5 Transgraniczne Spotkanie Blogerów Podróżniczych w Cieszynie przyciągnęło w tym roku rekordową liczbę słuchaczy. Bo i pisanie o podróżach staje się coraz bardziej popularne. W sieci co chwila natknąć się można na relacje z wyjazdów – od Sandomierza po Indonezję, które walczą o uwagę i nowych czytelników. Ci najbardziej popularni mogą liczyć także na zarobek nie gorszy niż na etacie. Podczas Spotkania podano niejedną receptę na sukces. Nic tylko brać! Na czym polega trudność?

Od jakiegoś czasu zaczęłam więcej jeździć po różnego rodzaju imprezach podróżniczych. Festiwale, prelekcje, akcje charytatywne i wreszcie, ostatnio, spotkanie blogerów podróżniczych w Cieszynie. Zaczęłam poznawać ludzi, którzy podobnie jak ja lubią podróżować i chcą się tym podzielić. Z każdego spotkania wyciągam dla siebie coś nowego, każde jest na swój sposób inspirujące lub pożyteczne.

Witajcie w Cieszynie!

Cieszyn został już uznany za stolicę polskich blogerów.Ideą Spotkania jest wzajemne dokształcanie się, czego efektem ma być ulepszenie naszych stron i – coraz częściej – zarobienie pieniędzy. Wystąpili m.in. Los Wiaheros, którzy opowiadali o zdjęciach z drona, które z pewnością pozwolą naszemu blogowi się wyróżnić. Był także przedstawiciel ekipy Busem Przez Świat, którzy porzucili pracę na etat i stworzyli rozpoznawaną markę. Ma ona tyle gałęzi działalności, że nie jestem w stanie ich policzyć. Można było też posłuchać, jak skonstruować dobrego Instagrama oraz jak zarobić średnią krajową siedząc na stepie w Kazachstanie.

Podstawą jest SEO (search engine optimization), czyli pozycjonowanie naszej strony. W skrócie chodzi o to, aby tak konstruować posty, by w wynikach wyszukiwania nasz blog był jak najwyżej. Nikt nie szuka informacji na dziesiątej stronie googla. A im więcej wejść i obserwujących, tym większa szansa, że ktoś zechce z nami nawiązać współpracę. Najlepszą metodą jest afiliacja, czyli umówienie się z firmami, które mają związek z podróżowaniem, że napiszemy o nich artykuł lub wstawimy link do ich produktu. Co się sprzedaje najlepiej? Wyszukiwarki lotów, hosteli lub środków transportu. Jeśli ktoś za pośrednictwem naszej strony zarezerwuje np. nocleg, zyskujemy prowizję. Oczywiście, wiarygodny bloger poleca tylko te miejsca, które sam przetestował – inaczej bardzo szybko może stracić czytelników i ich zaufanie.

Siedziałam w pierwszym rzędzie i słuchałam tych wszystkich wyliczeń, próbowałam zrozumieć algorytmy. Pojawił się jednak problem – u mnie i kilku innych, niskobudżetowych podróżników:
– No dobra, ale właściwie to CO my możemy promować?

W Internecie można znaleźć dużo artykułów o treści: Najlepsze hostele w Barcelonie albo: Najtańsze transfery na lotnisko w Sztokholmie. A ja? Ja mogę Wam polecić najlepsze miejsca na rozstawienie namiotu albo punkty na wylotówce, gdzie najszybciej łapie się stopa. Czy ktoś to sponsoruje? W zeszłym roku po raz pierwszy w życiu użyłam bookingu, a mój telefon nie obsługuje Instagrama. Ani w ogóle Internetu.
Jestem do tyłu względem wielu innych blogów, bo podaję mało informacji praktycznych.

Może się wydawać, że relacja z życia na stepie przyciągnie więcej czytelników niż ranking hoteli w Madrycie. Otóż niekoniecznie! Nie ma podaży bez popytu. Opisując procedury wizowe i publikując opinie o hostelach blogerzy odpowiadają na potrzeby czytelników. Prostym przykładem są prezentacje podróżnicze. Byłam na wielu z nich, sama też wygłosiłam kilka prelekcji, ale niezależnie od tematu – czy są to mongolskie stepy, czy wyspy Pacyfiku, czy bezdroża Australii – wśród pytań od publiczności zawsze dominują te same:
– A ile to kosztuje?
– A jak tam dojechać?
– A ile się czeka na wizę?
Oczywiście, każdy interesuje się odległymi krajami i ich kulturą, tajemnymi rytuałami i opowieściami z drogi. Na pierwszy plan jednak niemal zawsze wysuwają się kwestie praktyczne. Ludzie sami chcą przeżywać przygody – nawet jeśli mają na to tylko dwa tygodnie urlopu. Stąd też google najczęściej używane jest do wyszukiwania cen wiz i tanich lotów. Kto o tym pisze, temu strona pozycjonuje się coraz wyżej. Blogerzy odpowiadają więc na potrzeby turystów. A wiadomo, że bloger jest bardziej wiarygodny niż biuro podróży, bo był, sprawdził i w większości przypadków – o ile szanuje swoich czytelników i zależy mu na wiarygodności – napisze uczciwie, czy w hostelu były robaki czy nie.

Tym sposobem historie zbierane po drodze nie są na pierwszym miejscu w wyszukiwarce. Cieszyńskie porady pokazały mi mnóstwo nowych możliwości. Niektóre na pewno wykorzystam, bo jasne, że zależy mi, aby przyciągnąć nowych czytelników. O wiele przyjemniej tworzy się coś, gdy ma się świadomość istnienia odbiorców – i to coraz liczniejszych. Afiliacje i reklamy na blogu jednak budzą we mnie zgrzyt i raczej tu tego nie zastaniecie. Można rzec – coś za coś. Nie promuję hosteli, bo niewiele mam na ten temat do powiedzenia. Nie mam profilu na instagramie i nie zawsze jestem pod Internetem – mam nadzieję, że przyzwyczailiście się do długiego milczenia, gdy jestem w drodze. Niemniej, po powrocie robię wszystko, abyście dostali dobrą historię – przemyślaną i dobrze napisaną. Jeżeli sprawia Wam to choć połowę tej frajdy co mnie, gdy piszę, jeżeli czasem coś Was rozśmieszy, jeżeli dowiecie się czegoś nowego – to znaczy, że było warto.

Jeden z lepszych hoteli na Islandii

Gdy podczas “Magicznej Torpedy” w Tarnowie razem z Przemkiem skończyliśmy mówić o Tuwie i Mongolii, podszedł do mnie młody chłopak i poprosił o wspólne zdjęcie. Chciał o nas napisać w szkolnym wypracowaniu.

Afiliacja pozwoli ci zarobić średnią krajową. Jednak być bohaterem czyjejś pracy domowej – to już rzecz bezcenna.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o