Do Tuwy przyjechaliśmy na wykopaliska archeologiczne. Razem z ekipą Rosjan badaliśmy scytyjski kurhan – pochówek jednego z dawnych stepowych wodzów.

Ekipa wykopaliskowa

Z profesorem prowadzącym badania skontaktowaliśmy się jeszcze w Polsce i dogadaliśmy, że wpadniemy na wykopaliska na kilka dni.
Umówiliśmy się w Turanie, niewielkiej miejscowości 70 km na północ od Kyzyłu, stolicy Tuwy. Problem był w tym, że nasz ostatni stop wysadził nas 5 km przed celem, bo znajdował się tam posterunek policji, a my jechaliśmy we troje w dwuosobowej kabinie dostawczaka – plus nasze plecaki cisnące na pęcherz, Nie chcąc więc ryzykować mandatu, pożegnaliśmy się i obok policji przeszliśmy piechotą. A raczej chcieliśmy przejść.

Byłam pewna, że nas zatrzymają – dwójka ludzi z wielkimi plecakami pośrodku niczego próbuje szmuglować się koło komisariatu, To nie mogło się udać, Natychmiast wyskoczył do nas tuwiński policjant z pytaniami: a kto? a dokąd? Kiedy zajrzał nam w paszporty i wydało się, że jesteśmy “inostrancy”, zaprosił nas do środka, W gruncie rzeczy nie było źle. Spisali nasze dane i odbyliśmy całkiem przyjemną rozmowę o ekonomii, geografii i systemu walutowego Polski. Mimo wszystko, dość dziwnie się czułam, gdy zgodnie z ich sugestią, dzwoniłam do profesora, z prośbą o odebranie nas z komisariatu.

Ruszyliśmy do obozu archeologów ekspedycyjnym UAZ-em. Skręciliśmy z głównej drogi, minęliśmy wioskę Arżan i skończył się asfalt. Jechaliśmy polną drogą, aż wreszcie i ona się skończyła i Tolik, nasz kierowca, skręcił w step. Niebawem na horyzoncie pojawiły się namioty.

Obóz archeologów składał się z kilku baraków, zadaszonego stołu i jutry, pełniącej rolę pomieszczenia socjalnego. Gdy przybyliśmy, akurat lało i pozwolono nam spać w środku. Kolejnego dnia był dzień wolnym więc trafiliśmy w sam środek imprezy.

Nocne przyśpiewki przy gitarach, harmonii i alkoholu

Ekspedycja składała się głównie z ludzi z Petersburga, skupionych wokół archeologicznego klubu. Od kilu już lat, ci lato, kopali scytyjski kurhan położony w Dolinie Carów, przepięknym miejscu otoczonym przez jeszcze piękniejsze góry. Patrzyliśmy na nie co rano, budząc się i szykując na wykop. Codziennie na wykop dowoził nas UAZ z przyczepą, na której telepało się około dziesięciu osób, które nie zmieściły się w samochodzie. Gdy prowadził Tolik, jechaliśmy powoli i spokojnie. Czasem jednak kierowcą był Wania z Turanu, który miał zadatki na stepowego rajdowca. Wtedy człowiek zazwyczaj trzyma się i modlił, by nie wypaść. Bujając się na wertepach niczym na łodzi i walcząc o życie, człowiek zaczynał rozumieć, co znaczy “suchego oceanu przestwór”. Po drodze mijaliśmy wielbłąda zwanego Cziburaszką i całe stada koni i krów należące do dziedzica Aleksandra, właściciela większości ziemi w Dolinie, Ostatnio chciał kupić dom kultury w pobliskiej Czekałówce (populacja: 15 osób), gdzie pasą się krowy, ale mu go nie sprzedano. Sfrustrowało to nieco wielkiego feudała.

Do najbliższego sklepu mieliśmy pięć kilometrów marszu przez step. Do większego ośrodka cywilizacji – już około dwudziestu.

Dzień zaczynał się zawsze od pobudki, którą urządzał nam profesor. Wstawał jako pierwszy i obserwował niebo. Jeśli nie zanosiło się na deszcz, rozpoczynał obchód po naszych namiotach. Zwykle słyszałam już, jak budził mieszkającą obok Maszę.

– Masza, Masza – mówił spokojnie czekając na odzew. Kiedy Masza zameldowała, że już nie śpi, rozlegało się: Monika, Monika, a potem…

– Psz… Pszmmee… P-Psziemiek?

Po dwóch tygodniach profesor i pozostali członkowie ekspedycji nauczyli się wymawiać “to dziwne polskie imię” mojego kolegi.

Dalej następowało śniadanie, które serwowała nam Olga – obozowa kucharka. Kolejny człowiek-historia.

Olga ma polskie korzenie. Żeby to udowodnić, śpiewała razem z nami wieczorami Kolorowe jarmarki w wersji dwujęzycznej. Przysłuchiwała się naszym rozmowom, a gdy uzyskiwała potwierdzenie, że zrozumiała niemal wszystko, wołała:

– Ura! Jazyk predkov! Język przodków!

Olga podróżowała razem ze swoją kilkuletnią córką Marusią, którą wysyłała do nas na naukę polskiego. W ciągu roku pracowała jako fotograf na koncertach rockowych, a w wakacje gotowała na obozach młodzieżowych, harcerskich lub… archeologicznych.

Na wykopie zaskoczy mnie system przerw: co godzinę Maksim, jeden ze starszych wolontariuszy krzyczał: pierieryv! – i wszyscy schodzili w cień na dziesięć minut. O dwunastej następowała przerwa obiadowa. Chłopaki ogrzewali na ognisku zapakowaną przez Olgę zupę i baraninę (baranina to słowo-klucz wyżywienia całej ekspedycji; zaopatrywał w nią nas lokalny feudał – w ilości hurtowej), a dziewczyny nakrywały do stołu.

Po powrocie z wykopu kolejny posiłek – ale już zakrapiany. Profesor zawsze wyciągał jakąś domową nalewkę “na trawienie”. Wieczorem zaś wyciągane były wszelkie muzyczne instrumenty i – jeśli tylko pozwala pogoda – rozpalano ognisko.

Nasz wykopowy transport

Nasz kurhan


Siedzieliśmy na wykopaliskach niemal dwa tygodnie. Po większej ilości wódki Rosjanie odważyli się odezwać do Przemka  po angielsku, a i on sam zaczął więcej rozumieć po rosyjsku. Przybył także Gucio, z którym 3 lata temu ruszyliśmy nad Bajkał. Jak to dawno! Razem z nim przybyła jeszcze 2 Polaków i tym sposobem nasz polski obóz powiększył się znacząco.

Olga – ekspedycyjna kucharka wraz ze swoją córką Marusią odnalazły w sobie polskie korzenie

Wykopaliska archeologiczne to jedna z najciekawszych możliwości wolontariatu w Rosji. Siedzenie na stepie daleko od cywilizacji z grupą miejscowych pozwala nie tylko na zgłębienie historii, ale także lokalnej kultury i poznania ludzi na wskroś. Bo wspólna praca i mieszkanie w warunkach polowych zbliżają ludzi niezależnie od pochodzenia.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Bronko Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bronko
Gość

Zazdrość czuję, ale i wielką przyjemność z czytania. Po podróży z Wami mogę sobie te wszystkie drogi, bezdroża, spotkania, znajomości i przygody wszelkiej maści wyobrazić niczym projekcję filmową w 5D.
Kiedyś jeszcze wyruszę w daleką drogę…