Mongolia słynie z gościnności. Przekonaliśmy się o tym nie raz, szczególnie podczas wędrówek przez step. Gościnność jest na stałe wpisana w kulturę żyjących tam ludzi, bo każdy wie, że sam może utknąć na pustkowiu. Zaplątaliśmy się tam także my.

Zdarzyło się tak, że wędrowaliśmy sobie przez step…

Oczywiście, stepy oglądaliśmy przez cały miesiąc, ale zazwyczaj na nich siedzieliśmy czekając, aż z najbliższego miasteczka, z którego właśnie wyszliśmy, będzie jechał jakiś samochód w interesującym nas kierunku.
Wtedy jednak było inaczej. Zjechaliśmy z głównej drogi i zeszliśmy na szutrówkę biegnącą przez step (jak te drogi wyglądają i że jest ich tysiąc, pisałam już w poście ”dzam znaczy droga”). Kawałek podwieźli nas jacyś robotnicy, a potem znów rozpoczęło się obserwowanie horyzontu. Mieliśmy dość siedzenia w miejscu, więc postanowiliśmy, że będziemy przemieszczać się naprzód. Może znajdziemy jakąś małą wioskę, której nie ma na mapie, a jakby co wszędzie dookoła są też jurty.

Jedna z takich jurt stała na rozdrożu. Mieszkali w niej przesympatyczni starsi państwo, którzy na nasz widok wyszli na zewnątrz i zaprosili do stołu, który stał przed namiotem. Wskazali nam najkrótszą drogę i wyrazili zdumienie, że idziemy piechotą. Rozmowa polsko-mongolska zakończyła się oczywiście zaproszeniem na herbatę. Był to nieco inny napój, niż piliśmy do tej pory, o ziołowym smaku, wydawało się, że wyjątkowo nie ma tam mleka. Był chłodny i orzeźwiający. Nam kończyła się woda, więc z wdzięcznością przyjęliśmy propozycję starszych państwa zabrania resztki herbaty do termosu. Ruszyliśmy w dalszą drogę.

Nasi dobrodzieje

Po jakimś kilometrze zorientowaliśmy się, jak bardzo oddaliliśmy się od cywilizacji. Jurta starszych państwa była ostatnią jurtą na tym szlaku. Niczym ostatni przyjazny dom w Rivendell.

Przywykliśmy do tego, że czasem na stepie można czekać na stopa kilka godzin. Parę dni wcześniej zaczęliśmy już rozbijać namiot, gdy pojawił się samochód. Tym razem także jeszcze nie panikowaliśmy. Szliśmy, co jakiś czas robiąc postoje w cieniu rzadkich krzaków i zabijając czas.
– D dziewięć.
– Trafiony zatopiony.
Przemek wszedł na jedną z gór, żeby zrobić rekonesans i zobaczyć, którą drogą jeździ najwięcej aut (to znaczy, po której w ogóle jakieś jeżdżą). Przez cały dzień wypatrzyliśmy może dwa samochody, jadące w oddali. Nawet by nas nie usłyszeli.

Jurty się skończyły.

Szliśmy dalej. Słońce świeciło i powoli zaczynaliśmy się niepokoić. Mieliśmy coraz mniej wody, gdyby nie herbata od starszych państwa, uschnęlibyśmy z pragnienia. Kończyło nam się też jedzenie, zjedliśmy ostatnią garść orzechów. W plecaku mieliśmy jeszcze zapas makaronu, ale bez wody nic nie mogliśmy zdziałać.

Poszukiwanie żywej duszy

Zaczęło zmierzchać. Minęliśmy starożytną ”babę” – wyrzeźbiony w kamieniu schematyczny posąg wojownika, obwiązany niebieską szarfą. Strzegł przejścia, zbierając od miejscowych podarunki w postaci kadzidełek i jedzenia. Popatrzyliśmy wojowi w oczy zastanawiając się, od jak dawna tu stoi.
Na horyzoncie ukazały się jakieś drewniane zabudowania pod skałami. Czyżby ludzie? Szybki rekonesans rozwiał jednak nasze nadzieje. Budynki okazały się opuszczonym ośrodkiem, prawdopodobnie campingiem turystycznych gerów. Żywej duszy tam nie było. Wody też nie.

Na dodatek wszystko wskazywało na to, że nadchodzi burza. Zrobiło się chłodniej, przestaliśmy narzekać na upał; trzeba było wyciągnąć bluzy z plecaków.

Wypatrzyliśmy przy drodze szopę. Z daleka trudno było określić, w jakim jest stanie, lecz podjęliśmy mocne postanowienie, że doczłapiemy się tam i za wszelką cenę włamiemy do środka. Z kilkoma łykami wody można przeczekać do rana.
– A rano to już doczłapiemy się do tej wioski!

Zaczęliśmy iść coraz szybciej, ścigając się z ciemnymi chmurami. Wtedy nagle któreś z nas się odwróciło i….
– Światło… – nie dowierzałam własnym oczom – Samochód!
Nie wierzyliśmy. Przeszliśmy dwadzieścia kilometrów i dopiero teraz, gdy już znaleźliśmy miejsce na nocleg, nadciągało nie jedno, ale dwa auta! Niemożliwość. Mogliśmy nawet wybrzydzać i zrobiliśmy to. Pierwszy z samochodów był pełny, więc – mimo serdeczności kierowcy – podziękowaliśmy widząc już w oddali kolejne światła nadciągające w naszą stronę.
– Spokojnie, nie ma co się tłoczyć, zapytamy tamtych, u nich na pewno jest miejsce – wytłumaczyliśmy i pierwsze auto odjechało życząc nam powodzenia (chyba).
Nie mam pojęcia, dlaczego przyszło nam do głowy, że skoro jeden samochód jest zapchany, to drugi będzie pusty. Zupełnie jakby zjawisko wypchania auta ludźmi pod sam sufit było w Mongolii czymś wyjątkowym. Mongołowie przemieszczają się całymi rodzinami, nawet gdy jadą do sklepu.

Tak więc oczywiście drugi samochód był jeszcze bardziej zapchany niż ten pierwszy. I to do tego stopnia, że jeden z chłopaków… leżał w bagażniku.
I wiecie co? Zabrali nas.
Byliśmy dość zdesperowani, ale nie musieliśmy namawiać kierowcy, aby nas zabrał. Wesoła rodzinka, która siedziała w środku, natychmiast podjęła decyzję o zgarnięciu nas. Rozpoczął się proces upychania ludzi: ktoś się przesunął, ktoś siadł komuś na kolanach, a nasze plecaki wrzucono na chłopaka z bagażnika, z czego niezmiernie wiele powodów do radości miała reszta pasażerów. Generalnie nieborakowi wystawała tylko ręka i kawałek twarzy spod licznych pakunków, choć sam twierdził, że jest super.

Otwartość

I tak jechaliśmy przez noc, wspinając się na coraz bardziej strome wzniesienia. Na szczęście samochód wyjątkowo był sprawny i miał mocny silnik, dzięki czemu bez awarii dojechaliśmy do celu.

Jedyną osobą, znającą parę słów po angielsku był dwudziestoletni Bagi. W samochodzie jechali jego rodzice, bracia i koledzy. Niesamowite jest, jak bardzo może być bogaty dialog złożony tylko z kilku słów i zwrotów.

W wiosce zaczął się objazd: kierowca rozwoził wszystkich po domach, gdzieś odstawiał pakunki, gdzieś coś odbierał. Wreszcie dotarliśmy do drewnianej chałupy, w której mieszkała nasza wesoła rodzinka. Podczas jazdy Bagi zaprosił nas do siebie. Kurtuazyjnie upewniliśmy się, czy to aby nie problem; z oferty skorzystaliśmy bardzo chętnie, gdyż burza była coraz bliżej. Kiedy weszliśmy do domu, słychać było wicher na zewnątrz. Prawdopodobnie wiatr zerwał też przewody – w budynku nie było prądu. Mama Bagiego wyszła gdzieś, a potem wróciła z garem ciepłego, parującego makaronu z baraniną. Zaczęliśmy jeść – my zwyczajnie, dmuchając na gorące jedzenie, Mongołowie też zwyczajnie – z czarką blisko ust, wciągając makaron tak szybko, że my nie zdążyliśmy nawet się zorientować.
– Mój dom, mini-restauracja – opowiadał Bagi wskazując na stoły i krzesła zalegające w pomieszczeniu. Gotowanie dla ludzi i sklepy to najbardziej popularne biznesy w małych miejscowościach.

Zapalono świecie. Rozmawialiśmy o Polsce, o naszej podróży, o członkach rodziny, pokazaliśmy mapę Polski. Razem z Bagim i jego młodszym bratem zaczęliśmy bawić się w teatr cieni. Składaliśmy dłonie w różne kształty i na ścianie pojawiały się orły, zające, wilki i inne dzikie zwierzęta. Na zewnątrz szalała burza. Odsunęliśmy stoły pod ściany, rozłożyliśmy karimaty, Bagi rozstawił sobie polówkę, reszta położyła się na łóżkach w kuchni.

Był to chyba jeden z najlepszych wieczorów w Mongolii. Prosty, ale bardzo domowy. Czasem dobrze jest, gdy zabraknie prądu.

Z Bagim

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o