek mięsa, z informacją, że to świeżo upolowany niedźwiedź. Byliśmy tym niesamowicie zajarani, bo wszyscy nam przepowiadali, że na Syberii zjedzą nas niedźwiedzie, a tu proszę – my zjedliśmy potwora! Ha!
Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że mięso zabitego niedźwiedzia często jest pełne niebezpiecznych pasożytów i można je zjeść dopiero po uprzednich badaniach laboratoryjnych w Irkucku lub Ułan-Ude. Trochę nas to zaczęło niepokoić, ale Andriej, który nam tłumaczył myśliwskie prawidła, zapytał:
– Suszyło was po tym?
– Nie.
– W takim razie, to nie był niedźwiedź, bo po niedźwiedziu zawsze suszy. Pewnie wam wcisnęli twarda wołowinę.
No więc tak to prawie zjedliśmy niedźwiedzia.

7) Miejscowe dobrodziejstwa. W każdym miejscu trzeba spróbować czegoś miejscowego. Czasami źle to się kończy – jak w moim przypadku hamburger z wieloryba z Bergen (najdroższy hamburger w moim życiu). Oprócz dań obiadowych warto znaleźć drobiazgi, które umilają zaleganie na poboczu podczas łapania stopa. Na Syberii są to orzeszki cedrowe i herbata zwana kurylskim czajem – dobra na wszystko – od serca po wątrobę. W Gruzji były to orzechy oblane słodkim syropem – istny dzień dziecka! A poza tym, po wyjechaniu z Rosji z jej przydrożnymi barami, byliśmy absolutnie zakochani w świeżym chlebie, który można było dostać wszędzie, domowym serze sprzedawanym w z wielkich beczek nawet w dużych miastach, i świeżymi (!) pomidorami. Gruzja została naszym jedzenionym rajem.
Wielkim odkryciem była dla nas także przyprawa “chmieli-suneli” – bardzo aromatyczna i smaczna, dostępna w większości sklepów w Rosji. Sypaliśmy ją do niemal wszystkich naszych dań, zupełnie jak zioła prowansalskie w Polsce. Po drodze dowiedzieliśmy się, że nasza cudowna przyprawa to wynalazek gruziński. A jakby tego mało, kiedy wczytaliśmy się w napisy na opakowaniu okazało się, że miejsce produkcji to… Kędzierzyn-Koźle.
To ja się pytam: dlaczego nie ma jej w Polsce?! Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie!

Kurylski czaj i orzeszki cedrowe
Orzechy w syropie z winogron…

8) Eksperymenty. Naszym największym był chyba eksperyment z polentą. Wszystko zaczęło się do tego, że nad rzeką Mthvari w Gruzji spotkaliśmy Czechów. Rozbiliśmy razem obóz i ugotowaliśmy obiad – my makaron, oni ową dziwną, czeską polentę. Nastąpił wzajemny poczęstunek i zarówno my jak i oni stwierdziliśmy, że oba dania są smaczne. Nam zasmakowała polenta – bo mieliśmy już dość makaronu, im makaron – bo mieli dość polenty. Na odjezdnym wymieniliśmy się więc produktami z naszych zapasów.
Polenta była niczym skarb i zdecydowaliśmy się ją napocząć dopiero wtedy, gdy całkiem obrzydnie nam reszta jedzenia. I wreszcie, gdy przyszedł ten moment – coś poszło nie tak. Nie pomogło wnikliwe wczytywanie się w czeską instrukcję – na dnie menażki bulgotała rozwodniona papka bez smaku, zupełnie niepodobna do tego, co jedliśmy nad Mthvari. Reszta polenty dojechała z nami aż do Olchowca, gdzie w jednym ze słoików dożywa spokojnej starości (bo chyba nikt jej nie zjadł).

Bywają w podróży obiady lepsze i gorsze, mniej przypalone i bardziej. Zawsze to jednak JEDZENIE, które jest strasznie przyjemnym momentem dnia – nawet jeśli to tylko chleb z pasztetem. Nie mówiąc już o czymś na ciepło. W drodze człowiek wzbija się na wyżyny kreatywności – i można spokojnie odrzucić bezsmakowe chińskie zupki. To co znajdzie się po drodze jest o wiele smaczniejsze i ciekawsze.

Czas kończyć tego posta, bo zgłodniałam, a zaraz trzeba jechać dalej. Hej!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o