Niskobudżetowe podróże mają to do siebie, że unika się hosteli i często ląduje się w miejscach, gdzie o couchsurfingu nikt nie słyszał. Czasami trafi się nocleg u miejscowych. Co jednak w przypadku, gdy nie ma takiej możliwości? Pozostaje szukanie alternatywy w postaci namiotu w krzakach lub przydrożnej budki. Miejsce do spania musi być choć minimalnie bezpieczne – dawać schronienie od zagrożeń ze strony ludzi, zwierząt i pogody. Aby takie znaleźć, trzeba wykazać się kreatywnością.

 

Pamiętam, jak w na początku wyprawy ”rosyjskiej”, w 2013, wjechaliśmy na Ukrainę i pojawił się problem z noclegiem, ponieważ nasz host we Lwowie mógł nas przyjąć dopiero następnego dnia. Szukaliśmy wtedy po wioskach gospodarzy, którzy pozwoliliby się nam rozbić na podwórku. Strasznie nie chcieliśmy się rozbijać na dziko i nie wiem, czego baliśmy się bardziej – potencjalnych bandytów czy policji (chociaż czasami kawa nie wyklucza herbaty). Ostatecznie zgarnął nas do siebie ”wujek” Igor. Z czasem przełamaliśmy się i potem już bez żadnych obaw rozbijaliśmy namioty w najróżniejszych miejscach. Człowiek w drodze dochodzi wreszcie do etapu, gdy jest tak zmęczony, że jest mu naprawdę wszystko jedno gdzie śpi i czy obudzi go policja czy nie.

Jasne, czasami bywa różnie. Bywa, że woda podmywa ci namiot i rano wszystko jest mokre. Bywa, że obok trwa impreza i ktoś pijany wrzeszcząc przejeżdża na motocyklu obok  twojego namiotu. Bywa, że okolica jest szemrana i budzi cię każdy odgłos, który brzmi jak zapowiedź morderstwa. Bywa, że wredne liście udają pomrukiwanie niedźwiedzia, wilka, albo potwora spod łóżka (tego włochatego oczywiście). Albo, co gorsza, bywa tak, że coś ci świeci pod podłogą namiotu i nijak nie da się racjonalnie wytłumaczyć.
Albo budzisz się rano, a nad tobą stoi Gruzin i pyta, czy zostaniesz jego żoną.

Ogólnie jednak, odkąd się przełamałam i zaczęłam spać na dziko, stało się to jedną z najciekawszych stron podróżowania.

Przed Wami subiektywny wybór najlepszych i najciekawszych miejsc noclegowych – z różnych podróży: tych bliższych i tych nieco dalszych. I żadnego z nich nie zamieniłabym na pięciogwiazdkowy hotel.

Budka z domowymi obiadami na trasie Kijów-Charków.

W środku ukraińskiego stepu…

stała sobie budka z napisem “Domosznije obiedy”, czyli domowe obiady. I był to jedyny budynek (szumne słowo, wiem) w okolicy. Cała nasza piątka: ja, Gucio, Bronek, Ciglis i Sztuka została wysadzona w zatoczce tuż obok. Słońce zachodziło, łapanie stopa szło dość marnie, ale był czas na zaprzyjaźnienie się z właścicielem budki. Około 21:00 facet zebrał się i pojechał do domu, ale na odchodnym powiedział:
– Zostawię otwarte, jak nic nie złapiecie to możecie tu spać.
Złapał tylko Gucio. A my we czwórkę w końcu daliśmy sobie spokój i skorzystaliśmy z dachu nad głową.

Cypel w Wydrinie

Syberia, droga wzdłuż Bajkału wiodąca do Ułan-Ude. W Wydrinie zaczyna się Buriacja. Chcieliśmy spać gdzieś przy ujściu rzeki Śnieżnej do Bajkału, ale okazało się, że do wody jest strasznie daleko. Przeszliśmy całą wioskę, pytając o drogę miejscowe dzieciaki (na pewno kłamały), zmrok zapadał, a przed dojściem do brzegu czekał nas labirynt starego asfaltu, który kiedyś był droga dojazdową do zabudowań radzieckiego portu i fabryk kto-wie-czego. Wszędzie było albo betonowo albo podmokło i ogólnie mieliśmy dość, aż wreszcie Bronek, znalazł cypel:
Cypel był dawną przystanią. Po jednej stronie płynęła Śnieżna, po drugiej szumiał głęboki Bajkał. Zbudowany był z drewnianych skrzyń wypełnionych ziemią, z których trzy rzędy zostały wymyte przez wodę. Za nimi zaś, tak jak widzicie na zdjęciu, cypel znów był w całości. Miejsca wystarczyło akurat na dwa namioty i niewielkie ognisko. Na końcu z ziemi sterczały drewniane pale kolejnych wymytych skrzyń. Łazienka idealna, z wieszakami na ręczniki!
Raz nawet przyszedł jakiś dziadek z wnuczkiem i krzyczał do nas zza rozwalonych skrzyń:
– A skąd wyyyy?!
– Z Polszy! – odkrzyknęłam
– Aha – mruknął dziadek. Pokręcił głową i poszedł sobie.
Tak nam się podobało na cyplu, że zostaliśmy tam dwa dni.

Dworzec w Mosjoen

Zdarza się, że lądujemy nie na odludziu, ale w środku miasta. Jest wieczór, na wylotówkę daleko, dookola tylko budynki. Co robić? Spać na dworcu!
Przykład ze Skandynawii. Nocleg w trudnej do wymówienia miejscowości (z resztą co za różnica, skoro w każdym regionie Norwegii wymawiają to inaczej).
Tak więc podwiezieni do tej uroczej miejscowości przez przemiłe starsze małżeństwo, odpoczęliśmy chwilę na dworcu chcąc przeczekać największy deszcz, i ruszyliśmy na wylotówkę. Spędziliśmy tam trzy albo cztery godziny, deszcz wrócił i nie opuścił nas do końca dnia. Wszystko mieliśmy mokre, bo nie dość że padało, to jeszcze poprzedni nocleg nie był najszczęśliwszy i sporo rzeczy nam zamokło. W końcu spasowaliśmy, ugotowaliśmy sobie obiad na miejscu ogniskowym na pobliskim campingu i wróciliśmy na dworzec. Ani jednej żywej duszy, więc rozwiesiliśmy mokre rzeczy (mniej więcej trzy czwarte zawartości plecaków) i nie przejmując się niczym wyciągnęliśmy na krzesłach w poczekalni.

W środku nocy na dworzec przybyło nagle sporo ludzi. Czekali na pociąg do Trondheim. Miejsca było jednak w bród, a my byliśmy zmęczeni, więc naciągnęliśmy śpiwory na głowy. Myślałam, że ktoś nam zwróci uwagę, albo ogólnie, poczuje się oburzony naszym koczowaniem na dworcu. Jakież było moje zdziwienie, gdy ludzie czekający na pociąg zaczęli się nagle nawzajem uciszać:

– Ciii, tutaj śpią!

Rano stwierdziliśmy, że nasze rzeczy wyschły, a liczba koczowników dworcowych zwiększyła się o dwie osoby.
Norwegia generalnie uchodzi za bezpieczny kraj. To samo tyczy się dworców. Ludzie rozumieją, że ktoś jest w podróży i mógł zwyczajnie gdzieś utknąć. Jeżeli znajdziecie się w podobnej sytuacji – śmiało korzystajcie.

Podwórko Martina

A co zrobić, jeśli znów lądujemy późnym wieczorem, dworzec jest daleko i nie mamy gdzie spać, a ceny hosteli są absurdalnie wywindowane? Ot, historia znów norweska:
Zjechaliśmy do Bergen, podwiezieni przez parę Rosjan, zbyt późno, aby dostać się do sióstr zakonnych na nocleg na podłodze. Byliśmy w samym centrum sporego (jak na Norwegię) miasta i robiło się ciemno. Nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić, poszliśmy z Maćkiem w okoliczne ulice, wypatrując, który z szeregowych domków ma w miarę duże podwórko. Wreszcie jeden przykuł naszą uwagę. W ogródku nie było nic, co moglibyśmy zniszczyć, a miejsca wystarczało akurat na nasz namiot. Zapukaliśmy do drzwi. Otworzył nam młody Norweg (Martin, jak się potem dowiedzieliśmy), a my od razu zaatakowaliśmy go naszą historią kończąc pytaniem:
– No więc, czy moglibyśmy rozbić się na twoim podwórku? Na jedną noc?
Martin stał jak wmurowany trawiąc naszą opowieść z wyrazem zdezorientowania na twarzy, aż w końcu wykrztusił:
– Yes, sure.
Pobiegliśmy po Kaśkę, która została z rzeczami. Martin mieszkał ze swoją żoną i małym dzieckiem na naprawdę niewielkiej przestrzeni, w jednym z lokali szeregowca. Przemili ludzie, przetrawili już niecodzienną wiadomość, że na jedną noc będą mieli Polaków w ogródku i zagotowali nam wrzątek.
Lokatorzy poszli spać, a my siedliśmy na betonowym chodniku obok naszego namiotu jedząc chińską zupkę. Obok nas, ulicą szli ludzie wytrzeszczając oczy na nasze obozowisko. Poziom absurdu wzrósł do maksimum, gdy dołączył do nas… jeż.
I tak siedzieliśmy, jedliśmy zupkę, jeżyk też siedział, ludzie na ulicy nas mijali, gdzieś w centrum trwała jakaś impreza. Bergen wita.

Buchta Aja

Czyli miejsce na Syberii, nad Bajkałem, gdzie pewien Buriat miał krzyknąć: “Ajajaj, jak tu pięknie!”. Postawiliśmy namiot na wysokiej skarpie, gdzie strasznie wiało i nie było ani jednego krzaka, żeby rozpalić ognisko. Bronek poświęcił swoje stare dżinsy, na których zagotowaliśmy wrzątek na herbatę i chińską zupkę. Wiało strasznie (“Ale my durni, mogło nas zwiać do Bajkału!!!” – stwierdził Bronek po dwóch latach), ale widoki były nieziemskie.

Ogródki działkowe w Jedlinie-Zdrój

A tam z kolei zaniosło nas z Angeliką podczas zimowego wypadu w góry. Zaczęłyśmy jechać już w stronę domu i generalnie miałyśmy dojechać do Wałbrzycha, ale wyszło inaczej i wylądowałyśmy na przedmieściach Jedliny-Zdrój. Zapadł zmrok i zaczęłyśmy się rozglądać w poszukiwaniu miejsca pod namiot. Wtem, naszą uwagę przykuła dziura w ogrodzeniu wzdłuż którego szłyśmy. Nie potrzeba było większej zachęty. Każda dziura w płocie prowokuje, żeby przez nią przejść. Sama się prosiła.
Znalazłyśmy się na terenie opuszczonych ogródków działkowych. Wśród uschłego i zmrożonego zielska, w ciemności, ukrywały się zniszczone domki z dziurawymi dachami, wybitymi szybami i ogólnym składowiskiem rupieci w środku. Wybrałyśmy ten, który wydawał się w najlepszych stanie – to znaczy ten, gdzie dach nie groził zawaleniem (sprawdziłyśmy dźgając patykiem w sufit; niewiele się z niego urwało, więc uznałyśmy, że spełnia nasze normy BHP). Postawiłyśmy namiot w środku i tak przetrwałyśmy noc.
Rano okazało się, że kilkadziesiąt kroków dalej stał sobie otwarty domek, który ktoś niedawno z grubsza odremontował… ale kto mógł to dostrzec w ciemności?

Naczepa tira Saszy

Sasza zabrał mnie i Ciglisa na trzydniowego stopa przez Syberię. Po drodze musiał zabrać towar, ale na miejsce załadunku dojechaliśmy późnym wieczorem i trzeba było poczekać do rana. Pojawiło się zagadnienie noclegu.
– Aaa… na pace byśmy mogły? – zapytałyśmy nieśmiało. Warto było spróbować.
Sasza zamyślił się i stwierdził, że w sumie nie widzi problemu. Otworzył drwi od naczepy i zaświecił latarką do środka.
– Na pewno tego chcecie? – zapytał.
Kiedy z entuzjazmem potwierdziłyśmy, przewrócił oczami. Chyba nigdy jeszcze nie spotkał nikogo, kto by się jarał perspektywą nocowania na walącej mlekiem w proszku pace tira.

Byłyśmy pierwsze.

Ruiny zamku w Mcchecie, Gruzja

Gruzja pełna jest starych zamków, klasztorów i ich ruin. Zawsze chciałam przenocować w ruinach, tak więc ”spełniamy marzenia”. W Mcchcecie, pierwszej stolicy Gruzji, wspięliśmy się na wzgórze zamkowe, aby tam spędzić noc. Wybraliśmy ścianę, która w naszej opinii miała się nie zawalić i pod nią rozbiliśmy namiot. Nie mieliśmy żadnej gwarancji, że nie zbombardują nas spadające od czasu do czasu kamienie z murów… Ale całe szczęście, nie wpadliśmy na to wtedy, więc nie mogło się to wydarzyć.

Wzgórze w Sighisoarze, Rumunia

Czasem warto też przejść kawałek, żeby o poranku mieć piękny widok. Wyszliśmy za miasto idąc wąskimi uliczkami, których nie było na mapie, zgodnie ze wskazówkami przewodnika. Wymarzone miejsce na nocleg polecane przez poradnik okazało się jednak ogrodzone płotem i tabliczką “teren prywatny”. Świat się nieco zmienił, niestety. Ale dziewczyna mieszkająca w domu obok pokazała nam genialne miejsce z widokiem na Sighisoarę.

Rano, gdy wychyliliśmy się z namiotu, wszędzie dookoła biegały cygańskie dzieci i zbierały ślimaki. Nikt nie wyglądał na zdziwionego swoim widokiem – ani my, ani oni. Ot, rumuński poranek.

Gówniana chatka, Islandia

Ruiny i opuszczone budynki są błogosławieństwem, jeżeli chodzi o schronienie przed pogodą. Zwłaszcza na Islandii, gdzie ciągle wieje i pada. Mając w perspektywie noc na otwartej przestrzeni, nawet kawałek ściany stanowił bardzo dużą osłonę. A co dopiero dach! Fakt braku okien i drzwi przestawał mieć znaczenie. Podobnie jak obecność wysuszonych zwierzęcych odchodów i martwa owca leżąca w pokoju obok.

Zagroda dla owiec

No dobrze, a jak nie ma opuszczonego budynku? Pozostają jeszcze zagrody dla owiec. Za taką osłoną można nie tylko ukryć namiot, ale także rozpalić ognisko i wiatr nie jest nam już taki straszny.

Paśnik w Czechach

Mój ostatni numer jeden. Zimowy wypad z Angeliką w góry, podczas którego poniosło nas do Czech (bo blisko było). Wędrowałyśmy przez Rychlebskie Góry i właściwie miałyśmy inne plany, ale nagle napotkałyśmy… paśnik. Ale to nie był zwykły paśnik. Oprócz żłobu z sianem miał w zestawie szopę, w której owo siano było magazynowane. Po ostatniej nocy spędzonej w namiocie na betonie, z butami mokrymi od śniegu, zachciało nam się odrobiny luksusu. Legowisko urządzone w sianie okazało się strzałem w dziesiątkę!
Przebudziłyśmy się około piątej rano
– Śpisz?
– Nie.
– Ej… jest ciepło!
I więcej nic do szczęścia nie potrzeba! Z pełną odpowiedzialnością polecamy czeskie paśniki. Wysoki standard, nawet drzwi mają!

Śpij wszędzie!

Było jeszcze mnóstwo innych przepięknych i ciekawych miejsc do spania: w morzu rumuńskich owiec, na skale na Lofotach, w ostatniej wiosce na Olchonie, nad strumieniem w Ateni, na mimozowym wzgórzu pod Koszycami, na plaży w Batumi, na ganku w Ustrzykach, na dworcu w Oświęcimiu, na mongolskim stepie, w arszańskim lesie, między cmentarzem a śmietniskiem, na zamku w Czersku. O wszystkich w jednym poście napisać nie sposób. Jedno jest pewne: warto jest szukać nowych miejsc do spania, choćby po to, aby kolekcjonować piękne widoki o poranku. A jeśli nie widoki, to chociaż wspomnienia i doświadczenia przetrwania w każdych warunkach.
A jakie było Wasze najdziwniejsze miejsce, w którym spaliście w podróży?

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Połącz Kropki Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Połącz Kropki
Gość

Cypel wygrywa dla mnie;D