Mówią, że Łódź wielokulturowa jest. I bez wątpienia mają rację. A droga do Łodzi to trasa przez pół świata – od Rosji po Hawaje. Objazd z Przemyśla do Krakowa przez Irkuck to chyba najbliższa analogia.

Łódź zafascynowała nas jeszcze w drodze do Wałbrzycha. Rety, ile tam ruin! I niech się nie obrażają łodzianie – bo to naprawdę wypowiedziane było z zachwytem. Opuszczone fabryki i domostwa sprowokowały nas do deklaracji, że w najbliższej przyszłości tam się właśnie wybierzemy.
                Jako że daleko nie było, zdecydowałyśmy z Angelą pokonać trasę na rowerach. Zajęło nam to półtora dnia i obyło się bez żadnej awarii sprzętowej (nie licząc tej przedwyjazdowej, ale to w Warszawie, więc się nie liczy; poza tym Angelika szybko się z nią uporała: „nic poważnego, muszę kopnąć w śrubę”). Najgorszym etapem było wydostanie się z zatłoczonej stolicy. Zawsze tak jest z wielkimi miastami – wszystko jedno czy jedziesz samochodem, rowerem czy łapiesz stopa. Wszyscy jadą i trąbią. W końcu jednak udało nam się znaleźć odbicie na Pruszków. Przez krainę krówek (Milanówek!) wydostałyśmy się do Żyrardowa, gdzie ruch był wreszcie mniejszy. Większość samochodów wymiękła w Grodzisku. I dobrze im tak. Nam też.
                Wielokulturowość, a konkretnie wątek wschodni, dopadła nas już na szosie wojewódzkiej. W przydrożnym Muzeum Motoryzacji, w ogródku, zza płotu wystawały lufy czołgów zdobione czerwonymi gwiazdami. Obok stały inne maszyny bojowe z czasów Bitwy Warszawskiej (serio, serio, ja się znam na militariach, bo widziałam na filmie! ;p). Całemu temu wojennemu inwentarzowi towarzyszyły londyńskie autobusy typu piętrowego. Mamy więc wątek zachodni! I tak się gapiłyśmy na te wszystkie motoryzacyjne cuda, dopóki nie wyszła do nas pani informując nas z wyraźnie rosyjskim akcentem, że muzej jest prywatny.
                Noc spędziłyśmy w Puszczy Bolimowskiej korzystając z dobrodziejstw lasu i przedawkowując jagody. Nad ranem okoliczne ptactwo zaczęło się drzeć na „hura!”, informując nas, że już świta. Pojawienie się słońca na niebie oznaczało jednocześnie wzrost temperatury, więc efektowny koncert nijak nie zdołał nas zmusić do wypełznięcia ze śpiworów. Z kapturem na głowie też słychać.
Nasz hotel w Puszczy
                Ruszyłyśmy dalej w świat, mijając dworki wyglądające jak miniaturowe Soplicowo (albo dworek z „Rancza”), zamknięte na głucho młyny nad rzekami (na jednym wisiało nawet ogłoszenie o pracę; człowiek znów się zaczyna zastanawiać po co mu w ogóle ten magister), kapliczki, które miały być kościołami oraz niezliczone sanktuaria i święte miejsca – od Nowaków przez Laski po święte od porzeczek.  
Komentarz jest zbędny 😉
Mini Soplicowo. Albo Wilkowyje

 

Nieco zniszczony już młyn

 

Przydrożne próby przed gościnnym występem w Łodzi

 

No tak….
Nasz cel poboczny wyznaczyło miejsce na mapie podpisane jako „Syberia”. I jak przystało na Syberię, droga nie była łatwa (i na dodatek byłyśmy głodne) ani prosta. Niemniej, udało nam się!
Ludzie jak na każdej Syberii świata, bardzo mili i przyjacielscy – machali nam wesoło, gdy rozsiadłyśmy się na trawie koło kapliczki konsumując zasłużone konserwy z Biedronki (może potem stukali się w czoło, ale  kulturalnie nie robili tego przy nas).
I to bez wizy!
Dalej w planach miałyśmy jeszcze wypad do Moskwy, ale ta okazała się na tyle tajemnicza, że miejscowi nie do końca wiedzieli, jak tam dojechać. Ostatecznie przejechałyśmy obok, bo wiadomo, duże miasto, a z dużych miast trudno potem wyjechać – to po co mamy się tam pchać. Podobno gdzieś w okolicy była także Kołyma, a przynajmniej tak twierdzili panowie rowerzyści, których spotkałyśmy po drodze (ale może kłamali).
Moskwę zostawiamy na boku
                Łódź przywitała nas deszczem i dzikimi skrzyżowaniami pod dziwacznymi kątami. Jak w dżungli – przejedzie najsilniejszy (albo ten, co głośniej trąbi). Już na wjeździe w oczy rzucił nam się tytułowy potencjał miasta – w postaci długiego chodnika składającego się z piachu, kostki brukowej, piachu, resztek betonu, piachu i kamieni. I jeszcze z piachu. Budulca wystarczy z pewnością, aby w dłuższej perspektywie stworzyć tu trotuar jak marzenie.
Postanowiłyśmy więc odpocząć przez chwilę w Manufakturze, w iście hawajskim klimacie. Nic, tylko dawać koncerty na ukulele.
Nieco deszczowa Łódź
Łódzka wersja tropików
  
Kościół Zesłania Ducha Świętego – wcześniej świątynia protestancka, a jeszcze wcześniej – cerkiew
Wreszcie udało nam się dotrzeć do mieszkania Tomka, który nas pięknie ugościł i przenocował (nas i nasze rowery), za co serdecznie mu dziękujemy!
Rano ruszyłyśmy na podbój Łodzi – zaglądając do każdej starej fabryki, jaka stanęła nam na drodze. Przemysłowe imperium dzisiaj straszy wybitymi szybami, odrapanymi ścianami, dziurami w podłodze i tabliczkami „wstęp wzbroniony”, stanowiąc w wielu przypadkach idealne miejsce dla mieszkańców do spacerów z psem. W niektórych przypadkach fabryki są wykupowane przez prywatnych właścicieli i adaptowane na nowo (i potencjał rośnie). Większość jednak niszczeje pożerana przez roślinność i graficiarzy.

 

 

Jednym z ciekawszych miejsc w Łodzi jest Muzeum Dętki. Kiedy dowiedziałyśmy się o jego istnieniu, po prostu musiałyśmy tam wejść – chociażby przez wzgląd na nasz środek transportu. Dętka to  nazwa okrągłego kanału biegnącego pod Placem Wolności. Zaprojektowano i wykonano ją na początku XX w. Dętka zbierała deszczówkę, która była wykorzystywana do czyszczenia sieci kanalizacyjnej miasta. Wykorzystywano tu siłę spadku wody. Dzisiaj do oczyszczania wykorzystuje się specjalne samochody. Kilka lat temu kanał udostępniono dla zwiedzających, tworząc przy okazji ekspozycję prezentującą przedmioty znalezione w wodzie (ludzie od wieków mieli tendencję do spuszczania w toalecie różnych dziwacznych rzeczy).  
Na koniec został nam ostatni element wieloetnicznej Łodzi – największy w Polsce cmentarz żydowski. Przy wejściu na teren stoi kaplica pogrzebowa, którą także można zwiedzić. Wewnątrz trumny, przedwojenny karawan, a w bocznej kaplicy stół, na którym przygotowywano nieboszczyka do pochówku. Cały kompleks cmentarny jest mocno zarośnięty i wygląda nieco jak scenografia do horroru. Wyobraźcie sobie: idziecie wąską ścieżką mijając zarośnięte bluszczem macewy. Tu i ówdzie wystaje kawałek wyrytej w kamieniu menory. Dalej, jedna na drugiej, leżą kolejne, pamiętające wojnę porozbijane tablice, pożerane przez wszędobylski las. Wchodzicie głębiej, tak, że niemal nie słychać już szumu drogi. Mijacie kolejne groby, niektóre otwarte z ziejącą czarną dziurą pośrodku. A pod nogami chrzęszczą wam… martwe krety.

 

 
Kaplica

 

Wejdziesz?

 

 

Naszą wycieczkę zakończyłyśmy desperacką jazdą w poszukiwaniu dworca kolejowego. W niemal ostatniej chwili wpakowałyśmy się do pociągu i chcąc nie chcąc, wróciłyśmy do Warszawy i Ząbek. Ale nie na długo 😉
A jeśli choć trochę Wam się podobało, pamiętajcie o fundacji W. Garczyńskiej i dzieciakach z Wałbrzycha: https://fundacjagarczynskiej.wordpress.com/
Siostra Daniela przekazuje, że jest odzew, co tym bardziej nas cieszy – bo znaczy, że nie produkujemy się tu na darmo 🙂 Przekazujcie informacje znajomym – oni też mogą pomóc!

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
damian211289 Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
damian211289
Gość

O tak, Łódź ma wielki potencjał dla kogoś, kto potrafi szukać czegoś więcej niż standardowych atrakcji. Tych drugich w sumie też się uskłada. Po tkalni widzę, że Księży Młyn zaliczony – moje ulubione rejony w tym mieście. 😉 Fajnie, że wyznajesz taki a nie inny styl zwiedzania, bardzo w moim guście. 😉

Pozdrawiam,
Damian