– No to gdzie w tym roku?

– Na Podlasie! I Białoruś! – wykrzykuję z prawdziwym entuzjazmem. Moja rozmówczyni patrzy na mnie jak na kosmitkę. Dopiero co skończyłyśmy konwersację o Mongolii i Syberii. Teraz powinnam szykować się na jakiś Uzbekistan lub coś równie dalekiego. A ja wyjechałam z Podlasiem i Białorusią.

 

Właściwie miałam taki plan już rok temu, ale wygrała Mongolia. Chciałam i potrzebowałam pojechać gdzieś daleko. Syberia na zawsze pozostaje moją miłością i na pewno do niej jeszcze wrócę, ale teraz czas na coś bliższego. Podlasie i Białoruś, pogranicze kulturowe. Powodów jest kilka.

Po pierwsze, zdałam sobie sprawę, że wciąż za mało znam swój kraj. Zazwyczaj niesie mnie w góry lub na Mazury, wciąż w te same miejsca, a bardzo mało eksploruję inne części Polski. Która (no przecież!) jest najpiękniejszym krajem świata. Można z niej przywieźć nie gorszy materiał niż z Afryki lub Kambodży. Bo i w Polsce można spotkać niesamowitych ludzi, przeżyć nieziemskie przygody i poczuć prawdziwą egzotykę. Uświadomiła mi to prezentacja Zdzicha Rabendy z Takie tam z Tripa, który przepłynął cały kraj dmuchanym kajakiem i poznał takie ciekawostki, o których w życiu nie słyszałam. Egzotykę zaprezentował też Marcin Korzonek, autor projektu Polska Prosto Rowerem, który za swoje przygody dostał nagrodę na tegorocznych Kolosach.

Po drugie, o kierunku zdecydowały moje ostatnie lektury. “Jutro spadną gromy” Jastrzębskiego, Morawieckiego i Skawińskiego o Podlasiu, “Droga 816” Michała Książka, “Białoruś. Miłość i marazm” Hanny Kondraciuk i oczywiście niesamowity “Wschód” Andrzeja Stasiuka. Szczególnie ta ostatnia pozycja mnie zachwyciła. No bo gdzie w ogóle zaczyna się ten cały mityczny Wschód? Czy na Wiśle czy dopiero na Uralu? Czy Bug, ta granica Unii Europejskiej, dzieli nas od tego co jest dalej nie tylko geograficznie, ale także mentalnie? I czy trzeba jechać aż na Syberię, żeby poczuć ten inny, wschodni świat?
Lubię Wschód. I dla mnie im wcześniej się zaczyna, tym lepiej. Sama mam rodzinę we wschodniej Polsce, lecz aż do Bugu nie docierałam zbyt często. Czytam więc o muzułmanach w Kruszynianach, czytam o księgach Sybilli ukrytych gdzieś pod granicą, o szeptuchach, pustelnikach, monastyrach, cerkwiach i porzuconych synagogach, czytam o cudach i objawieniach. Czytam nie o Białorusinach, Polakach i Ukraińcach, ale o “Miejscowych”. Coś jest w tym Wschodzie takiego, że jest bardziej uduchowiony niż zlaicyzowany Zachód.

Trzecim powodem jest moje zboczenie archeologiczne. Przez dłuższy czas zajmowałam się pograniczem polsko-ruskim. W średniowieczu granica zmieniała się bardzo płynnie, zależnie od  aktualnych układów politycznych i wojen. Tak więc mieszkańcy nadbużańskich wsi, których kości leżą dziś na zapomnianych cmentarzyskach obłożonych kamieniami, raz budzili się w Polsce, a innym razem na Rusi. Kim się czuli? I co zostało z tego teraz? Wielokulturowy tygiel, gdzie ludzie mówią z wyraźnym akcentem, połowa wsi chodzi do kościoła, a połowa do cerkwi.

Wreszcie, powód czwarty: Białoruś. Prawdziwa terra incognita. Kiedy pytałam znajomą Białorusinkę, co u nich warto zobaczyć, stwierdziła, że niewiele, przyroda ładna, ale ogólnie to nie ma co. Przekopałam chyba pół Internetu, ale ciągle znajduję informacje, że “bez fajerwerków”, “dyktatura i tyle”, “warto zwiedzić Mińsk”. I z grubsza tyle.
Stanęłam w empiku przed półką z mapami. Wszystkie egzotyczne miejsca na wyciągnięcie ręki – Sardynia, Kostaryka, Kreta. Wszystkie kraje Europy – Niemcy, Holandia, Anglia, Słowacja, Belgia, Hiszpania, Norwegia….
– A Białoruś?
– Nie mamy.
Nikt tam nie jeździ. Nic tam nie ma.
W rozpaczy zaczęłam czytać wspomnianą wyżej książkę Hanny Kondraciuk “Białoruś. Miłość i marazm”. Z serii reportaży wyłania się właściwie jeden wielki marazm i stagnacja, zrezygnowanie i unikanie rodzimego języka. Przeciętny Białorusin Białorusinem wcale być nie chce, wolałby być Polakiem, Rosjaninem lub choćby Litwinem, bo tu przecież kiedyś było Wielkie Księstwo. Kłóci się to z tym, czego dowiedziałam się ostatnio od Katii, że młodzi wracają do rodzimego języka i kultury – mimo że sama postarała się o Kartę Polaka i przyjechała szukać pracy w Białymstoku. “Dla nas Polska to jak dla was Anglia” powiedział mi kiedyś Żenia. Czy naprawdę stara tradycja umiera? Jak jest naprawdę? Notuję skrzętnie nazwy lokalnych muzeów domowych, klasztorów i prawosławnych sanktuariów, opuszczonych dworów i miejsc, gdzie można znaleźć jakieś ruiny. Książka nie wystarczy. Nie wierzę jej. Muszę sama pojechać, sprawdzić, dotknąć, przeleźć przez barierkę. I porozmawiać z ludźmi. Może zajadę do Grodna, może do Brześcia. Mińsk ominę z daleka. Moim celem są małe wioski i miasteczka, chcę szukać polsko-ruskiego pogranicza.

Tym razem nie jadę na stopa. Chcę przemieszczać się wolniej i zachwycać się krajobrazem. Początkowo, zainspirowana “Drogą 816” chciałam iść piechotą – ale to znów za wolno, nie mam aż tyle czasu, a na Białorusi dodatkowo będzie mnie ograniczała wiza. Wybór padł więc na rower – stary rower, zwany Rakietą (może to w czymś pomoże).

Wyruszam w lipcu. Mam długą listę miejsc, które chcę zobaczyć, ale ostateczna trasa będzie kształtowała się w trakcie podróży. Jadę, gdzie mnie skierują, zobaczę, co zechcą mi pokazać. I posłucham, może o czymś opowiedzą.
Mam nadzieję.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o