Siedzimy na stepie razem z naszym nowym przyjacielem – mongolskim pasterzem, który podjechał do nas konno. Jest południe, rozmawiamy już kilka godzin i mimo nieznajomości swoich języków, zaczynamy się coraz lepiej rozumieć. W pewnym momencie przyjeżdżają na motocyklu znajomi naszego przyjaciela. Jak przystało na gościnny naród – bynajmniej nie z pustymi rękami. Na ziemi ląduje pudełko ciastek, a z plastikowej butelki powstaje kieliszek do wódki. Zanim jednak zaczniemy jeść i pić, jeden z Mongołów rozkrusza ciastko i rozrzuca na cztery strony świata. Chwilę później to samo dzieje się z pierwszym kieliszkiem wódki.

owoo, święte miejsce dla Mongołów

Tu krążą duchy

Nie po raz pierwszy byliśmy świadkami karmienia duchów. Podczas noclegu w jurcie, nasi gospodarze przy porannym posiłku również najpierw podzielili się z przodkami, a dopiero później podali jedzenie i nalali ajraku, stepowego alkoholu. Czynność ta była wykonana przez panią domu zupełnie naturalnie; widać było, że jest to stały rytuał. Mongołowie, podobnie jak Tuwińcy w rosyjskiej Syberii wierzą, że dusze przodków krążą wszędzie: są na stepie, pilnują rozstajów dróg, roją się na szczytach wzgórz. Są w wodzie i w ogniu. Od nich zależy nasza bezpieczna podróż i spokojne życie, dlatego dobrze jest brać je pod uwagę.
– Nie chodzi o to, że się do nich modlimy – mówi mi Aidys, mój tuwiński znajomy – po prostu, duchom należy się szacunek i ofiara. Owaa to nie kapliczka, gdzie się odmawia litanie, to po prostu oznaczenie miejsca, gdzie krążą dusze i gdzie dobrze jest złożyć jakiś podarunek, aby były zadowolone i pozwoliły nam dalej cieszyć się bezpieczeństwem i spokojem.

Owoo

Owaa lub owoo to konstrukcje z patyków i kamieni. Szczególnie często znaleźć je można na szczytach wzgórz, które są obszarem najbardziej aktywnym, jeżeli chodzi o duchy. W ciągu dnia można obok przechodzić bez obawy – miejscowi bardzo często już niemal odruchowo dorzucają do stosu ofiar kolejne pieniądze, papierosy, cukierki, czasem ryż. Tuwińcy często na suchych drzewach na szczytach zostawiają końskie głowy. Jednak w nocy lepiej jest tam nie przebywać. Po zmroku zaczyna się czas duchów, który może być dla śmiertelników wyjątkowo niebezpieczny.

– Wtedy lepiej tam nie chodzić – mówi Aidys – Duchy mogą pomieszać drogi lub nawet zmysły.
Coś w tym jest – nie na darmo we wszystkich legendach świata wszelkie straszne rzeczy dzieją się pod osłoną nocy. Duchy straszą, a ludzie wpadają w przerażenie i panikę.

Zwyczaje miejscowych przejmują także przedstawiciele innych nacji. Kiedyś na Syberii młody Rosjanin podczas jazdy samochodem wychylił się i rzucił przez okno kilka monet w kierunku zarośli na poboczu.

– Tam jest święte miejsce – wytłumaczył.

Owoo

…a o zmroku wychodzą demony. Góra Pierwomajka, okolice Turanu, Tuwa

Pamiętane są także miejsca, które czczono w przeszłości. Scytowie, obecni na tych ziemiach przed wiekami, również oznaczali pewne miejsca, które były dla nich ważne – czy to z uwagi na podobny kult przodków czy to z innych pobudek. Mongołowie, przywiązani do tradycji swoich ziem, nie lekceważą takich przesłanek. Nam udało się zobaczyć kamienną “babę”, która przy drodze na stepie, oddalona od cywilizacji o kilkanaście kilometrów obwiązana była wstęgami i otoczona płotem.

Przodkowie koło telewizora

Ołtarzyk dla przodków. Zdjęcie przedstawia matkę gospodarza

W książkach o dawnej Mongolii można przeczytać, że w centralnym punkcie jurty znajduje się ołtarzyk dla przodków. Nowoczesność nie ominęła jednak także stepu, więc dziś naprzeciw wejścia znajduje się przede wszystkim telewizor. Niemniej, miejsce dla duchów też się znajdzie. Kiedy odkleimy wzrok od ekranu i rozejrzymy się uważnie dokoła, znajdziemy wciśnięte w kąt kadzidełko oraz rodzinne zdjęcia. Na ołtarzyk trafiają bowiem przede wszystkim najbliżsi członkowie rodziny, tacy jak rodzice i dziadkowie. Zdjęcia krewnych są dla Mongołów bardzo ważne i lubią się nimi chwalić. W społeczności, gdzie rodzina jest na pierwszym miejscu, nie dziwi fakt, że duchy przodków cieszą się tak wielkim szacunkiem. Wszak to także rodzina – co z tego, że odeszli z tego świata? Tak samo zasługują na pamięć i cześć.

Ów szacunek i pamięć przejawia się w sposób zgoła inny niż w kręgu cywilizacji europejskiej. Uzmysłowił mi to widok cmentarza. Kiedyś, ludy pasterskie zostawiały swoich zmarłych po prostu w stepie. Oddawali ciało naturze, co w praktyce oznaczało porzucenie go na żer dzikich zwierząt. Z naszego punktu widzenia może się to wydawać nieludzkie, ale oceniając zwyczaje innych kultur musimy porzucić na chwilę europejski sposób myślenia. Dla Mongołów oddawania ciała przyrodzie było czymś naturalnym i zgodnym z odwiecznymi prawami. Z resztą, nikomu nie trzeba było tłumaczyć, że kluczowe znaczenie ma nie fizyczna powłoka człowieka, ale jego duch, który jest wieczny i któremu należy się szacunek. Gdy przepisy sanitarne wymusiły na ludach stepu, aby zaczęły chować swoich zmarłych na cmentarzach, stosunek do duszy i ciała niewiele się zmienił.
– Jakieś modlitwy na grobach, znicze, kwiaty, te wszystkie rosyjskie i wasze zwyczaje, nie rozumiem tego – mówi Aidys – Dusza człowieka jest już wolna. Krąży na szczytach wzgórz, składa się jej ofiary w świętych miejscach. Wspominamy naszych przodków, gdy jesteśmy razem. Ale po co kłaść to wszystko na cmentarzu?
Widok miejsc grzebalnych Mongołów i Tuwińców odzwierciedla ich podejście. Groby są zaniedbane, betonowe płyty nierzadko popękane. Nikt ich nie poleruje przed świętem zmarłych, nikt ich nie odwiedza. Ciało zostało złożone do ziemi i nie jest już ważne. Ważny jest duch.

Nagrobki

Co z tym Buddą?

Mongolię każdy kojarzy chyba także jeszcze z jedną, wielką religią: z buddyzmem.

Buddyjskie świątynie, dacany i stupy są charakterystycznym elementem większych miast. Czy jednak faktycznie Mongolia buddyzmem stoi?

Wchodzimy do dacanu w Murunie. Odruchowo już chowam aparat, pomna przestróg z klasztoru w Iwołgińsku w Buriacji: żadnych zdjęć w środku! Wewnątrz jest strefa sacrum, można pooglądać, ale błysk fleszy i klikanie migawek nie licuje z powagą miejsca. Tymczasem tu, w północnej Mongolii, natychmiast podchodzi do nas jeden z mnichów, którzy właśnie zakończyli wspólne modły. Bezbłędnie wyłuskał dwójkę białych spomiędzy grupy miejscowych.
Mnich proponuje oprowadzenie po świątyni; łamanym angielskim opowiada nam o kolejnych przedstawieniach, pokazuje mandale, mówi o kolorach. Na koniec pyta, czy nie chcielibyśmy zrobić sobie zdjęcia. Nie dowierzam. Tak po prostu?

Niemal każda buddyjska świątynia opisana w przewodniku podaje dwie liczby mnichów, którzy się nią zajmują: sprzed rewolucji bolszewickiej i po niej. Lata komunizmu bardzo mocno przetrzebiły szeregi wyznawców każdej religii. W Mongolii klasztory były burzone, a mnisi zabijani bądź w najlepszym razie wywożeni. Największy kompleks świątynny, Erdene-dzuu, powstały na ruinach Karakorum, dawnej stolicy, przetrwał tylko i wyłącznie dlatego, że jego budynki zostały zaadaptowane na magazyny. Dziś mnisi wrócili, a buddyzm powoli się odradza. Kolejne posągi Oświeconego powstają jak grzyby po deszczu w każdym większym mieście. Potrzeba jednak bardzo wiele czasu, aby odbudować to, co zniszczyła rewolucja. Niemniej można odnieść wrażenie, że mongolscy mnisi bardzo chcą wychodzić do ludzi i szukają każdej możliwej okazji, aby turystom z zachodu przybliżyć nieco swoją kulturę. Można rzec, stawiają na promocję swoich wartości.

Na pustyni Gobi znajduje się kolejna buddyjska atrakcja – centrum energetyczne. Jeśli wierzyć miejscowym, drugie na świecie (gdzie jest pierwsze – tego nie wie nikt). Jest to swoiste miejsce mocy, gdzie można przybyć i medytować. Na miejscu zaraz obok powstał klasztor, który można zwiedzać oraz nieodzowne zaplecze gastronomiczno-turystyczne. Można zjeść, można wykupić przejażdżkę na wielbłądzie. Istna mongolska Częstochowa.

Budda na horyzoncie

Budda na pustyni

Centrum energetyczne na Gobi

w świątyni

Buddyjska duchowość zwykłych śmiertelników nie jest jednak szczególnie głęboka.
Do centrum energetycznego na Gobi podwozi nas rodzina, która jedzie zamówić modlitwy. Wspólnie z lamą będą odmawiać mantry przez najbliższe dwie godziny. Najpierw oczywiście uzgodnią z mnichami stawkę i złożą ofiarę. Trochę jak u nas przy zamawianiu mszy. Gdy jednak próbuję wniknąć w ich wiarę, dowiedzieć się, do kogo właściwie się modlą, na czym polega ich odmiana buddyzmu i po co to robią, córka kierowcy wzrusza tylko ramionami mówiąc:
– Tak się po prostu robi. Mama tak robiła, babcia… Po prostu. Wszyscy chodzą do świątyni.
Trochę jak u nas z chodzeniem do kościoła. Dla wielu współczesnych katolików święcenie jajek na Wielkanoc czy pasterka w Boże Narodzenie to tylko element tradycji. W przypadku Mongołów podobne wrażenie sprawiają buddyści. Czego nie można powiedzieć o kulcie przodków.

Kolorowa mieszanka

Kult przodków wydaje się jednocześnie bardzo chłonny. Przejął wiele z symboliki buddyjskiej i w niczym to nie przeszkadza. Owoo zdobione są kolorowymi chustami i flagami. Podobnie wyglądają samotne drzewa w stepie, które z racji swojej epizodyczności uznawane są za święte. Pewnego razu, wychodząc z klasztoru w Cecerlegu minęliśmy kobietę, która niosła pod pachą… karton mleka. Szła złożyć ofiary duchom, a świątynia tylko dodatkowo podkreślała sakralny charakter miejsca. Za dacanem, na skałach, pełno jest zużytych kadzideł i plastikowych czarek, z których rozlewa się mleko dla duchów. Bo duchy lubią mleko, tak samo jak wódkę i ajrak.

Kolorowe, drewniano-kamienne konstrukcje wznoszą się także na górach otaczających Ułan-Bator. Mongolska stolica, mimo że tak nowoczesna, cały czas otoczona jest przez strzegące ją duchy. Duchy, którym cały czas składa się ofiary. Na wszelki wypadek.

a tuż za świątynią…

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Marta I Mapowicze.plRadzi Świstak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marta I Mapowicze.pl
Gość

Nigdy bym nie powiedziała, że Mongolia kryje w sobie tyle tajemnic! Dziwnie patrzy się na takie "puste" cmentarze, całkiem inaczej niż u nas w Polsce.

Radzi Świstak
Gość

To jest kompletnie inny sposób myślenia. Puste i zniszczone cmentarze na początku szokują, ale kiedy wniknie się nieco w tę kulturę – wiele rzeczy staje się bardziej zrozumiałymi. Choć dla Europejczyka to cały czas inny świat.:)