Siedzę pod stacją benzynową przy drodze E-6 i siorbię ciepłą herbatę z termosu. Mam na sobie z pięć warstw ubrań i jest mi w miarę ciepło. Po drugiej stronie ulicy norweskie dzieci, w krótkich rękawkach grają w piłkę, lekceważąc siąpiący deszcz.

Tak, znowu jestem w Norwegii.

Mam wrażenie, że depczę trochę po własnych śladach. W drodze na północ mijam pobocza, przy których łapaliśmy stopa dwa lata temu, miejsca, gdzie rozbijaliśmy namiot, i te, w których utknęliśmy. We dwójkę stop jest jednak znacznie prostszy.

Plan też był prosty: pojechać na Lofoty, a w drodze powrotnej odwiedzić Levana, który ma w Bodo firmę budowlaną i pomalować z nim kilka domów. Jak to jednak zwykle bywa, prosto nie było.
Spotkaliśmy bowiem Toma.
Chwilę przed złapaniem Toma.

Moknęliśmy ze dwie godziny na jakimś poboczu pośrodku nigdzie, gdy podjechał on – mechanik naprawiający dystrybutory paliwa w całym kraju. Akurat miał zlecenie na Svalbardzie, więc jechał przez cały kraj, aby zdążyć na łódź z Tromso. Tym sposobem złapaliśmy stopa na najbliższe 1500 km. Tom mknął przez cały kraj, zatrzymując się tylko na obiad i toaletę. Wlewał w siebie litry kawy i coli i opowiadał  nam o swojej pracy. W Norwegii jest wielu mechaników, ale Tom potrafił naprawić to, czego nie potrafił nikt inny. Zatrzymaliśmy się w środku nocy w jednej z odludnych wiosek za kołem podbiegunowym. Tom uporał się z kolejnym zleceniem w godzinę, a nam w czarodziejski sposób wyciągnął piwo z jakiegoś zamkniętego budynku.

– I’m the best! – rzucił nieskromnie ponownie siadając za kierownicą.

Przekraczamy koło podbiegunowe! Rety, gdzie my jedziemy? Tu już śnieg!
Tym sposobem w niecałe dwie doby wylądowaliśmy w Nordksjobot, skąd do Nordkappu był już tylko rzut beretem. To znaczy, w porównaniu z resztą kraju. Wybór był więc prosty.

Każdy ma jednak jakąś wytrzymałość, więc nawet oczy Toma zaczęły się w pewnym momencie niebezpiecznie kleić. Godzina snu w Narwiku wystarczyła mu do całkowitej regeneracji. A my – pasażerowie, przez całą drogę byliśmy nieludzko zaspani.

Nordkapp… Najbardziej na północ wysunięty przylądek Europy. Miejsce, gdzie nic nie ma, ale warto stanąć na końcu świata ze świadomością, że dalej już tylko biegun. Ponadto w lato wszyscy czekali na midnight sun, czyli słońce świecące nad horyzontem w środku nocy. Nam to zjawisko towarzyszyło praktycznie od początku. Czerwiec na północy to białe noce, a im bliżej końca Europy tym bardziej intensywne. Słońce nawet nie zachowuje tyle przyzwoistości, by choć pozorować poetyckie chylenie się ku zachodowi, zabarwiając niebo odcieniami różu i czerwieni. Gdzie tam, świeci całą noc i trzeba zakładać opaski na oczy. A i tak człowiek budzi się co jakiś czas i patrzy na zegarek, czy to aby nie ściema  z tymi białymi nocami. Na dodatek ptaki śpiewają przez dały czas – jak one to robią, że nie umierają?
Mimo tych wszystkich norweskich anomalii, jechaliśmy na północ w miarę sprawnie, choć im dalej tym ruch był zdecydowanie mniejszy. Czasem łapaliśmy się na tym, że dochodziła pierwsza w nocy, a my dalej byliśmy na trasie. Spoglądanie na niebo w celu odczytania godziny przestało mieć sens. Zwykle kładliśmy się spać, gdy częstotliwość mijających nas samochodów spadała do jednego na dziesięć minut.Mknęliśmy przez puste szosy, oglądając ryty naskalne w Alcie i słuchając opowieści o Saamach, czyli mieszkających w prowincji Finnmark pasterzach reniferów, spokrewnionych z Finami, którzy cały czas żyją blisko natury. Norwedzy niejednokrotnie narzekali, że w Finnmarku nie można nic zbudować bez ich pozwolenia, a samochodom nie wolno opuszczać głównych dróg.

Ryty w muzeum w Alcie

Saamowie, dumni ze swojej kultury, chodzą często nawet na co dzień w swoich kolorowych strojach, a przy drodze można zobaczyć ich trójkątne namioty, w których sprzedają pamiątki dla turystów – niemal wszystkie produkty wykonane z renifera. Bo też i całe ich życie kręci się wokół tych zwierząt.

Na ostatniego stopa w drodze na Nordkapp zgarnęła nas Isabelle, młoda dziewczyna jadąca odwiedzić rodzinę w Honningsvag -najdalej na północ wysuniętym mieście. Jechaliśmy przez tundrę, podziwiając renifery biegające po obu stronach drogi i opowiadając Isabelle o naszych planach. Mimo późnej pory byliśmy zdeterminowani, aby jeszcze tego samego dnia dotrzeć na Nordkapp. Wtedy Isabelle powiedziała:
-Przenocujcie w miasteczku, bo jutro startuje u nas festiwal i wszyscy chętni będą szli na Nordkapp piechotą. To taka nasza tradycja, ja też idę.
Wstęp na Nordkapp i tak był płatny, a kupując bilet na marsz mogliśmy trochę zaoszczędzić. Poza tym na trasie były punkty kontrolne z czekoladą i owocami, a  na miejscu na każdego uczestnika czekała ciepła zupa i symboliczny medal.
35 km marszu przez okolice Mordoru… Czy warto?
Oczywiście, że poszliśmy. No bo wiecie, zupa. To nie zdarza się często, a kraj taki zimny.

Zatem po nocy spędzonej na przepięknym wzgórzu w Honningsvag, poszliśmy na festyn.

Nasz epicki nocleg w Honningsvag

Festyn w wydaniu norweskim nieco się różni od naszego – dość powiedzieć, że nie byliśmy pewni, czy aby na pewno dobrze trafiliśmy. W końcu jednak nabraliśmy pewności, że ten chłopak z gitarą stojący na stopniach urzędu i dwie towarzyszące mu dziewczyny z mikrofonami to ta właściwa impreza. Zapisaliśmy się na marsz i oczywiście przegapiliśmy moment startu, ale ostatecznie wyruszyliśmy. Nasze zadanie znacząco ułatwiła nam mama Isabelle, która na trasie zabrała nasze plecaki do samochodu. I chwała jej za to,  bo jedzenie zabrane z Polski bardzo nam ciążyło.

Dalej było już nieco bardziej monotonnie: Mordor, Mordor, o, jeziorko, Mordor, o, renifery, Mordor, Mordor, znowu renifery, Mordor, więcej reniferów, Mordor, o, to już chyba blisko, Mordor, Mordor, a nie, to tylko punkt kontrolny, Mordor, wyprzedzamy emerytów, Mordor, wyprzedzamy dzieci, Mordor, to już chyba ostatnie podejście, Mordor, ale tamto to już na  bank ostatnie, Mordor, mam masę zdjęć reniferów, ale wieje, Mordor, o, to już chyba tu!

Wszechobecne renifery
\

Tańczący z reniferami. W kółeczku.

Kiedy weszliśmy do centrum turystycznego na Nordkappie, myśleliśmy już tylko o tej zupie i o tym, żeby gdzieś usiąść. Dopiero po chwili, zachęceni przez organizatorów, podeszliśmy odebrać nasze medale.
– Poland, yes?
Nikt nie był w stanie przeczytać naszych nazwisk. I tak byliśmy jedynymi obcokrajowcami, więc całe miasto o nas wiedziało i znało naszą historię.

Nordkapp zdobyty!

Patrzyliśmy na Morze Barentsa, z którego wiał ostry, zimny wiatr od bieguna. Staliśmy na mrocznym końcu świata, obok tłumu Chińczyków czekających na midnight sun z kamerami w gotowości. Byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Chyba warto w takie miejsca dotrzeć nieco inaczej niż turystycznym autokarem.
Rozbiliśmy namiot za parkingiem i poszliśmy na spacer po bezludnych wzgórzach. Surowa tundra, tajemne kamienne kręgi poukładane przez miejscowych w tajemniczych celach i renifery obserwujące nas bacznym wzrokiem.

I pośród całego tego majestatu północnej przyrody zakiełkowała nam w głowie jedna, niepokojąca myśl:
Kto  nas stąd, do licha, zabierze na stopa?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o