Mongołowie są szalenie komunikatywni i chcą rozmawiać z każdym, z tymże nieznajomość języków obcych w niczym im nie przeszkadza. Niczym w dowcipie o radzieckim marynarzu, który podpływa do portu, rzuca cumę stojącemu na molo przypadkowemu człowiekowi krzycząc:
– Nu, dzierży cumu!
Przypadkowy człowiek rozkłada ręce i pokazuje, że nie rozumie, co skutkuje następującym dialogiem:
– Parlez-vous francais?
– Non.
– Deutsch?
– Nein.
– English?
– Yes!!
– Okay! So, dzierży cumu!

I ja czułam się momentami wręcz identycznie.

Wyobraźcie sobie, że siedzicie na stepie i czekacie na stopa (to znaczy: aż jakiś samochód wyjedzie w waszym kierunku z widocznej na horyzoncie wioski). W pewnym momencie podjeżdża do was Mongoł na koniu i… patrzy się.

Pojedynek na spojrzenia

Europejczycy nie są na to przygotowani. My, biegający ciągle między pracą a innymi obowiązkami nie przywykliśmy nie robić kompletnie nic. Na pewno znacie to uczucie kłopotliwej ciszy, która zapada podczas rozmowy ludzi, którzy dopiero co się poznali i nie mają wspólnych tematów. Żeby wspólnie milczeć trzeba się jednak trochę poznać. My, Europejczycy, jesteśmy mentalnie zobligowani do podtrzymywania rozmowy z obcymi.
I wtedy nagle spada na was taka Mongolia z Mongołami na koniu, którzy podjeżdżają i bez słowa zaczynają się na was gapić.
Przyznaję, nie wytrzymałam. Jeździec wygrał ten milczący pojedynek i złamał mnie bez problemu. Popatrzyłam na niego i powiedziałam jedno z niewielu słów jakie znałam po mongolsku:
– Sain bain uu! – co znaczy “witaj”.
Jeździec skinął mi głową. Nawet nie odpowiedział! Prawdopodobnie uznał, że i tak nie zrozumiem. Popatrzył jeszcze chwilę, aż w końcu – rzecz jasna bez słowa – zawrócił konia i odjechał. Prawdopodobnie pojechał do geru, gdzie opowiedział żonie, jakie dziwadła spotkał na stepie.

Tacy właśnie są Mongołowie. Za cały kontakt wystarcza im wymiana spojrzeń. Jeśli jednak zdecydują się rozmawiać – wtedy wpadamy w drugą skrajność i przechodzimy na naukę mongolskiego, level hard.

Szybki kurs nauki mongolskiego

Środek stepu, asfalt zaraz się skończy, przed nami trzysta kilometrów bezludzia do najbliższej cywilizacji. Zatrzymuje się z hukiem cysterna. W szoferce dwóch braci – starszy, Gambad i młodszy, Olmbaj – jadących do naszego miejsca przeznaczenia. Z wielkim entuzjazmem zabierają nas, przywiązują nasze plecaki na dachu, częstują arbuzem i… mówią. Mówią, mówią, bardzo dużo, mimo że po angielsku znają dosłownie dwa słowa: hi i okay. W niczym to jednak nie przeszkadzało. Kolejną cechą Mongołów jest to, że nie boją się kontaktu. Jeżeli znają kilka słów w obcym języku, próbują je wykorzystać do dogadania się.

Olmbaj był ciekaw wszystkiego – skąd jesteśmy, gdzie jedziemy, co już widzieliśmy. Bardzo też chciał opowiedzieć nam o sobie. Złapaliśmy się na tym, że oni mówili po mongolsku, a my po polsku. Słowa były dla nas obce, ale główny trzon naszego porozumienia stanowiły emocje zawarte w głosie i język gestów. Sprawdziła się stara zasada, że jeżeli chcemy się dogadać, to dogadamy się zawsze.

Na północnej drodze byliśmy chyba jedynymi turystami – a już na pewno jedynymi autostopowiczami. Stąd bardzo często to my byliśmy większą atrakcją dla nich niż oni dla nas. Warto o tym pamiętać podczas podróży – to nie tylko my poznajemy świat, ale także my przynosimy kawałek tego świata do nich.

Olmbaj i Gambad byli dobrymi gospodarzami. Bardzo chcieli pokazać nam swój kraj. Kiedy dowiedzieli się, że u nas nie ma wielbłądów, zatrzymali się przy najbliższym stadzie, proponując, abyśmy zrobili sobie razem zdjęcie. Mknęliśmy cysterną przez step, poznając nowe słowa: teme – wielbłąd maszyn – samochód, ot – gwiazda, dzam – droga… Wymienialiśmy się nimi ucząc nawzajem swoich języków.

Teme! Wielbłądy!

Po dojechaniu do Ulaangom Gambad poszedł spać do znajomych, a my z Olmbajem ugotowaliśmy wspólnie kolację, dzieląc się makaronem, baraniną i butlą z gazem. Podczas gdy my dmuchaliśmy na gorące jedzenie, żeby nie poparzyć sobie języka, Olmbaj wciągnął wszystko w dwie minuty, niczym w japońskiej kreskówce.

Polacy i Mongoł wspólnie gotujący obiad w szoferce cysterny. Czy aż tak dużo nas dzieli? Mamy więcej wspólnego niż to się może wydawać, a najlepiej to rozpoznać, gdy jesteśmy w podróży, nie ma prądu, nie ma zasięgu i możemy wspólnie zjeść. Powaga. Wspólne jedzenie bardzo łączy ludzi. Gdy innym razem nocowaliśmy w domu Bagiego, który razem z rodziną zgarnął nas ze stepu, wspólne siedzenie przy kolacji także automatycznie potęgowało chęć rozmowy. Bagi był dla nas niemal mongolskim mistrzem, jeśli chodzi o angielski, bo znał kilkanaście słów i nie bał się ich używać. Na końcu zaś okazało się, że oglądaliśmy w dzieciństwie te same bajki.
– Nu, pogodi! – zaśmiał się Bagi wspominając radzieckiego Wilka i zająca.

Poziom języka wśród młodych Mongołów będzie jednak systematycznie wzrastał. W szkołach uczy się angielskiego i rosyjskiego, stąd wielokrotnie to dzieci jako pierwsze krzyczały do nas hi! na ulicy. Gdy pewnego razu trafiliśmy do mongolskiego domu – drewnianego, jak nasze wiejskie domy, naszym głównym tłumaczem został… jedenastoletni syn gospodarzy. Poziom edukacji nie jest w Mongolii zbyt wysoki, ale to plus kilka słów po rosyjsku, które gospodarz pamiętał z czasów radzieckich, pozwoliły nam na całkiem swobodny dialog.

Ile mleka dają krowy w Mongolii

Dialog może pójść także o wiele dalej niż wzajemna wymiana słów. Wszystko zależy od kreatywności – naszej i naszego rozmówcy.

Sancho Pancho dosiadł się do nas, kiedy na stepie czekaliśmy na jakieś auto. Akurat przeganiał swoje stada i widok dwójki białych przykuł jego uwagę. Zaczęło się klasycznie: sain bain uu, dzień dobry, skąd jesteście, Polska. Sancho Pancho znał dosłownie garść słów po rosyjsku, a resztę pokazywał nam na migi, w razie potrzeby odgrywając całe pantomimy. I tak, dowiedzieliśmy się, że ma czterdzieści lat, a jego żona dwadzieścia dziewięć, że wyszła za niego kiedy miała lat czternaście, po dwóch latach znajomości i że to tutaj normalne. Wiemy także, że mają tysiąc krów, z których każda daje dwa litry mleka dziennie i że to dużo i Sancho Pancho jest bogaty pan na włościach. Że zimą tu minus czterdzieści dwa stopnie i wtedy trzeba bydło dokarmiać. Ba, rozmawialiśmy nawet o polityce zagranicznej i wiemy, że Amerykanie są dobrzy, bo przywieźli dolary i Mongolia zaczęła się rozwijać. Chińczycy natomiast nie są tu mile widziani, bo przyjeżdżają i kupują mongolskie dziewczyny.
– Mo – mówi Sancho Pancho i pokazuje mały palec. Nauczyliśmy się już, że to słowo i gest zawsze idą w parze i oznaczają coś złego, słabego i ogólnie niekorzystnego.
– A Ruscy? – pytamy.
Sancho Pancho chwilę patrzy na swoją dłoń, jakby odliczał palce, po czym pokazuje ten środkowy. Opinia na temat Rosjan została wyrażona jednoznacznie.

Sancho Pancho ma trójkę dzieci. Po pewnym czasie odjechał i wrócił z najmłodszym, który dopiero co nauczył się chodzić. Po raz kolejny zafascynował mnie stosunek mongolskich mężczyzn do dzieci. Jechałam do tego kraju mając wizję patriarchalnego społeczeństwa z jasno określonymi rolami, wśród których wychowywanie dzieci należy do kobiety. Zdarzało się jednak, że widziałam, jak w gerze (jurcie) mężczyzna pomaga swojej żonie przy przygotowaniu posiłku i to ona rozlewa i pierwsza wypija ajrak, który następnie krąży wśród gości. Dzieci natomiast są szczególnie ważne dla Mongołów i poświęca im się wiele uwagi i miłości. Sancho Pancho chwalił się swoim synem, szczebiotał do niego, przytulał, zmieniał mu ubranie i bawił w zapasy.
– Mój dziadek był mistrzem zapasów! On też będzie! – śmiał się, gdy mały Sancho Pancho przyjmował pozycję wyjściową do walki. Sport narodowy Mongołów obecny jest w ich życiu od dziecka.

Na koniec Sancho Pancho został naszym tłumaczem. Za pomocą kamieni ułożył nam mapę okolicy i wytłumaczył, którędy najprościej będzie nam jechać. Znając kierunek naszej podróży, zatrzymywał każdego kierowcę i w końcu znalazł tego, który jechał w naszą stronę.

Najbardziej komunikatywni Mongołowie na świecie

Telefon do Mongoła

Rozbiliśmy namiot nad rzeką na obrzeżach jakiejś wioski. W pobliżu koczowała grupka chłopaków, pracujących w służbie granicznej, którzy akurat korzystali z dnia wolnego i raczyli się piwem. Natychmiast zaprosili nas do swojego grona. Jeden z nich znał trochę rosyjski, więc automatycznie został tłumaczem. Dialog zaczął się od klasycznych pytań – skąd jesteśmy, gdzie jedziemy… gdy wyszło na jaw, że naszym kolejnym celem jest miejscowość Murun nad jeziorem Chubsuguł, jeden z Mongołów poprosił o kartkę i zapisał na niej kilka cyfr.
– To numer jego matki – przetłumaczył kolega – mieszka w Murunie, jakbyście potrzebowali pomocy, to możecie do niej zadzwonić.
– A mówi po rosyjsku?
– Nie. Po mongolsku.

To zdarzenie chyba najlepiej podsumowuje Mongołów. Brak języka nie jest przeszkodą – w każdym z nich jest morze dobrej woli, żeby się porozumieć i pomóc.

Nowi znajomi

Po podróży po Mongolii wróciłam z wieloma numerami telefonów i nowymi znajomymi na facebooku.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o