Każdy, kto wyjeżdżał kiedyś z Rosji wie, z jakimi formalnościami się to wiąże. Zwykle po stronie rosyjskiej spędza się o wiele więcej czasu niż po stronie kraju, do którego wjeżdżamy. Celnicy prześwietlają cię na wszystkie strony, sprawdzają twój bagaż, papiery i cud, że nie pytają o rozmiar buta.

Pamiętam, że na granicy rosyjsko-gruzińskiej w 2013 pytano nas, gdzie jedziemy po Gruzji. Jakby ich to obchodziło.

Każdy, kto był w Rosji wie także, że obcokrajowców obowiązuje rejestracja. Jeżeli zatrzymujesz się w jakimś miejscu na dłużej niż 3 dni – musisz zameldować się w hostelu, na policji lub Urzędzie Migracyjnym.
Generalnie jest to przepis trochę martwy. Nikt też do końca nie wie, jak on tak naprawdę brzmi. Czy bez rejestracji można przebywać w jednym miejscu 3 czy 5 dni? Czy można zarejestrować się u osoby prywatnej? Czy trzeba mieć potwierdzenie pobytu na każdy dzień? Zwykle zależy to od urzędnika, z którym musimy się zmierzyć przy okienku…

Zarejestrowałam każdy swój dotychczasowy pobyt w Rosji – na różne sposoby. Na granicy nikt mi tego nigdy nie sprawdzał. Rejestracja, relikt komuny, jest teraz tylko pustą formalnością, furtką do przytrzymywania podejrzanego obcokrajowca lub wyłudzenia łapówki. Zdarzało się to jednak na tyle rzadko, że wiele osób jadących do Rosji macha ręką na registrowkę.

Pewnego dnia na wykopaliskach zapytałam profesora, czy coś z tym robimy. Bo teoretycznie to Ermitaż, jako organizacja zapraszająca i prowadząca nasze badania powinna wystawić nam stosowne papiery.

Profesor pogładził się po głowie, mrucząc pod nosem:
– Blin, no tak, to trzeba by było jechać do Kyzyłu… A to daleko… I gorzej, jeśli będą chcieli jakieś dokumenty z Petersburga… – myślał jakiś czas, a potem spojrzał na mnie – A może lepiej nic nie mówmy? Po tichonku, po tichonku, kak nastojaszczije szpiony.
Tak więc, jak prawdziwi szpiedzy, po prostu siedzieliśmy cicho.

Nigdy, powtarzam, nigdy nie pytano mnie na granicy o registrowkę. Aż do teraz.

Granicę przekraczaliśmy autostopem razem z dużą, kazachską rodziną. Wysiedliśmy, pokazaliśmy bagaże i podczas gdy trwała kontrola samochodu, my stanęliśmy w w długiej kolejce do kontroli dokumentów.
Pierwszy celnik zajrzał nam w paszporty i uśmiechnął się mówiąc:
– Czietyrje tankisty i sabaka!
Bo każdy oglądał kiedyś ”Czterech pancernych”. Ha, pomyślałam, dobrze jest, trzeba się dużo uśmiechać! Odebrała paszport i poszłam dalej, gdzie przestało już być tak wesoło.
Za szybą, przy biurku siedział typowy urzędnik NKWD. No wiecie – łysa głowa, twarz poważna i wyprana z emocji. I ten wzrok – wzrok człowieka, który tylko czeka, żeby zabrać kogoś na przesłuchanie w starym, radzieckim stylu.
Celnik brał od każdego paszport, otwierał na stronie ze zdjęciem i porównywał z twarzą petenta. Osmotr trwał kilka chwil. Kilkanaście strasznych sekund patrzenia sobie w oczy. Myślę: tylko nie zacznij się śmiać!

Kiedy pan z NKWD upewnił się, że ja to ja, zaczął przeglądać mój paszport. Robił to długo, oglądając uważnie stempelki i pytając, co robiłam w Turcji 3 lata temu. Wreszcie, spojrzał na mnie swoimi lodowatymi oczami i zadał TO pytanie:
– A registrovka gdzie?
Nie wierzę. Akurat teraz, gdy to olałam, musiał o to zapytać. Nie wierzę.
Uśmiechnęłam się więc głupio i zaczęłam mówić, że spisali nas na posterunku policji, że byliśmy na wykopaliskach PAŃSTWOWEGO Ermitażu, że mieszkaliśmy na stepie razem z ekspedycją PAŃSTWOWEGO Ermitażu i że to PAŃSTWOWY Ermitaż wystawił nam zaproszenie.
NKWDzista patrzył na mnie podejrzliwie. Przerwał mi ze dwa razy tłumacząc, jak taka registrowka wygląda i czy aby na pewno jej nie mam. Ja kiwałam głową i powtarzała swoją mantrę o posterunku policji w Sziwilikach, gdzie nas wpisano w księgi. Ach, no i o PAŃSTWOWYM Ermitażu.
Urzędnik chyba wziął mnie za cholerną blondynkę, bo w końcu wziął telefon, wybrał numer i – oparłszy czoło o biurko, tak, że nie widziałam jego twarzy – rozpoczął rozmowę z naczelnikiem. Docierały do mnie tylko jego krótkie odpowiedzi tłumione przez szybę.
– Tak… Na wykopaliskach. Ermitaż. Zaproszenie. Gdzie? W namiotach spali.
Po czym zobaczyłam, jak ramiona tego wypranego z emocji urzędnika trzęsą się od śmiechu. Kiedy skończył rozmawiać i wyprostował się, znów patrzyły na mnie lodowate oczy. To jest dopiero trening emocji, myślę sobie.
NKWDzista wbił mi pieczątkę i oddał paszport mówiąc:
Da svidania.

Udało się! Przeżyłam! Chciałam już wybiec na zewnątrz, żeby się nie rozmyślił i nie zdecydował, że jednak trzeba mnie rozstrzelać za szpiegostwo, gdy niespodziewanie musiałam zawrócić, bo teraz NKWDzista przepytywał Przemka, który uśmiechał się z zakłopotaniem – zaletą nieznajomości języka było to, że nie musiał udawać.
– My razem – zaczęłam tłumaczyć – Na zaproszenie PAŃSTWOWEGO Ermitażu.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Bronko Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bronko
Gość

A widzisz, grunt, że masz dobrze porejestrowane w głowie !