Łemkowszczyzna i Bojkowszczyzna – krainy, których nie ma. Dumni mieszkańcy gór zostali wysiedleni podczas akcji “Wisła”, która do dziś budzi mnóstwo emocji i pretensji. I trudno się dziwić – wyobraźcie sobie, że pewnego dnia ktoś przychodzi do was i każe w jednej chwili zostawić dom, który wasza rodzina tworzyła od pokoleń.

fot. Krzysiek Kiersnowski

Cała społeczność została rozrzucona po Ziemiach Odzyskanych, jak najdalej od siebie, żeby uniemożliwić im zjednoczenie i ewentualną organizację antypaństwową. Wszystko przez to, że na zachodzie potrzebni byli nowi osadnicy, a Łemkowie, kojarzeni z Ukraińską Armią Powstańczą uznani zostali za element potencjalnie wywrotowy. To jednoznacznie przesądziło o ich losie. Do dziś w niektórych wioskach na Śląsku można usłyszeć język łemkowski. A co z górami? Czy naprawdę nic nie zostało?

Jedziemy na południe.

fot. Krzysiek Kiersnowski

Siódemką na południe

Droga ekspresowa numer siedem wylatuje na południu z Warszawy i biegnie aż do Radomia, gdzie można wskoczyć na dziewiątkę i jechać tak aż do granicy w Barwinku. Można też odbić i jechać przez Kozienice, a potem Sandomierz lub Opatów. Lubię tę trasę. Przejeżdżałam ją kilkakrotnie, wydeptałam jej pobocze w obie strony. Na drodze do Olchowca wszystko wygląda znajomo.

Zaraz za Tarczynem jest stacja benzynowa. Jeśli nie musisz tankować, pewnie nawet nie zauważysz, ale ja patrzę za każdym razem. To stąd ruszaliśmy do Rosji, na naszą wielką i pierwszą wyprawę w nieznane, autostopem, bez ścisłego planu, trochę partyzancko, trochę z obawami, ale z mnóstwem nadziei. Tu zostawił nas Krzysiek i stąd łapaliśmy pierwszego stopa.

Przed Sandomierzem dojrzeć można skręt na Wilczyce – wioskę, gdzie przez lata kopaliśmy w poszukiwaniu starych osad i obozowisk wędrownych łowców reniferów. Dalej Opatów i Rzeszów,

z tym dziwacznym pomnikiem na wlocie do miasta. Z Rzeszowa jest ciężko wyjechać na stopa. Raz udało się na pace ze sztucznymi kwiatami. Natomiast w Miejscu Piastowym jest rondo. Dla mnie jest to rondo zesłańców syberyjskich, bo tu żegnaliśmy się z przyjaciółmi przed wyjazdem do Rosji. Oni pojechali na Warszawę, my na Sanok i dalej, do granicy z Ukrainą.

Dalej już tylko Dukla, gdzie trzeba odbić na Teodorówkę i już jesteśmy na trasie do Olchowca. W Dukli, na okolicznych górach, rozsiadł się święty Jan. Jego dawna samotnia dzisiaj jest zagubionym w lesie sanktuarium, do którego można dojść szlakiem albo podjechać samochodem. Przy kaplicy wytryskuje cudowne źródełko. O zmierzchu, w środku zimy, spotkałyśmy tam z Angelą dwóch starszych mężczyzn, którzy przyjechali po cudowną wodę z baniakiem. W zamian za zdrowaś Mario zwieźli nas potem na dół, do Zawadki Rymanowskiej, gdzie trafiłyśmy na jedyną noc tamtej zimy, podczas której otwarte było studenckie schronisko. Siedzieliśmy wszyscy razem przy stole, już w cieple, a jeden z chłopaków patrzył na nas, jakby zobaczył UFO:

– Ja pierniczę, ale wy macie farta!

Mamy. Ale wróćmy na szlak.

Pewnego razu dojechałam autobusem do Krosna, skąd zgarnął mnie Krzysiek. Gdy w Dukli skręciliśmy na Iwlę, zaczął się las i wyłączyliśmy telefony. Tu kończy się zasięg. Nikt się nie dodzwoni, choćby świat miał się rozsypać na kawałki. Jeżeli zachce nam się kontaktu, trzeba będzie wejść na górkę i tam próbować coś łapać lub iść do sołtysa.

Olchowiec

Olchowiec to wieś w Beskidzie Niskim, w której stoi stara, łemkowska chyża. Mieszkał w niej jeszcze dziadek sołtysa, Bazyli i to jego imię po dziś dzień dumnie widnieje na drewnianej tabliczce nad drzwiami. Chałupa ma ponad sto lat, co widać na pierwszy rzut oka. W środku także czas zatrzymał się w miejscu. Wnętrze jest zadymione, a światło dnia wpada przez nieszczelne okna, zamykane na noc ciężkimi okiennicami. Na stropowej belce cieśla dawno temu wyrył prawosławny krzyż. Zaraz za wysokim progiem, w pierwszej izbie wita nas dziurawy, gliniany piec i długi stół przykryty ceratą (zmieszczą się wszyscy). W kącie stoi stary, drewniany kredens z naczyniami i sztućcami, a także szczelnie zamkniętymi słoikami (jedyny ratunek przed myszami). Słoiki zawierają przyprawy, a czasami także różne sypkie produkty, częściowo nieznanego pochodzenia. Wśród nich mieszka tam polenta, którą swego czasu dostaliśmy od Czechów, ale nie potrafiliśmy ugotować. Swoich dni dożywa w chacie także pogięty, czarny od sadzy kociołek, który wyrzucił nam Bajkał, i który przewędrował z nami kawał świata.

W sąsiedniej izbie stoją prycze. Dwie z nich mają materace i potrafią pomieścić nawet po trzy osoby. Pozostałe są piętrowymi łóżkami, z rzadkimi dechami, na których można pościelić sobie karimatę i całkiem wygodnie spać. Góra jednego łóżka nie nadaje się już do użytku. Wiszą nad nią kopie wypłowiałych ikon, ale mimo to nikt nie ryzykuje. Drugie, kiedy się na nie wspinasz, chwieje się całe i musisz uważać, aby dobrze rozłożyć środek ciężkości. Potem można już ułożyć się (nogi opierając o ścianę, bo łóżko jest trochę za krótkie) i spokojnie zasnąć (ostatecznie i tak bardziej ryzykują ci, co są na dole). Do ścian przybite są stare mapy Beskidu, wyblakłe już, ale wciąż czytelne. Na parapecie zalegają ścinki zaproszeń na rajd „Połoniny” sprzed trzydziestu lat.

Piec z gliny jest stary i dziurawy, z metalowymi drzwiczkami, przez które wkłada się drewno. Pewnego marcowego dnia próbowaliśmy nawet go łatać gliną wykopaną na podwórku, ale zrezygnowaliśmy, bo nie czuliśmy się wystarczająco doświadczeni w naprawianiu tego typu konstrukcji (a właściwie to w ogóle). W piecu olchowieckim można było kiedyś także wypiekać chleb. Któregoś sylwestra otworzyliśmy chlebową komorę chyba po raz pierwszy od stu lat i nieporadnie przymierzaliśmy się do takiego przedsięwzięcia. Jednak piec jest sercem chałupy i pewnie było tak zawsze, gdy mieszkali tam Łemkowie, bo daje ciepło w jesienne i zimowe dni i noce, suszy nam przemoczone rzeczy, a na kuchni zawsze stoi duży gar z herbatą, w której pływają plastry cytryny, pomarańczy i kawałki imbiru.

W Olchowcu stoi drewniana cerkiew pod wezwaniem Przeniesienia Relikwii Świętego Mikołaja. Prowadzi do niej ponad stuletni, kamienny most, który pojawia się na wszystkich zdjęciach stąd.Wewnątrz cerkwi wita nas ikona świętego Mikołaja, patrona Rusi i wędrowców. Cerkiew służy zarówno polskim katolikom jak i łemkowskim grekokatolikom. Bo Łemkowie są tu nadal, mimo wysiedleń, deportacji i planów zagłady. Wrócili do swojej małej ojczyzny. Co roku odbywają się kermesze, czyli łemkowskie zjazdy, wypełnione jarmarkami i świętowaniem.

fot. Krzysiek Kiersnowski

Ale są też miejsca, gdzie po Łemkach zostały tylko ruiny.

Tropem Wilszni

Gdy pójdzie się wzdłuż potoku Wilszni, i przeskoczy kilka razy po kamieniach tu i tam, można dotrzeć do ruin wioski o tej samej nazwie. Kamienne fundamenty są już niemal całkowicie pochłonięte przez las i tylko nierówności terenu wskazują, gdzie były niegdyś domostwa. A jak się dobrze rozejrzeć, można znaleźć zawalone krypty dawnej cerkwi. Nie jest to jedyna opuszczona wieś. Idąc wzdłuż Wisłoka znaleźć ich można naprawdę wiele. Wszystkie zawarte w nawiasach, pisane małym druczkiem na współczesnych mapach. Tu była Wołtuszowa, tam  Tarnawka, której dziś już nie widać spod mchu; zostały po niej tylko nagrobki dawnego cmentarza. Natomiast zamieszkujący Wołtuszową Łemkowie zostali wywiezieni jeszcze w 1945 r. na Ukrainę. Ich domy zajęli Polacy, lecz na krótko – zaledwie rok później UPA spaliło zabudowania wsi. Później nie odbudował jej nikt. Dziś o jej istnieniu świadczy tylko tablica informacyjna i miejsce po cerkwi, rozebranej w 1953 r., której fragmenty zostały wykorzystane do budowy domów uzdrowiskowych w Rymanowie Zdroju.

Podobne obrazki można znaleźć w Bieszczadach, w pobliżu słynnej “Koliby”. Kiedy zejdzie się z głównego szlaku i pokona strumień, znaleźć można dawny cmentarz ludzi, których już tu nie ma. Po dawnych wioskach zostały tylko drzewa owocowe podpowiadające, że gdzieś tu ktoś kiedyś założył sad i w jakichś szczęśliwych czasach zbierał jabłka. Tu było Caryńskie, gdzie stały domy tak liczne, że w osiemnastym wieku założono nawet cerkiew pod wezwaniem świętego Dymitra. W ruinach świątyni ktoś położył płytkę z narysowaną Matką Boską trzymającą w ramionach małego Jezusa. Ktoś tu zagląda – lecz w porównaniu z dawnymi czasami, i Beskidy i Bieszczady są dziś wyludnione.
– Wy myślicie, że tu zawsze było tyle drzew? – zagadnął gospodarz z Trześniowego Gronia –Popatrzcie sobie na ryciny z dziewiętnastego wieku. Zdjęć przedwojennych poszukajcie. Tam na szczytach było pusto, tam były chałupy, ludzie owce wypasali. Jedna wielka połonina. Że te drzewa to niby naturalne? Drzewami to zarosło dopiero niedawno. Bo ludzi już nie ma.  

Pod Niemcową znaleźć można też trochę fundamentów i pamiątkowy kamień informujący, że tu stała  niegdyś szkoła podstawowa – szkoła nad obłokami. Dziś nikomu tam, w środku lasu, nie byłaby potrzebna. Centrum edukacji przeniosło się niżej, tak samo jak ludzie.

fot. Dagmara Morozowicz

fot. Dagmara Morozowicz

Polany Surowiczne

Czasem jednak coś zostaje. Jak stara dzwonnica w Polanach Surowicznych, którą opiekuje się klub turystyczny, stacjonujący w pobliskiej Chałupie Elektryków. W tym roku plan jest taki, aby zrobić dach. I może ocali się od zapomnienia ten zabytek, który przetrwał tu dłużej niż ludzie. Resztę cerkwi rozebrano, bo o dobry budulec jest trudno. Obok cmentarz, gdzie wystają ocalone pomniki i krzyże. Gdzieś tu leży bezimienny lekarz ze Lwowa, który niosąc pomoc podczas epidemii zmarł właśnie w Polanach. W miejscu, którego już nie ma.

W ostatni wieczór dwa tysiące piętnastego roku odwiedził nas w chyży w Olchowcu Sławek Łemko. Śpiewał nam łemkowskie kolędy i po łemkowsku składał życzenia, aby nam się wiodło, aby Bóg miał nas w opiece i aby policja nigdy nas nie zdybała.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o