Tuwa. Jedyna autonomiczna republika w Rosji, gdzie rdzenna ludność stanowi większość. W przeciwieństwie do innych syberyjskich regionów, gdzie dominują Rosjanie. Z Tuwy natomiast Rosjanie uciekają.

Kiedy złapaliśmy stopa do Minusińska i opowiedzieliśmy kierowcom o naszych planach podróży i wykopalisk, stwierdzili zgodnie, że tam ”naród niemnożka dzikowaty”, że niebezpiecznie, że biją się nawet między sobą, że kradną, że nie potrafią zarządzać, że brudno i nieporządek…
Kiedy powiedzieliśmy o tej rozmowie Maksimowi, naszemu hostowi z Minusińska, zrobił wielkie oczy i rzekł:
– Niemnożka? Oni SILNO dzikowatyje!

Znów na syberyjskich drogach

Dzicy są

Tak więc pojechaliśmy do Tuwy gonieni przez historie o wściekłych Tuwińcach czających się po zmroku za każdym rogiem. Po drodze usłyszeliśmy też o młodym turyście, któremu pijani miejscowi poderżnęli gardło. Wyglądało więc na to, że pakujemy się do jakiegoś dzikiego piekła. Jednak zawsze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – na stopa zgarnął nas jeden z tych strasznych Tuwińców i zaczęliśmy słuchać o dumie narodowej, o gościnności, o pięknej tajdze, dziedzictwie i o tym, jak to fajnie, że tu jesteśmy.

Wjeżdżamy do Tuwy

Jura, nasz kierowca, najwyraźniej nie miał zamiaru podrzynać nam gardeł. Wręcz przeciwnie, wpakował nas do dwuosobowej szoferki razem z plecakami, gotów wieźć tak długo, dopóki na horyzoncie nie pokaże się posterunek policji.
– Nasz, tuwiński naród, najbardziej gościnny, najstarszy! W Kyzył pojedźcie, piękne miasto, jakby co każdy wam tam pomoże!
Jechaliśmy przez góry i lasy, a na drogę wyszła mgła. Nasz samochód telepał się powolutku pod kolejne górki, a Jura zaczął nam opowiadać o życiu w tajdze. Pokazywał, jak rozpalić ogień z mokrych zapałek i przestrzegał nas przed zrywaniem czarnego kwiatu.
– Jak zerwiesz, to jasne, że trzy dni do domu nie wrócisz, taka ulewa będzie!
Im bliżej serca Tuwy, tym bardziej deszczowo i mgliście. Wreszcie musiało paść pytanie dokąd my właściwie jedziemy. Tłumaczę, dość niechętnie, że na wykopaliska. Wiem, że miejscowi mogą na to reagować nieprzychylnie, więc staram się nie wdawać w szczegóły. Jura zerka na mnie i widzę, jak zmienia mu się wyraz twarzy. W jednej chwili poważnieje i zaczyna mi tłumaczyć, że nie wolno tego ruszać. Że duchy mogą być mściwe i że zna wiele takich historii, kiedy to ścigały dociekliwych archeologów.
– Raz taki jeden uczony znalazł szamańskie rzeczy w jaskini. Wzięli to wszystko do muzeum i od tej pory nie mogli już spokojnie spać. Nękały ich zmory po nocy. Wezwano szamana i powiedział, ze to przez to, że archeolodzy ruszyli rzeczy, których nie powinni byli ruszać. Zdjęli więc wszystko z wystawy, odłożyli na miejsce i nękania ustały.
Próbuję coś mówić, że to wieloletnia ekspedycja, że nauka, że badamy ich przeszłość, ale Jura patrzy na mnie uważnie i kończy temat:
– Ja wiem, to twoja praca, ale idź potem do szamana, niech cię oczyści, żeby nic za tobą nie poszło.
Zarówno Tuwińcy jak i Mongołowie w przeszłości uznawali ziemię za świętą. Relikty dawnych wierzeń częściowo się zachowały i mogą przejawiać się w niechęci do archeologów, którzy – bądź co bądź – rozkopują groby. Pytałam o to Rosjan, kiedy już dojechaliśmy na miejsce ekspedycji. Wszak profesor kopie w tym miejscu od czterdziestu lat. Prawie pół wieku rabowania kurhanów! I co? Żadnej szamańskiej klątwy?
Okazuje się, że szamani wizytujący ekspedycję rozumieją potrzeby nauki nie gorzej niż sami archeolodzy. Osobami, które mają największe wątpliwości i najbardziej boją się zemsty duchów, są pojedynczy ludzie. Gdy słuchałam o tym wszystkim, miałam wizję szamańskiej dewocji – ludzi religijnych, którzy są bardziej szamańscy i wierni tradycjom niż sam szaman.
Ale nie wszyscy.

Europejscy przodkowie

Kiedy pojechaliśmy na wycieczkę po okolicy i oglądaliśmy rekonstrukcję najbogatszego kurhanu w Arżanie, podjechała do nas grupa Tuwińców, którzy z dumą podziwiali nas podziwiających starożytne relikty, powtarzając w kółko:

Budowa na drodze i niewielki ruch – zawsze to okazja do uzupełnienia dziennika.
– To nasi przodkowie, to oni wam całą Europę zbudowali! – co akurat rozmijało się z prawdą. Duma Tuwińców ze scytyjskich pozostałości jest niemal tak wielka jak ich nieświadomość. W muzeum w Kyzyle, oprócz skarbów z kurhanów, można także spojrzeć w twarz popiersiu Scyty, które zrekonstruowano na podstawie czaszki. I jakież wielkie może być zdziwienie turysty, gdy odkryje, że patrzy w oczy… Europejczyka. Okazuje się, że stepowi koczownicy genetycznie są o wiele bardziej podobni do nas niż do azjatyckich Tuwińców czy Mongołów.

Podczas wykopalisk wybraliśmy się na Pierwomajkę – jedną z najwyższych gór otaczających Dolinę Carów, gdzie pracowaliśmy. Wspinaliśmy się na szczyt po pokrytym trawą zboczu, słońce zachodziło i powoli ogarniał nas mrok. Kiedy doszliśmy na szczyt, minęliśmy końskie czaszki leżące między kamieniami oraz zatknięte na uschnięte drzewa.

Ślad dawnej tradycji? W życiu! Tradycja żyje i ma się dobrze, o czym przekonaliśmy się przy kolejnym drzewie, z którego patrzyła na nas całkiem świeża końska głowa. Dookoła widoczne były ślady libacji, puste ślepia śledziły każdy nasz ruch, a ja przypomniałam sobie, że wiele ludów Syberii wierzy, że zmrok jest porą, gdy na świat wychodzą demony i wszystkie złe duchy.
Nic przyjemnego.

…a o zmroku wychodzą demony. Góra Pierwomajka, okolice Turanu

Szamańskie zapałki

Wróćmy jednak na drogę. Nasz kierowca był chyba pierwszym prawdziwym wyznawcą szamanizmu, którego spotkałam w życiu. Pokazał nam czerwony sznurek, który nosi na nadgarstku dla odganiania złych duchów i nabój, w który szaman…
-…nadmuchał i włożył ziele, nad którym wcześniej odprawiał rytuały.
Wszystko to Jura nosi ze sobą jak największy skarb – niczym gwarancja odporności na demony tego świata.
Zatrzymaliśmy się w przydrożnej kafeszce na kawę. Jura położył sobie pudełko zapałek na nadgarstku i rzekł do nas:
– Włączajcie kamery, będę szamanił!
I zaczął śpiewać po tuwińsku. To typowy, gardłowy dźwięk, charakterystyczny dla kultur tej części świata. Podobno mistrzowie potrafią wydobywać z siebie kilka dźwięków jednocześnie. Współczesna nauka jeszcze nie wie, jak to robią. Jura natomiast wykorzystał swój śpiew do… podniesienia paczki zapałek. W życiu bym nie uwierzyła, gdybym nie zobaczyła tego na własne oczy. W miarę jak Jura śpiewał, pudełeczko zaczęło powoli się podnosić, aż wreszcie, w punkcie kulminacyjnym, gwałtownie stanęło dęba.
Pewnie powiecie mi, że to jakaś sztuczka, ale… dziesięć punktów dla tego, który wymyśli, jak to działa!

Jura pożegnał nas w bezpiecznej odległości przed posterunkiem policji. Ściskając mi rękę na do widzenia patrzył mi w oczy tak, że czułam się jak skazaniec jadący na egzekucję.
– Idź do szamana po wykopaliskach!

z Jurą

– Jechaliście na stopa z Tuwińcem?!

Oczy Maszy, naszej wykopaliskowej koleżanki, prawie wyszły z orbit. Po archeo-obozie chodziła już o nas opinia, że jesteśmy “śmiałe Poliaki”, że jedziemy do Mongolii bez własnego transportu i że Przemek odważył się przyjechać na wykopaliska bez znajomości rosyjskiego. Jednak w oczach Maszy, wychowanej w tuwińskiej wiosce, jechanie z miejscowym nie mieściło się w kategorii bezpieczeństwa.
Turan, najbliższa, większa miejscowość, zamieszkany jest w połowie przez Rosjan, a w połowie przez Tuwińców. Masza, która spędziła tam większość życia cieszy się, że teraz udało jej się wyrwać na studia do Kiemierowa. Do Turanu przyjeżdża rzadko, tylko po to, żeby odwiedzić matkę, i zawsze stara się, aby przyjechać za dnia. Miasteczko w nocy roi się ponoć od pijanych, agresywnych miejscowych. Tuwińcy, jak wielu Azjatów, reaguje na alkohol o wiele gorzej niż Europejczycy. Łatwo popadają w nałóg i potrafią być niebezpieczni już po niewielkiej ilości.
W Turanie są dwie szkoły: rosyjska i tuwińska. W obu obowiązkowo dzieci uczą się dwóch języków, ale Masza niewiele pamięta. Razem z nią, w rosyjskiej szkole, uczyło się dwóch Tuwińców. Dlaczego?
– Bo ambitni. W tej szkole dla Tuwińców to tylko patologia.
Nasz odbiór Tuwińców był inny, ale my nie mieszkaliśmy w Tuwie. Byliśmy turystami, dziwadłami z wielkimi pleckami, którzy pchali się tam, gdzie skąd europejscy Rosjanie uciekali. Byliśmy dla nich egzotyką, nie mniejszą niż oni dla nas.

Stolica

Pamiętam nasz przyjazd do Kyzyłu stolicy republiki. Zwiedziliśmy muzeum, a potem poszliśmy coś zjeść. Pani za barem była bardzo miła, od razu rozpoznała u mnie obcy akcent, zapytała skąd jesteśmy i zaczęła uczyć nas tuwińskich słów. Usiedliśmy przy stoliku – jedyni Europejczycy wśród miejscowych. Zaczęło się od ukradkowych spojrzeń. Potem wydało się, że mówimy po rosyjsku i padały pytania: skąd jesteśmy, a dokąd, a jak Tuwa, podoba się?
Jasne, że się podoba. Podczas takich rozmów obiadowych zapytaliśmy, czy może ktoś nie wie, gdzie możemy kupić mapę. Jakieś czterdzieści minut później, na ulicy, podchodzi do nas mężczyzna w średnim wieku i pyta.
– Hej, to wy chcecie kupić mapę?
Zadziwił nas obieg informacji w tym – jakby nie było – sporym mieście. Nasz przyjazd był wydarzeniem. Pod supermarketem podszedł do nas staruszek i gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, powiedział:
– Ooo, jesteście już drugimi Polakami, których spotykam!
Ucieszyłam się, bo to mogło oznaczać, że nasi znajomi, których spotkaliśmy jadąc autostopem przez Litwę do Moskwy, jednak dotarli do serca Azji i zapytałam:
– A kiedy ich pan spotkał?
Staruszek zmarszczył czoło, podrapał się po głowie i odparł:
– To było jakoś… w siedemdziesiątym piątym… albo czwartym…
Jednak nie ma nas wielu w Tuwie.
Mimo wszystko później spotkaliśmy naszych znajomych, kiedy beztrosko mijali pomnik Lenina. Populacja Polonii w Kyzyle wzrosła o kolejne cztery osoby.

Kyzył wita!

I tak wędrowaliśmy przez Kyzył, podziwiając monument wyznaczający geograficzne centrum Azji i drewniane domy. W domu kultury dzieci uczą się grać na tradycyjnych instrumentach, a gdzieś tam podobno w labiryncie ulic jest też szamańska przychodnia. Kilkadziesiąt kilometrów na południe leży także jeziorko Dus-chol, które jest tak słone, jak Morze Martwe. Do Minusińska wróciliśmy autostopem, wiezieni przez kolejne samochody pełne tuwińskich rodzin, mijając siedzących przy drodze sprzedawców jagód. W Tuwie wielu miejscowych tak dorabia. Kiedy tylko robi się ciepło, idą w tajgę i aż do pierwszych śniegów żyją pod namiotami zbierając jagody i grzyby, które później sprzedają po okazyjnych cenach. Później znów przychodzi zima, czas siedzenia w chałupie i zaprzyjaźniania się z kolejnymi butelkami taniej wódki.

Geograficzny środek Azji

Gościnność ponad wszystko

Misza, jeden z naszych kierowców, zostawił nas z wesołą grupą takich zbieraczy. Odjeżdżając, uśmiechnął się z zakłopotaniem i rzucił:
– Oni są trochę pijani, ale to dobrzy ludzie, nie martwcie się, bardzo przyjacielscy.
I rzeczywiście – o ile często po alkoholu w Tuwińcach budzi się złość na Rosjan, na plecakowych podróżników reagują ekstremalnie przyjacielsko. Zaraz rozpoczęła się nauka tuwińskich słów i nasze niezdarne próby wymówienia ich imion. Wydało się szybko dokąd jedziemy i nasi nowi przyjaciele za punkt honoru obrali sobie znalezienie nam transportu. Nieszczęśliwie obok nas zaparkował swoim tirem Dima, Rosjanin jadący do Abakanu. Tuwińcy obstąpili go, przekonując, że po prostu MUSI nas zabrać i że my “choroszyje Poliaki” (tanio, tanio!) i ani się obejrzeliśmy, jak nasze plecaki zostały wrzucone do kabiny, a my zaraz za nimi. Nastąpiły wylewne pożegnania, drzwi się zamknęły, a Tuwińcy machali nam jak szaleni. W ciszy spojrzałam na Dimę i uśmiechnęłam się z zakłopotaniem.
– Dziękujemy. I… przepraszamy, ale… Jakoś tak wyszło… – w sumie to nie wiedziałam, co mu powiedzieć.
Dima parsknął śmiechem, machnął ręką, że nie ma problemu i ruszył maszyną naprzód.
– Ostatnio zgarnąłem dwie dziewczyny, co też jechały autostopem. Zawsze to można z kimś pogadać. To co, wy z Polski, tak?

Kiedy wróciliśmy do Minusińska, Maksim, nasz host, zapytał:
– I co, nie zjedli was dzicy Tuwińcy?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o