Półwysep Snaefelsness nie należy do głównych atrakcji Islandii. Większość turystów mija go w drodze na Fiordy Zachodnie lub wracając do Reykjaviku po okrążeniu całej wyspy. Jego centralnym punktem jest nieczynny wulkan, pokryty dziś śniegiem Snaefelsjokull, zazwyczaj skryty w chmurach i mgle. Ogółem półwysep jawi się jako miejsce mroczne i mocno peryferyjne. Co można tam znaleźć?

Wulkany

W drodze na Snaefelsness można znaleźć jeszcze nieczynny wulkan Grabrok. Wznosi się przy drodze, tuż przy zagubionych pośród tundry akademików (wymarzone miejsce na studiowanie geologii). Jeszcze dalej znaleźć można krater wygasłego wulkanu Eldborg, na który prowadzi szlak. Na półwyspie są także ukryte tajemnicze gorące źródła, na wzmiankę o których miejscowi przestają mówić po angielsku. Mroczne jaskinie i opuszczone owcze zagrody, wśród których znajdowaliśmy nocleg. Wszystko oczywiście spowite mgłą i chmurami przynoszącymi siąpiący deszcz. Wymarzona sceneria dla horroru i tajemnic.

Nocleg w mrocznej zagrodzie dla owiec

Grunt to osłona od wiatru!

Przetrwaliśmy noc!

Kraina legend… i morderców

To na Snaefelsness Juliusz Verne umieścił wejście do wnętrza Ziemi w swojej słynnej powieści. To tutaj rozpoczynała swoją przygodę ekspedycja, która przewędrowała zaginiony świat znajdujący się pod powierzchnią naszej planety.
Nieco dalej zaczyna się natomiast kraina duchów i potworów.

Wejście do wnętrza ziemi

W Arnarstapi mieszkał pół-troll pół-człowiek. Dziś został tylko jego pomnik. Bardur, bo tak miał na imię, zabił swoich bratanków, synów Porkella, gdy ci zepchnęli Helgę, jego córkę na górę lodową. Helga dopłynęła na Grenlandię i słuch o niej zaginął. Bardur, po dokonaniu mordu na braciach, odszedł na lodowiec i nikt go nigdy nie widział.

Minęliśmy kanion Raudfeldar, w którym miał zginąć jeden z bratanków.  Deszcz padał przez cały czas. Samo Arnarstapi, słynące z pomnika Bardura, wyglądało jak wymarłe miasteczko i dość szybko je opuściliśmy. Szliśmy główną trasą próbując łapać stopa, ale nie bardzo było po co wyciągać kciuki. Dotarliśmy wreszcie do skrętu na Hellnar, gdzie mieliśmy nadzieję spędzić noc. Droga była pusta, wiatr wył rozpędzając się na otwartej przestrzeni między lawowymi skałami. Wspinaliśmy się na górę, gdzie powitała nas tablica informująca o morderstwie sprzed pięciuset lat. W Hellnarze ukrywał się wtedy morderca Axlar-Bjorn. Gdy wreszcie go ujęto, poćwiartowano jego i jego żonę, która miała mu pomagać w zbrodniach. Spojrzeliśmy przed siebie, w kierunku oceanu. Tam, w dole, rozciągało się miasteczko Hellnar, które jedyną sławą okryło się z powodu zabójcy. Było jednak jedynym miasteczkiem na naszej drodze, a wielkimi krokami zbliżał się wieczór. Gdzieś trzeba było spać. Ruszyliśmy więc przed siebie.

Islandia południowa wcale nie jest wyludniona. Dopiero na Snaefelsness zobaczyliśmy co to znaczy pustkowie. Znajduje się tam park narodowy, który w sumie nie różni się niczym od terenów poza nim (szczególnie w deszczu i chmurach). Wszechobecne pola z lawowymi skałami dominują w krajobrazie. Sam półwysep pełen jest kilku- kilkunasto domowych wiosek, które podobno żyją w sezonie letnim (ale ja tam nie wierzę). We wrześniu wszystko jest zamknięte na głucho. W Hellnarze otwarta była kawiarnia połączona z mini-muzeum, gdzie można było dostać kawę i posłuchać

spokojnego głosu Elvisa płynącego z głośników.  Niestety, ten dobrobyt skończył się o godzinie siedemnastej, gdy cały przybytek zamknięto. Trzeba było poszukać sobie miejsca do spania.

– Z daleka idziecie?

– Z Arnarstapi.

– Trafiliście na złą pogodę. Deszcz ma utrzymać się jeszcze przez kilka dni.

Wymarłe miasto

W Hellnarze pogoda pod psem, a opuszczonych domów dużo. Ponieważ jednak byliśmy ciągle w wiosce, postanowiliśmy zapytać kulturalnie czy możemy przekoczować w którejś z nich. Domy, do których pukaliśmy były jednak także wymarłe – mimo zaparkowanych samochodów, otwartych garaży i grającego radia. Na wybrzeżu mojemu pukaniu do drzwi odpowiedziały tylko chińskie dzwoneczki poruszane przez wiatr. Miałam wrażenie, że za chwilę wyjdzie do mnie Chińczyk i oznajmi, jakie jest moje przeznaczenie. Nic takiego jednak się nie stało. Zupełnie jakby miejscowych nagle porwało UFO. Narzędzia rozrzucone na stole w warsztacie, radio podające najnowsze islandzkie wiadomości, samochód z otwartą maską, palące się światło. Nigdzie jednak żywego ducha. Jedyna kobieta, która otworzyła mi drzwi, niemal od razu z hukiem je zatrzasnęła mówiąc, że nie potrzebują tu turystów. A przecież chcieliśmy tylko kawałka ściany, kawałka rudery, który osłoni nas od wiatru!

Szłam dalej, a wiatr się wzmagał. Rejestrowałam wzrokiem wszystkie ruiny, samotne ściany, zagrody dla owiec. Cokolwiek, co mogłoby być dla nas ratunkiem. Na Islandii z pogodą nie ma żartów, szczególnie jesienią i zimą.

Ulokowaliśmy się więc w jednej z otwartych ruder.Wyglądała na niezamieszkałą od dawna. Zdecydowaliśmy, że nikomu krzywdy nie zrobimy, jeśli przeczekamy w niej noc. Wiatr huczał na zewnątrz, a my tymczasem oglądaliśmy nasze nowe lokum. Resztki kuchenki, jakichś mebli, roztrzaskane płytki, stara wanna, a na podłodze walały się pożółkłe gazety. Zdjęcia mężczyzn widniejące pod islandzkim tekstem wyglądały niczym z kroniki kryminalnej. Przypomnieliśmy sobie o Axlar-Bjornie.

Nagle, przez okno wpadł snop światła. Ktoś przejeżdżał samochodem obok. Podsunęliśmy się cicho pod samą ścianę, tak jakby snop światła miał nas oparzyć. Teraz, gdy już zdecydowaliśmy się przenocować w mieście duchów nie pytając nikogo o pozwolenie, nie chcieliśmy, aby ktoś zarejestrował naszą obecność. Hellnarczycy nie sprawiali wrażenia gościnnych. Ani obdarzonych poczuciem humoru.

Aaaa, duch!!! A nie, to tylko ja…

Siedzieliśmy pod ścianą w milczeniu czekając, aż auto odjedzie. Nie odważyliśmy się zapalić latarki. Do śpiworów wchodziliśmy po ciemku, starając się o nic nie potknąć i nie robić hałasu. Wcześniej, gdy świeciło słońce, wpadliśmy na pomysł opowiadania sobie wieczorem strasznych historii. Teraz nikt nie miał na to ochoty. Chcieliśmy, żeby ranek przyszedł jak najszybciej.

Gdy tylko wstało słońce, zebraliśmy rzeczy i wyszliśmy z domu. Wioska spała, choć jaka to różnica? Dalej była wymarła. Śniadanie zjedliśmy nad oceanem obserwując wschód słońca – jedyną rzecz nadającą Hellnarowi uroku. Ruszyliśmy dalej, mijając kolejne opustoszałe farmy, z przydomowymi cmentarzami, idealnymi do kręcenia horrorów. Ostatecznie, na niemal pustej drodze zgarnęła nas para Islandczyków, z którymi zwiedziliśmy pozostałą część wymarłego wybrzeża.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o