– Chcecie jechać na Fiordy Zachodnie stopem? Też chcieliśmy, ale wszyscy nam mówili, że to się nie uda, bo nic tam nie jeździ i utkniemy – powiedziała nam Marta z Portugalii spotkana na Snafaelsnes.
My nie dojedziemy? My nie złapiemy? My utkniemy? Jest wyzwanie!

I zgarnąwszy Pawła (wraz z zapasem konserw prosto z Polski) z lotniska, ruszyliśmy we trójkę na północny wschód. Jak się potem okazało, ludzie mieli trochę racji. Ale nie można powiedzieć, że nie było warto pchać się na fiordy.

Dość długo staliśmy na wylotówce z Reykjaviku; odwykliśmy już od tak długiego czasu oczekiwania przy sporym – jakby nie patrzeć – ruchu (rozzuchwaliła nas autostopowo ta Islandia). Warto jednak było czekać, bo całą naszą trójkę zgarnęła Tota z Reykholar.

Reykholar to niewielkie miasteczko w południowej części Fiordów Zachodnich, posiadające 120 mieszkańców, którzy są chyba najbardziej mobilnymi ludźmi w tym regionie. Innymi słowy – mamy już tam znajomości i jesteśmy pewni, że całe Reykholar też już wie, że przybyli Polacy.
Tota jest personą, którą zna tam każdy; pracuje opiekując się starszymi ludźmi. Wwiozła nas do krainy fiordów przy słonecznej pogodzie, która pozwoliła nam docenić piękno krajobrazu. Jesień w tundrze jest cuowna i wielobarwna. Mimo braku deszczu na niebie pojawił się kawałek tęczy oderwany od standardowego łuku. Był jak prosta, kolorowa kreska obok słońca. Chwilę później, z drugiej jest strony pojawiła się następna.
– Nazywamy to kikh – powiedziała nam Tota – To rzadkie zjawisko, ja też nieczęsto je widzę.
Potem rozmowa zeszła na bardziej mroczne tory; Tota zaczęła opowiadać o heldeforkach, czyli ludziach, których nie można zobaczyć.
– To duchy?
– Nie. To ludzie, których nie widać.
Heldeforki mają w zwyczaju straszyć, trzaskać drzwiami, odbierać telefony i pojawiać się w snach. Są czymś innym niż elfy, które według kolejnej osoby z Reykholar, Olivar, mogą być zarówno dobre jak i złe. Po całej Islandii, szczególnie  górach, rozsiane są ich świątynie. Mogą być wszystkim – wzgórzem, dziwnym głazem, skałą wyglądającą jak portal.
– To jak je rozróżnić?
– Po prostu patrzysz i wiesz, że to tam.
Elfy czasami zrzucają kamienie na drogę i wtedy wiadomo, że od tego miejsca trzeba trzymać się z daleka. 95% Islandczyków nigdy nie widziało elfa, ale wielu z nich, słysząc o miejscu, w którym nie życzą sobie ludzi – wybierze inną drogą.
– To jak to w końcu jest, Islandczycy wierzą w elfy czy nie?
– To bardzo stare historie – odparła Olivar wymijająco – A każdy potrzebuje historii.

Tota zostwiła nas w pięknym miejscu, przy pięknym słońcu, przy skręcie na Holmavik. W oddali widzieliśmy kilka farm, więc nie można powiedzieć, że okolica była bezludna (wtedy jeszcze nie). Wypatrzyliśmy małą chatkę na horyzoncie, do której dzielnie zmierzaliśmy przez pola i rowy (sztuk jeden)… I która stała się naszym schronieniem na dwa dni. Nie mieliśmy drzwi (tzn. mieliśmy, ale były zajęte uszczelnianiem dziury po parapecie), ale mieliśmy okna i dach nad głową. Nie o to chodzi, że urzekła nas okolica; zatrzymała nas islandzka pogoda, która następnego dnia przyniosła wiatr i deszcz padający poziomo. Przyniosła też… właściciela chatki na traktorze, który wysłuchał z rozbawieniem naszych wytłumaczeń, a potem… odezwał się po islandzku. Na szczęście zadzwonił do córki, która została naszym telefonicznym tłumaczem i pozwolił nam przekoczować złą pogodę. Myślę jednak, że w domu śmiał się z nas długo.

Gdy pogoda się poprawiła, ruszyliśmy na trekking w stronę Holmaviku (nie żeby to było nasze marzenie – trekking z obciążeniem, ale zwyczajnie nic nie jechało). Po kilku godzinach wędrówki, a potem kilkudziesięciu minutach jazdy, udało nam się wyjechać z urokliwej pustyni i dotrzeć do miasteczka.

Holmavik słynie z Muzeum Czarnoksięstwa, które prezentuje głównie zaklęcia spisane na zwojach ludzkiej skóry i ochronne ryty na deseczkach. W XVII w. spalono tu na stosie kilkanaście osób za czary i stąd pomysł na muzeum.
Ponadto Holmavik ma także – jak większość miast na Islandii – basen termalny dostęony za śmieszne pieniądze, więc nie wahaliśmy się ani chwili (w ogóle, odkąd przyjechał Paweł, rozbijaliśmy się po gorących źródłach).

Na Islandii poza sezonem niemal wszystko jest pozamykane na głucho, ale szybko
odkryliśmy zaletę tego stanu rzeczy: na campingach można rozbijać się za darmo, dzięki czemu nie trzeba wychodzić za miasto i szukać osłony od wiatru.

Dalej chcieliśmy dostać się do Isafjordur, największego miasta tej części kraju, ale mimo tańców na drodze i wsparcia panów Dariusza i Wiesława nie powiodło nam się. Zdecydowaliśmy się więc zmienić kierunek i ruszyliśmy z powrotem. Ostatecznie wylądowaliśmy na campingu pośrodku niczego i już chcieliśmy się zabrać za gotowanie kuskusu, ale niebo pokrzyżowało nam plany. Zaczęło świecić na zielono.

Widziałyśmy do tej pory dwie zorze, ale wyglądały jak blade zjawy lub smugi na niebie. To co pojawiło się tamtej nocy było czymś bardziej absurdalnym niż ten cały gezjer. Niebo oszalało i zaczęło tańczyć. Tu i ówdzie wędrowały smugi pędzla, z innych wyłaziły kształty podobne do drzew, koni, ludzi lub niepodobne do niczego. Miejscami zieleń przechodziła w fiolet i róż. Byliśmy już mocno zmarznięci i głodni, a widowisko trwało i trwało i nie chciało się skończyć. Nie wiadomo już było, w którą stronę patrzeć. Ciężko o tym precyzyjnie opowiedzieć.
Niebo dosłownie oszalało (i my też).

Kolejny dzień przyniósł kolejny krótki trekking. Zgarnęły nas dwie dziewczyny z Tajwanu, które przewiozły nas przez górskie serpentyny, miejscami pozbawione asfaltu, o nachyleniu 16%. Siedzieliśmy ściśnięci pod naszymi plecakami, więc na szczęście niewiele było okazji do spojrzenia w przepaść.
Wylądowaliśmy przy drodze do wodospadu Dynjandi i utknęliśmy na dobre. W okolicy znajdował się tylko zamknięty na głucho hotel i samoobsługowa stacja benzynowa. Dookoła cisza, tylko szum rzeki.

Było to jedno z lepszych utknięć w naszm życiu. Rozbiliśmy się na tarasie hotelu, pod dachem, osłonięci od wiatru. Weszliśmy na pobliskie góry, podziwiając panoramę z wysokości, a potem – idąc za radą życzliwego miejscowego – znaleźliśmy gorące źródła z widokiem na ocean. Komu potrzebny wodospad? Mieliśmy piękną pogodę, udało się rozpalić ogień (nieczęsta rzecz na Islandii), kuskus, piękne widoki i ciepłą skalną wannę. Okolica oferowała także zapas kory na rozpałkę, którą razem z Angelą niezwłocznie upchałyśmy do szaf*.

Następnego dnia, po dwóch godzinach oczekiwania, zjechaliśmy z gór, a potem dotarliśmy do Borgarnes (to miasto jest naszym stałym węzłem komunikacyjnym; wszystko jedno gdzie jedziemy, zawsze tam trafiamy, tym bardziej, że jest tam supermarket Bonus, odpowiednik naszej Biedronki), które nawet udało nam się tym razem zwiedzić. Po noclegu na zamkniętym campingu i oglądaniu dzikiej, żółtej zorzy, ruszyliśmy do Keflaviku, odstawić Pawła na samolot.

A teraz ponownie okupujemy lotnisko, korzystając z dobrodziejstw cywilizacji, takich jak Internet, łazienka i wrzątek od pana z kawiarni. Słońce wychodzi, a droga przed nami – czas ruszać dalej!

Jeśli podobał Wam się dzisiejszy post, wesprzyjcie dzieciaki z Wałbrzycha:
https://fundacjagarczynskiej.wordpress.com

*Szafy – nasze kurtki. Nawet nie macie pojęcia, co można upchać po kieszeniach – od łyżki po drewno na opał

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Anonimowy Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonimowy
Gość
Anonimowy

Znam Tote poniewaz mieszkam w Reykholarze Tota jest starsza mila pania i bardzo pomocna .Pozdrawiam serdecznie podroznikow Artur z Reykholi