Gdy wpisze się w google ”atrakcje Islandii” na pierwszej stronie na pewno znajdziecie mnóstwo informacji o tzw. Golden Circle. Złoty Krąg to rzeczy, które trzeba zobaczyć będąc w okolicach Reykjaviku. Będą wodospady, będą gejzery. Ale czy to wszystko? Przed Wami subiektywny przewodnik po okolicach islandzkiej stolicy.

Właściwe Golden Circle obejmuje wodospad Gullfoss, Geysir, park narodowy Phingvellir i ciepłą rzekę w Hveragerdi, o której już pisałam. Zdecydowanie nie trafiliśmy z pogodą i malowniczy szlak do wspaniałej ciepłej rzeki (akurat) był dla nas walką o przetrwanie.
Ale pozostałe atrakcje spoko. Nawet dorzucimy kilka własnych.

Fludir

Fludir to pierwsze miejsce na Islandii, w którym miałam ochotę się zatrzymać. Szczególnie, że 9% miejscowej populacji to Polacy tu pracujący. Samo miasteczko nie jest duże; na ulicach spotkać można głównie turystów (ale nie ma na co narzekać; znaczenie słowa “bezludny” przyszło nam poznać dopiero później). Poza tym, w okolicach Fludiru są drzewa! Islandzkie powiedzenie mówi: “Jeśli zgubisz się w islandzkim lesie – po prostu wstań”. Tak więc obecność drzew na tej wyspie wywołała nasz szczery zachwyt i spowodowała, że przez chwilę poczuliśmy się trochę jak w Polsce.
Fludir słynie jeszcze z jednej rzeczy: Sekretnej Laguny, czyli najstarszego na Islandii basenu geotermalnego. Akwen z parującą wodą otoczony jest dymiącą ziemią i maleńkim gejzerem, który od czasu do czasu strzelał gorącym strumieniem. Z wody wieczorem rozpościerał się widok na spowite w kłębach pary, podświetlone na pomarańczowo szklarnie. Wszystko to  sprawiało wrażenie jak z piekła rodem – choć po wędrowaniu w deszczu, mocząc się w gorących źródłach, czuliśmy się jak w raju. Jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy wypad do leżącego niedaleko lotniska, ekstremalnie drogiego Blue Lagoon – zapomnijcie. Na Islandii znajdziecie baseny termalne w każdym mieście, albo, co jeszcze lepsze, dzikie gorące źródła.

Sekretną Laguną zarządza Harry – kolejna pozytywna postać na naszej drodze. Dostaliśmy zniżkę, mogliśmy postawić namiot na terenie obiektu, wysuszyć rzeczy w suszarni, a potem wrócić rano, aby ponownie wymoczyć się w gorącej wodzie.

Geysir

Wybraliśmy się do miejscowości Geysir, w której – jak sama nazwa wskazuje – znajdują się gejzery. Jeden, duży, nazywa się Geysir właśnie i to on dał imię całemu zjawisku polegającemu na wypluwaniu przez ziemię strumieni gorącej wody. Mniejszy nazywa się Strokkur i wybucha średnio co pięć minut. Być na Islandii i nie widzieć gejzeru? Nie wchodzi w grę!

Gejzer jest chyba największą abstrakcją, jaką widziałam w życiu. Niby człowiek wie z grubsza jak to działa, niby uczy się o tym w szkole, ale jak się podchodzi do tej parującej i bulgoczącej dziury to nabiera się coraz większej pewności, że w środku mieszka potwór, który zasysa i wypluwa wodę. Gdy nastąpił wybuch, instynkt samozachowawczy drze się: “czego stoisz, uciekaj!”. Gejzer to najbardziej absurdalna rzecz na świecie.

Widzieliśmy dwa wybuchy Strokkura, a potem staliśmy jeszcze ponad pół godziny przy Geysirze, zanim doczytaliśmy się, że ostatni raz wybuchł w 1930 po trzęsieniu ziemi.

Gullfoss

Z Geysira pojechaliśmy obejrzeć zatłoczony Chińczykami wodospad Gullfoss. To chyba jedna z największych – zaraz obok gejzerów – atrakcja Złotego Kręgu, która skupia mnóstwo turystów. Gullfoss jest największym wodospadem w Europie i robi gigantyczne wrażenie!

Phingvellir

Wreszcie dotarliśmy do parku narodowego Phingvellir, gdzie stykają się dwie pyty tektoniczne i gdzie w średniowieczu zbierał się Althing  pierwszy parlament wikingów. Zatrzymaliśmy się na campingu pośrodku niczego, gdzie podwiózł nas Holender zwany Hajsem.
– Bawie się dobrze – powiedział odjeżdżając i zostawiając nas na pustkowiu. Na campingu kwaterowało kilku podróżników; właściciele mieli zjawić się rano.

Zdecydowanie warto było się tam zatrzymać. Mimo że ranek powitał nas pierwszym przymrozkiem (namiot trzeba było łamać przed złożeniem) i szronem (tej nocy bardzo liczyłyśmy na nasze śpiwory Yetiego), to dzień był przepiękny, a ścieżka turystyczna wiła się między skałami, wodospadami i drzewami. To kolejne miejsce, które trzeba zobaczyć odwiedzając Islandię.

Grindavik

A teraz dla odmiany coś brzydkiego i nieco strasznego. Grindavik na pewno nie figuruje w żadnym zestawieniu Złotego Kręgu, niemniej jest to pewna osobliwość, także blisko Reykjaviku.

Pojechałyśmy więc do Grindaviku, miasta położonego na półwyspie Reykjanes, niedaleko lotniska. Po co? W sumie nie do końca jest to nam wiadome; chciałyśmy na niedzielę być w Reykjaviku i coś trzeba było zrobić z sobotą. Wybrałyśmy za cel więc okolice słynnej Błękitnej Laguny, do której jadą wszystkie wycieczki i przepuszczają tam grube tysiące euro.

Minęłyśmy więc Lagunę i dojechałyśmy do niewielkiego miasteczka. Kierowca, który nas podwoził, wysadzając nas na nieczynnym campingu rzekł na odchodnym: “have fun“.

Po pierwszym spacerze po mieście dochodzę do wniosku, że chyba brzmiało to jak kpina.
Ogólnie rzecz ujmując, Grindavik jest kwintesencją najbrzydszego, wyludnionego islandzkiego miasta. Utknąć tam oznacza depresję. Odrapane, blaszane domy straszą na ulicach, a atmosferę uzupełnia siąpiący deszcz (nie wierzę w to, że w Grindaviku świeci słońce; na pewno nie). Ludzie zaś są bardzo dobrze poukrywani i trzeba się nieźle naszukać, aby ich zobaczyć. Niemniej – częściowo nam się udało.

Niewątpliwie najbardziej oryginalną postacią tego miejsca jest pani Thordis.

Pani Thordis sprzedaje kamienie, o czym informuje wielki napis i wystawka tychże przed jej czerwonym domem. A w kolekcji ma wiele pięknych minerałów, to trzeba przyznać.

Jak się przekonałyśmy, ”kolekcja” to słowo klucz. Pani Thordis, widząc nasze zainteresowanie, zaprosiła nas do domu, w którym wszystkie ściany obwieszone są… dosłownie wszystkim. Pani Thordis zbiera wszystko co tylko da się zbierać: pocztówki, długopisy (dużo długopisów), kubki, breloczki, skrzydła ptaktów, przypinki, drewniane chodaki z napisami z różnych turystycznych miejscowości, pudełka od zapałek (ma nawet jedno z Biedronki) oraz podpisy gości. Wpisałyśmy się także i my (być może ukradła nam dusze).

Demoniczną atmosferę Grindaviku dopełniał szlak prowadzący do latarni morskiej, w której nie ma latarnika. Przeszłyśmy go ciemnym wieczorem, oglądając przy świetle latarki wraki statków, które stanowią swoistą ściekę edukacyjną. Można odnieść wrażenie, że wszystko się w Grindaviku rozbija i miasto toi słynie głównie z katastrof morskich (jak widać, latarnia spełnia swoją funkcję).

Z deszczowego Grindaviku, w mokrych butach, przetransportowałyśmy się do Reykjaviku, gdzie na polskiej mszy spotkałyśmy ”swoich”. I wreszcie wyszło słońce.

Skarpety radzieckiego kosmonauty

Barnafossar

Goszcząca nas w Reykjaviku Zosia sprzedała nam informację o pięknych wodospadach wypływających ze skał lawowych (bez obecności na powierzchni rzeki; dziwactwo jakich mało). Ruszyłyśmy więc na północ, ale zaraz przed Borgarnes skręciłyśmy na wschód, aby zobaczyć to indywiduum. I istotnie było warto.

Wodospad nazywany jest wodospadem dzieci, gdyż wiąże się to z legendą, w myśl której brat i siostra mieli w nim utonąć po osunięciu się naturalnego, kamiennego mostu biegnącego nad wodą.

Niedaleko wodospadu można także zobaczyć wznoszące się na horyzoncie lodowce Eiriksjokull, Flosajokull i, największy, Longjokull. W pobliżu znajdują się największe na Islandii jaskinie lawowe: Surtshellir i Stefanshellir, wyglądające jak długi tunel kamieniołomu. Na ziemi jedno wielkie rumowisko, droga naprzód polega na skakaniu po kamieniach. Jaskinie są udostępnione i może tam wejść każdy, lecz nie ma żadnych udogodnień dla turystów i koniecznie trzeba mieć ze sobą czołówkę. Dobrze jest także pilnować trasy i wrócić tą samą drogą.

Reykholt

Gdybyście zawędrowali do opisanych wyżej jaskiń, zahaczcie koniecznie o miasteczko Reykholt.
Nie jest duże; można je przejść w 20 minut, łącznie z obejściem lasu (tak, tak, tam naprawdę rosną drzewa!). Pierwszą noc, która miała być też ostatnią w tym miejscu, spędziłyśmy właśnie tam, próbując zagotować cokolwiek na mokrym drewnie, ponownie okadzając się dymem. Rano ruszyłyśmy do szklarni po pomidory i poznałyśmy Bjossiego.

Bjossi, syn właściciela szklarni, niestety nie potrzebował pracowników, ale dał nam pomidory w prezencie, wskazał mnóstwo okolicznych atrakcji, oprowadził, a potem przewiózł quadem po Reykholcie opowiadając mnóstwo ciekawostek. Dzięki niemu też odkryłyśmy niezbyt gorące źródło, przy którym znajdowała się rekontrukcja chatki-tunelu, prowadzącej w średniowieczu do fortu (w latach 1998-2007 były tu wykopaliska). Korzystał z niego wielokrotnie Snorri Sturlusson, lokalny średniowieczny bohater – autor sag oraz polityk. Snorri i jego życie jest tematem lokalnego muzeum.

Chatka Snorriego okazała się oczywiście idealnym miejscem noclegowym do naszej kolekcji – nie musiałyśmy długo się nad tym zastanawiać.

Ponadto Reykholt ma jeszcze jedną, gigantyczną zaletę: gorące źródło obudowane kamieniami, z kominem, w którym jest ruszt. Idealny do gotowania.
Tak więc zaczęłyśmy żywić się zdrowo, gotując owsiankę i kuskus na parze. Niech żyje energia geotermalna!

Przy naszym trybie podróżowania Reykholt stanowił koczowisko idealne – kuchnia w gotowości niezależnie od warunków atmosferycznych i domek, do którego nikt nie zaglądał (trzeba było tylko uważać na chińskie wycieczki). Ciężko się go opuszczało, ale w końcu jednak ruszyłyśmy na północ.

Wszak to Islandia. Gdzie nie spojrzysz, tam trudno oczy oderwać.Jak widać, okolice Reykjaviku oferują więcej, niż na to wskazuje zestawienie Golden Circle. Zawsze coś trzeba wybrać – tak jak zawsze trzeba zobaczyć gejzer. Może ten post zachęci Was do zejścia ze szlaku i poszukania także innych ciekawych miejsc.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Peter Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Peter
Gość

Pozdrowienie od kapucynow z Islandii, tylko sprawzdilem, ze dotarli scie cale do domu:). S blogoslawienstwiem do szalenstw podroznych Piotr