W podróży dobrze jest się zbratać z lokalnymi. Poznać ich zwyczaje. A najlepiej – trafić na ich święta, obrzędy lub imprezy, żeby sprawdzić, jak się bawią. Mongolska impreza może jednak przerosnąć niejednego – nawet jeśli nie ilością alkoholu, to kulturowym szokiem.

Bayantes. Nic nie zapowiadało katastrofy…

Zaczęło się klasycznie i niewinnie. Północna część kraju, step dookoła i my, świeżo wyrzuceni z kolejnego auta przy następnej wiosce na naszej drodze o wdzięcznej nazwie Bayantes. Było późne popołudnie i byliśmy skłonni zaryzykować dalsze łapanie stopa. Jeśli się uda to fajnie, jeśli nie – przenocujemy gdzieś w okolicy wioski…

Problem był w tym, że zachciało nam się lodów. Ot, taka mała rozpusta w podróży, której ulegaliśmy od czasu do czasu. Przemek zaoferował się, że pójdzie do sklepu, a ja zostałam z plecakami na czymś, co nazywaliśmy szumnie wylotówką.
W chwili, gdy zachciało nam się lodów, było naprawdę ciepło. Nie wiem jak to się stało, że w kilka chwil nadciągnęła jakaś straszliwa chmura i zakryła niebo. Zerwał się wiatr, zrobiło się zimno i zanosiło się na niezłą burzę. Albo i na coś więcej. A Przemka nie było dość długo.Wrócił wreszcie, jadąc na motocyklu z jakimś Mongołem, jedną ręką trzymając lody, a drugą próbują trzymać się czegokolwiek i nie zginąć. Mongołowie na motocyklach nie wiedzą, co to jest ograniczenie prędkości.
Mongoł nazywał się Mugi i wyglądał na ucieszonego ze spotkania. Tymczasem wiatr się wzmagał i z nieba spadł… grad pomieszany z deszczem. Ogólnie sytuacja wyglądała nie za ciekawie. Zaczęliśmy gorączkowo myśleć o jakimś schronieniu, bo wszystko stawało się mokre w oka mgnieniu. Mugi na migi przekazał nam, że możemy schować się w jego jurcie.- To co, idziemy z nim?!! – darłam się przekrzykując wiatr.- Chodźmy, przeczekamy deszcz!!! – odkrzyknął Przemek.Przekazaliśmy Mugiemu naszą decyzję. Mongoł zareagował bardzo entuzjastycznie i chciał nas wpakować we dwójkę z plecakami na motocykl.- Chyba zwariowałeś! Jedź, my idziemy za tobą.I tak powlekliśmy za zmotoryzowanym Mugim, który nagle przyspieszył i po chwili wrócił do nas ze swoim kolegą, również na motocyklu. Mugi zabrał Przemka, kolega mnie i ruszyliśmy. Wiatr szalał na piaszczystych ulicach Bayantes, grad i deszcz padały na twarz, tak że nic nie widzieliśmy, ale dla naszych kierowców nie był to wielki problem i nie zamierzali zwalniać. Gdy jadący jako pierwsi Mugi z Przemkiem wyjechali zza zakrętu, uderzył w nich wiatr i przewrócił motocykl. “Mój” kierowca miał na tyle rozsądku, aby nie powielać ich błędu i zaczął hamować. Tak więc mieliśmy tę przewagę, że zdążyliśmy zeskoczyć z targanej wiatrem maszyny.Pojechaliśmy dalej. Na oczy ściekał deszcz, motocykl szarpał wyrywając się raz po raz z piachu na drodze. Wreszcie zatrzymaliśmy się, zsiedliśmy się z motocyklów, ktoś wołał po mongolsku, ktoś inny po rosyjsku, ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął do jurty.
Dopiero w ciepłym wnętrzu przetarłam oczy i zobaczyłam, gdzie jestem. Klasyczny, mongolski ger, choć nieco nieuporządkowany, kolorowe wykładziny i dywany. I kobieta drąca mi się cały czas do ucha po rosyjsku:- Goście, goście! Zapraszam! Siadajcie, siadajcie!Po chwili wszedł także Mugi, bardzo z siebie zadowolony, że przywiózł dwójkę białych. Zasiedliśmy we wskazanych miejscach, powtarzając po mognolsku “dzień dobry” i “dziękuję”.  Uznałam za dobry znak, że kobieta mówi po rosyjsku (tzn. wrzeszczy po rosyjsku). Jak się potem okazało, jej rosyjski kończył się na kilku zdaniach, m.in. “Biesiada, biesiada!”, “Teraz będziemy pić wódkę” i “Ja pa-ruski bardzo ch*jowo.”.Istotnie.
Rosyjskiego wystarczyło jednak na tyle, aby przedstawić rodzinę. Jak się okazało, wylądowaliśmy w jurcie Mugiego i jego żony Tolmy. Tolma ma aparat słuchowy i stąd cały czas mówi podniesionym głosem. W gerze znajdował się także jej brat, Dzindzo, jego żona Coda i… Czesio. Serio. Czesio miał mongolskie imię, które brzmiało tak podobnie do naszego “Czesio”, że dla nas nie mógł już być nikim innym. Kim był? Ogólnie wyglądał i zachowywał się jak zniszczony alkoholem przyjaciel rodziny. Ale bardzo sympatyczny.
Zaczęło się niewinnie… Zaczęło się od obowiązkowych rozmów o nas, o tym, skąd jesteśmy i co tu robimy. Siedzieliśmy na podłodze i krążyła wśród nas wódka “Czyngis-chan”, zdaniem Mongołów – najlepsza jaka jest. Po jakimś czasie Tolma przypomniała sobie, że może dobrze byłoby podać coś do jedzenia i we trzy – razem z Codą – zrobiłyśmy domowy makaron, do którego gospodyni dorzuciła baraninę.Przez cały czas trwała także kłótnia między rodzeństwem – Dzindzo a Tolmą. Jak się okazało, powodem byliśmy my; kłócili się o to, kto będzie nas nocował. Dzindzo uważał, że Tolma jest niespełna rozumu i często za jej plecami pukał się w głowę i pokazywał mały palec – u Mongołów ma mniej więcej to znaczenie, co u nas środkowy. Tolma w pewnym momencie to zauważyła, co zaogniło konflikt. My początkowo chcieliśmy wyjść, kiedy tylko skończy się deszcz, ale im więcej wódki przelewało się przez mongolskie gardła, tym bardziej było to niemożliwe. W końcu rodzeństwo doszło do porozumienia: mieliśmy spać u Dzindzo. Znowu więc zapakowano nas na motocykle, lecz tym razem Dzindzo – posiadacz najmocniejszej głowy w tej rodzinie – zajął się logistyką. Najpierw zabrał mnie do swojej jurty, a potem wrócił zobaczyć, jaka jest sytuacja. Mugi miał wieźć Przemka, a Tolma chciała jechać z nimi, ale w końcu sama stwierdziła, że to bez sensu. Wreszcie wszyscy znaleźli się w jurcie Dzindzo – na końcu doczołgał się Czesio. Impreza zmieniła  miejsce.
Tolma wysłała Mugiego po wódkę, choć Mongołowie już potykali się o próg; Azjaci nie mają najmocniejszych głów. Nie było też niebezpieczeństwa, że nas upiją. Zaczęły się wymiany serdeczności, zaczęło się przymierzanie strojów, zaczęło się pokazywanie zdjęć, zaczęły się śpiewy. Tolma wypchnęła na środek Codę, krzycząc:- Piosenkarka!I Coda zaczęła śpiewać narodowe, mongolskie pieśni. Jakoś wtedy obudził się też śpiący na podłodze Czesio i klaszcząc, poderwał nas do tańca. Potem zasnął i zerwał się  kilka chwil później ze swoim ”tararara” próbując tańczyć ze mną jakiegoś pseudowalca. Następnie ponownie zapadł w letarg.

Braterstwo polsko-mongolskie

Impreza trwała dalej, aż w końcu wojownicza Tolma niemal pobiła swojego męża, kiedy ten odmówił kolejnej wyprawy po wódkę. Z każdą chwilą przekonywaliśmy się, że trafiliśmy wyjątkowo na rodzinę nieco patologiczną. Przekonywaliśmy ich, że nie trzeba dalej pić. Dzindzo też najwyraźniej miał ochotę się położyć. Dał nam kołdry i przygotował posłania na podłodze. W końcu Tolma, po ostrej wymianie słów z bratem, wyszła zabierając Mugiego i Czesia.
Zmęczeni, zaczęliśmy szykować się do snu. I wtedy dopiero zaczęło się robić dziwnie.
Dzindzo szturchnął mnie w ramię; kiedy się odwróciłam zobaczyłam, że kładzie palec na ustach i gestem nakazuje nam iść za sobą. Nie rozumieliśmy, co się dzieje. W ostatniej chwili chwyciłam kurtkę i to było dobre. Dzindzo i Coda wyprowadzili nas na zewnątrz i zamknęli jurtę na kłódkę. Potem przeszliśmy przez ciemne podwórko. Kiedy próbowałam poświecić sobie latarką, Dzindzo kazał mi ją zgasić. Co to za szalona konspiracja?
Dzindzo zatrzymał się obok szopy dla zwierząt i obwieścił, że tu będziemy spać. Nie wierzyliśmy. Jak to? Tam jest ciepła jurta, a my będziemy spać tutaj? Dzindzo i Coda rzucili już jednak swoje posłania na ziemię i ułożyli się do snu. Materac był nieduży, musieliśmy zmieścić się na nim we czwórkę. Leżeliśmy sztywno, nie poruszając się za bardzo i patrząc w gwiazdy. Co tu się do cholery dzieje?! Czy Dzindzo po prostu bał się, że Tolma wróci z wódką i trzeba będzie pić dalej? Mongolskie prawo gościnności nie pozwala nie wpuścić gościa. Wobec tego innych gości położono na dworze…Mimo wszystko Dzindzo chciał okazać się dobrym gospodarzem i zaoferował Przemkowi… swoją żonę. Czytałam o tym w relacjach podróżników przełomu XIX i XX w. NIE PRZYPUSZCZAŁAM, że to naprawdę jeszcze się zdarza i że będziemy tego świadkami.A mówią, że stare zwyczaje umierają.
Nad ranem spadł deszcz, więc Dzindzo zarządził ewakuację do szopy, na wysuszone zwierzęce odchody. Żałowaliśmy, że nasz wygodny namiot jest zamknięty w gerze.Rano wróciliśmy do jurty, przeskakując przez dwa płoty – nie pytajcie czemu. Nie mam pojęcia. Może to sposób naszego gospodarza na poranną gimnastykę.
Zabraliśmy plecaki. Dzindzo obwieścił, że na śniadanie idziemy do Tolmy. O nie! To skończy się wódką! Więcej gościnności w Bayantes byśmy nie wytrzymali! Wymówiliśmy się grzecznie i zapytaliśmy o drogę na wylotówkę. Wydostaliśmy się z Bayantes na własnych nogach. I nie kupiliśmy więcej lodów.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Jerzy Baranowski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jerzy Baranowski
Gość

Dobry melanż nie jest zły – i to niezależnie od miejscówki 😀