Islandia jest najdziwniejszym krajem, jaki w życiu widziałam. Jest kompletnie odmienna od Polski. Bez względu na jej wady i trudności, warto było tam pojechać. Przez półtora miesiąca włóczęgi czuję się upoważniona do napisania nowej wersji wikipedii dla Islandii – bardzo subiektywnej, ale z jakiej przyczyny mam być obiektywna?


Islandia

Klimat:
Oceaniczny, oceaniczny i jeszcze raz mokry. Islandczycy zwykli mówić, że jeśli nie podoba ci się islandzka pogoda, poczekaj pięć minut to się zmieni. No, chyba że się nie zmieni. Choć też zależy, co rozumiesz pod pojęciem zmiany. Deszcz może mieć nieskończenie wiele odmian. Może na przykład padać. Albo padać bardziej. Może też padać poziomo. Może siąpić, może mżyć. Może też padać zmarznięty deszcz.
Oprócz deszczu, jest jeszcze wiatr. Zimą dochodzi ponoć do 200 km/h. Tacza bele ze słomą, przestawia kontenery w portach, porywa namioty (pierwszego dnia nauczyliśmy się, że NIE MOŻNA rozbijać się na otwartej przestrzeni). Wiatr też może wiać bardziej, a może też mniej. Może miotać o skały. Może wiać od oceanu albo wiać cholera wie skąd. Po prostu może wiać.
Ponadto, jeśli chodzi o temperatury, nie jest tragicznie – tegoroczna jesień była niewiele chłodniejsza od ostatniego lata. Jeśli akurat wiatr nie przewiewa cię na wylot, to ogólnie jest całkiem dobrze, a dobry śpiwór to ciepła noc. Co prawda zdarzają się nocne przymrozki i rano trzeba połamać namiot przed złożeniem (zakładając, że masz jeszcze czucie w palcach), ale bez tragedii. Opady śniegu są obfite na północy, w Reykjaviku zdarza się, że trawa jest zielona przez cały rok.

Geologia:
Islandia jest krajem geologicznie niedorobionym – jako najmłodszy ląd w Europie jest ciągle w fazie tworzenia i ja osobiście odniosłam wrażenie, że o ile w Australii może zabić cię fauna i flora, to na Islandii to ziemia jest tym, co na każdym kroku czyha na twoje życie.
Na przykład, bieganie po polu lawowym może skończyć się pochłonięciem przez niewidoczne dziury. Nikt nie wie, ile jaskiń jest pod spodem. Zdarza się, że ziemia czasami się zapada odsłaniając kolejne dziury.
– A jak człowiek wpadnie w taką szczelinę to umrze i kto go znajdzie? Nawet śmierdzieć nie będzie – podsumował ks. Adam z Akureyri (ks. Adam roztoczył przed nami wizję malowniczej śmierci na Islandii na milion sposobów).
Z mniejszą lub większą regularnością wybuchają także na Islandii wulkany – wspomnieć można choćby Eyjafjallajokull, który w 2010 sparaliżował ruch lotniczy nad Europą. Podczas naszego pobytu na wyspie obudził się natomiast zaspany Vatnajokull – największy wulkan-lodowiec starego kontynentu. Erupcje spowodowały topnienie czapy lodowej, która zalała drogę nr 1 (podobno, bo Islandczycy, których spotkałyśmy nie umieli ustalić wspólnej wersji; prawdopodobnie wiecie o tym wydarzeniu więcej z polskich wiadomości).
Aktywny wulkanizm oczywiście nie należy do zjawisk bezpiecznych – mimo to wielu ludzi decyduje się oglądać erupcje z bliska w trampkach i krótkich spodenkach (zamiast racjonalnie uciekać).
Budowa geologiczna Islandii jest jednak bardzo ładna kolorystycznie – barwne góry na horyzoncie stanowią widok bardzo urokliwy, a skały przybierają najdziwaczniejsze kształty na świecie – pomarszczonej skóry słonia albo czegoś, co wygląda jak piach, ale jest twarde i ma dobrą przyczepność.
A, no i poza tym ziemia dymi i strzela gejzerami, bo jest gigantycznym źródłem energii geotermalnej.

Hydrologia:
Woda jest. W dużej ilości. Tak dużej, że Islandczycy nie żałują jej sobie biorąc prysznic i nie przejmują się takimi drobnostkami jak odkręcony kran w łazience. Rzeki są natomiast bardzo dynamiczne, podobnie jak wodospady, które pojawiają się, znikają lub zmieniają bieg. Jeśli interesujecie się procesami hydrologicznymi i brakuje Wam cierpliwości – jedźcie na Islandię, tam wszystko się dzieje bardzo szybko. Pod Akureyri na przykład powstał ostatnio nowy wodospad, bo podczas drążenia tunelu robotnicy natrafili na gorącą rzekę (zdarza się każdemu) i trzeba było gdzieś tę wodę odprowadzić (zaraz po ewakuacji ludzi).
Islandia jest usiana oczywiście gorącymi źródłami, w których można się kąpać. Wiele z nich jest obudowanych i włączonych w ruch turystyczny, ale równie liczne są dzikie i żeby do nich dotrzeć, trzeba pytać miejscowych. Są zdecydowanie bardziej urokliwe. Niektóre z nich pewnie znikną, bo jako się rzekło, ta wyspa żyje, ale bez obaw, bo gdzieś niedługo powstaną kolejne.
Przed kąpielą warto sprawdzić temperaturę wody, bo słyszałyśmy od przypadkach ludzi ugotowanych na Islandii. Dosłownie. Skakanie na główkę do gorącego źródła nie jest dobrym pomysłem.
Rzecz jasne każde szanujące się islandzkie miasto ma basen, na który wszyscy chodzą głównie po to, aby wygrzać się w jacuzzi.

Roślinność:
Tundra jak okiem sięgnąć – jesienią mieni się w tysiącu odcieni brązu i pomarańczy. Porosty są wszechobecne i naprawdę ładne…
…czego nie można powiedzieć o drzewach. Jeżeli już się zdarzają, są to zwykle karłowate odmiany brzozy i jarzębiny, przyginane do ziemi przez wiatr. Iglaki występujące w krajobrazie są drzewami przywiezionymi i ponoć ciągle są w fazie adaptacji.
Są na Islandii lasy, ale trudno je znaleźć i zwykle nie są zbyt obszerne (kolejne mądre islandzkie powiedzenie mówi: jeśli zgubisz się w islandzkim lesie – po prostu wstań).
Kiedyś jechałyśmy stopem z pewnym Islandczykiem, który wskazując na jakieś rachityczne krzaki, rzucił w rozmowie:
– O, tu po bokach rosną drzewa.
A mnie cisnęło się na usta: “ty chyba drzewa w życiu nie widziałeś”.
Wiem, że ten dział ”roślinność” powinien zawierać więcej informacji o tym, co rośnie na Islandii, a nie o tym co tam NIE rośnie… ale właśnie wróciłam z ząbkowskiego lasu i…. cóż poradzić, lubię to, że są tu drzewa. Poza tym obiecałam Wam subiektywne spojrzenie, a słowa trzeba dotrzymywać.
 

Historia:
Najkrócej można streścić ją następująco: przybycie wikingów – zależność od Danii – niepodległość – działalność NATO. Wikingowie oczywiście zasłynęli bardzo jako odkrywcy, popłynęli na Grenlandię, odkryli Amerykę i w ogóle. Tak więc – działo się!
A potem działo się trochę mniej.
Islandia uzyskała niepodległość w tym samym roku co i Polska, choć jej poszło zdecydowanie łatwiej – król duński zwyczajnie z niej zrezygnował.
Północne regiony Islandii szczycą się tym, że odwiedzając je, turysta może dowiedzieć się o roli Islandii w II wojnie światowej… No więc… Islandia była zajęta przez Niemcy, ponieważ była zależna od Danii, która również była przez nie zajęta.
I to mniej więcej tyle.
Największy rozwój Islandia przeżyła, gdy została bazą dla amerykańskich żołnierzy z NATO. Wiele się wtedy działo – rozbudowano drogi (lub w ogóle zbudowano), ludność przeniosła się z ziemianek do domów krytych blachą, a w latach ’80 wprowadzono oficjalny zakaz współżycia z owcami.

Rolnictwo:
Przepraszam – co?
Owce. Dużo owiec.

Ludność:
Trzysta dwadzieścia tysięcy ludzi, z czego sto dwadzieścia tysięcy w Reykjaviku. I milion turystów rocznie.
Na Islandii jest więcej owiec niż ludzi. Kraj jest niemal trzykrotnie mniejszy od Polski, ale jest jedną wielką pustką. W małych miejscowościach na Fiordach Zachodnich lub na półwyspie Snaefelsness próżno szukać życia po sezonie. Większość domów jest zasiedlana tylko latem (jakby było dużo cieplej). Poza tym, szczególnie na zachodzie, spotkać można opuszczone farmy, które są żywym świadectwem problemu niemal każdego kraju – wynoszenia się ludzi do dużych miast (w przypadku Islandii – miasta).
Islandczycy są potomkami kilku rodów, którzy przybyli tu w czasach wikingów i praktycznie rzecz ujmując – prawie wszyscy są ze sobą jakoś spokrewnieni. Mają nawet specjalne aplikacje na telefon aby sprawdzić, czy przypadkiem nie umawiają się z własną siostrą (co podobno wcale nie jest takie niemożliwe). Generalnie rzecz ujmując Islandczycy wyznają całkiem dużą swobodę obyczajów.
Niewielka wymiana genów spowodowała początek licznych chorób i niepełnosprawności. Islandczycy stoją na krawędzi kryzysu demograficznego z powodu hermetycznego środowiska i małej wymiany krwi. Jakiś czas temu popularne było nawet zawiązywanie umowy między samotnymi islandzkimi mężczyznami a kobietami z Filipin, które przylatywały na wyspę i w zamian za opiekę mogły ściągnąć resztę swojej rodziny.
Warto także nadmienić, że Polacy stanowią procentowo największą mniejszość na Islandii. Polaka łatwo spotkać w każdym kraju – cóż dopiero tam!

Język:
– Kobieto, wyjmij to jedzenie z buzi jak mówisz! – opinia Jacka na temat islandzkiej spikerki.
No i tak to mniej więcej brzmi. Opcjonalnie: “blablabla”.

Ustrój polityczny:
– Tu naprawdę działa demokracja! Referendum to nie jest tylko puste słowo – jak ludzie powiedzą, tak ma być i już! Tu się szanuje głos obywateli.
– Jaka demokracja?! Pic na wodę, oni tu mają wikiński zamordyzm, jak im powiedzą, tak ma być. Jak mieli kryzys w 2008 to było powiedziane, że zbankrutują i nikt nie miał nic do gadania. Mieli się zgodzić na reformy i się zgodzili, bo tak mieli powiedziane.
Wybierzcie sobie opcję.

Religia:
Luteranizm. Przynajmniej teoretycznie.
Podobnie jak w Norwegii, luterańscy kapłani są traktowani jak urzędnicy, a podatki każdego obywatela z automatu idą na luterański kościół – chyba że ktoś zada sobie trud i wskaże inaczej.
Generalnie jednak Islandczycy nie są zbyt religijni. Oprócz Kościoła luterańskiego działa także Kościół katolicki, w którym większość wiernych to Polacy i Filipińczycy. Wciąż jest to jednak Kościół misyjny, a księża przejeżdżają czasem setki kilometrów, aby odprawić mszę, czasem dla dosłownie kilku osób. ”Tutaj ksiądz nie jest pasterzem, tylko rybakiem”.

Tradycja:
Mimo słabej religijności, Islandczycy bardzo serio traktują wszelkie opowieści o trollach, elfach i huldufolkach, czyli niewidzialnych ludziach. Mało kto się do tego przyzna, ale też mało który Islandczyk będzie się z tego śmiał. Kiedy kamienie spadają na drogę – przyczyną mogą być elfy lub trolle (gdy patrzy się na nieskończone pola lawy porośnięte mchem, trudno nie zacząć w to wierzyć). Huldufolki natomiast zamieszkują skały i ludzkie domy, straszą ludzi, trzaskają drzwiami – i nikogo już to nie dziwi.

Kuchnia:
Podstawą islandzkiej kuchni są ryby i barany, czyli to, co mają na miejscu w dużej ilości. A także tanie (jak na warunki islandzkie) jedzenie z Bonusa. Tradycyjnym przysmakiem jest też zgniły rekin (świeży zawiera toksyny), który śmierdzi jak, cytuję: “męska toaleta z dworca PKS z końca poprzedniego stulecia”.  

I tak to mniej więcej wygląda. Nie przeczytałam żadnej mądrej książki o Islandii. Post powstał na podstawie rozmów ze spotkanymi ludźmi i obserwacji kraju po drodze. Opiera się więc głównie na niesprawdzonych informacjach, plotkach i subiektywnych odczuciach. Ale zaufajcie mi – jestem archeologiem. W podróży.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o