Jadąc na Islandię zastanawiałam się, czy da się zrobić jajecznicę na gorących źródłach. No bo dlaczego nie? Pozostaje tylko kwestia kucharskiego BHP. O tym, jak wykorzystać geotermalne siły do gotowania – czytajcie w kolejnej odsłonie naszej północnej przygody.

Nie obyło się oczywiście bez legend. Zanim dostałyśmy się do geotermalnego raju, przejechałyśmy przez Asbyrgi – miejsce słynące z kanionu rzeki Jokulsa, najdłuższego (chyba) w Europie, oraz ze skały w kształcie końskiej podkowy (jak na nasze oko trochę niedorobiona, ale niech będzie). Skała powstała wskutek działalności powodzi lodowcowych, które rzeźbiły ją w mnóstwie niezrozumiałych procesów geologicznych. Inna wersja głosi, że to koń Odyna odcisnął na ziemi jedno ze swych kopyt (jak dla mnie ta druga wersja jest bardziej wiarygodna, bo pierwszą nie końca jestem w stanie sobie wyobrazić; jak się patrzy na tę skałę i czarny ślad po nieistniejącym wodospadzie to wersja z koniem brzmi bardziej realnie).

Jak dać się wywieźć do lasu

Asbyrgi położone jest poza głównym szlakiem i próbując się tam dostać zastanawiałyśmy się, czy aby tam nie utkniemy. Byłyśmy umówione w Reydarfjordur, a Asbyrgi wyglądało jak miejsce na końcu świata, gdzie nic nie jeździ, a co dopiero w drugą stronę. Znowu jednak miałyśmy szczęście – po długim oczekiwaniu w deszczu, gdy już bliskie byłyśmy rozbicia namiotu gdziekolwiek i dotrwania do rana, najpierw złapałyśmy stopa do Husaviku, a następnego dnia zatrzymał się dla nas Khart.
Khart – małomówny Islandczyk, jechał do pracy przez Asbyrgi, więc najpierw nas tam podwiózł, a potem – wracając – zabrał do głównej drogi. Mało tego – gdy usłyszał, że chcemy spać pod namiotem, powiedział:
– Jutro spadnie śnieg!
Zbytnio się nie przejęłyśmy; gdyby śnieg padał za każdym razem, gdy słyszymy o tym od Islandczyków, naszego namiotu nie byłoby widać spod zasp. Khart w całej swojej małomówności zmartwił się o nas bardzo (jak się okazało sam ma dwie córki) i zaproponował, że możemy przenocować w domku letniskowym, który jego firma wynamuje dla pracowników.
Domek okazał się istną hacjendą z jacuzzi w islandzkim lesie (!). W życiu nie spotkałyśmy tak serdecznego Islandczyka i brakowało nam słów, aby mu podziękować.

Największy przepływ

Kiedy Khart odstawił nas z powrotem na szlak, stanęłyśmy przed koniecznością przejechania przez rejon Myvatn – tak samo piękny jak i odludny. Byłyśmy już tam na wycieczce z księdzem, więc teraz zależało nam jedynie na przekroczeniu pustyni i dostaniu się do miasta po drugiej stronie tego bezludzia. No, i być może na zobaczeniu wodospadu Detifoss, o największym przepływie wody w Europie. Był on jednak sporo oddalony od głównej drogi, więc łapałyśmy cokolwiek, nie wybrzydzając. Czasem jednak warto wypowiedzieć swoje życzenia na głos, bo zatrzymała się dla nas para Amerykanów – Brian i Chelsea, którzy obwieścili:
– Jedziemy do Detifoss!

Tak więc nasza radosna czwórka dojechała na odludzie przysypane już śniegiem, gdzie szlak między skałami prowadzi do naprawdę imponującego wodospadu. I tu nie można już powiedzieć ”just another waterfall”.

Gotowanie na parze

Brian i Chelsea zostawili nas przy Hverirze – obszarze geotermalnym podobnym do Yellowstone, gdzie ziemia paruje, a błoto się gotuje barwiąc ziemię na różne kolory.
– Gotujemy?
Mówią, że gotowanie na parze jest bardzo zdrowe – więc czemu nie? Wyciągnęłyśmy menażki i całą resztę sprzętu do gotowania, po czym wstawiłyśmy wodę na palnik nr 2 (palnik nr 1 był zajęty, bo kręcili tam jakiś film; pewnie o gotowaniu).

Palnik był stertą kamieni, z której wydobywała się para. Znalazłam w miarę stabilny kamień i ustawiłam na nim menażkę – ku uciesze Chińczyków (moja menażka jest od dziś najsłynniejszym naczyniem w Chinach; i niech się schowają wszystkie brązowe garnki). Do garnka powędrowały składniki naszego deseru: dwa kisiele, tabliczka najtańszej czekolady z Bonusa oraz herbatniki. Wszystko to, z odrobiną wody, gotowało się na kamieniach. Należało jedynie uważać przy stawianiu i zestawianiu menażki, gdyż para była gorąca.

W pewnym momencie nadciągnęła wycieczka Grenlandczyków pod przewodnictwem Włocha. Nie wiem, kto kim był bardziej zainteresowany: czy my nimi czy oni nami.

Ugotowałyśmy, zjadłyśmy, a menażka nawet się trochę umyła; gotowanie na parze to same korzyści – szczególnie w tak pięknych okolicznościach przyrody.

Po posiłku i dłuższym oczekiwaniem w padającym śniegu, wreszcie zatrzymał się dla nas kolejny małomówny Islandczyk, który przewiózł nas przez lodową pustynię. I wtedy zobaczyłyśmy wreszcie islandzką zimę. Biała mgła zlewała się z wszechobecnym śniegiem, tak że miejscami nie było widać gór. Dookoła nic tylko zaspy i żółte słupki wyznaczające granice oblodzonej drogi. Minięcie się z jadącym z naprzeciwka tirem stanowiło nie lada wyzwanie. Krajobraz dookoła przywodził na myśl Grenlandię. Piękny i straszny zarazem.
Grunt, że jechałyśmy już z pełnymi brzuchami.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o