Ostatnio w sieci zaczęły powstawać wpisy na temat sensu podróżowania. Każdy chce jechać na koniec świata, przeżywać niesamowite przygody, a potem o nich opowiadać przy piwie. Co jednak ma z tego świat? Czy naprawdę zmieniamy go na lepsze tym, że postawiliśmy stopę na Chińskim Murze?

Apogeum całej tej dyskusji była dla mnie książka Tomasza Michniewicza, którą ostatnio przeczytałam: “Świat równoległy”. Jakkolwiek nie zawsze zgadzam się z tym autorem, w jednym ma rację: co my w ogóle wnosimy do świata tych ludzi, których odwiedzamy? Czy przypadkiem go nie niszczymy za cenę dobrego zdjęcia i wpisu na blogu? Oni dla nas są egzotyką, my dla nich – inni, tak. Egzotyczni – niekoniecznie.

Janusz na plaży

Milion słów napisano też na temat utyskiwań Prawdziwych Podróżników na turystów, którzy wykupują wycieczki all inclusive i potem leżą na plażach przy hotelach brzuchem do góry. No bo co oni zobaczą? Wypiją trochę alkoholu w hotelowych barze i będą się czuli ekspertami od Tunezji. Przecież my, podróżnicy, my to poznajemy naprawdę, oni są tylko (bleee) ”turystami”.

Ja? Och, jasne, wolę gdzieś pojechać z namiotem i poznać kogoś miejscowego. Po trzech dniach na plaży zaczęłoby mnie nosić. Ale z drugiej strony – co jest złego w turystyce? To, że nie rozumiem, jak ktoś może leżeć nad basenem w Turcji zamiast szukać dzikiego wybrzeża, oznacza tylko tyle, że każdy jest inny i wypoczywa w inny sposób (choć naprawdę nie rozumiem). Z drugiej strony, czy ja aż tak bardzo się różnię od reszty wczasowiczów? Przecież też zwiedzam zabytki. Ba, o zgrozo, czasem bywam też turystką! W majówkę przez trzy dni mieszkałam w hostelu w Wilnie, zwiedzałam główne atrakcje i jadałam w knajpach!

Z punktu widzenia Prawdziwych Podróżników – stoczyłam się na samo dno.

Na blogach znajdziecie mnóstwo wpisów i dyskusji na temat nazewnictwa. Podróżnik czy turysta? A może eksplorator? Ludzie, na tym świecie nie ma już czego eksplorować, byliśmy już wszędzie. Widać to także na dorocznych spotkaniach w ramach ”Kolosów”. Wymyślamy najbardziej szalone wyprawy, żeby się wyróżnić, bo wszystko zostało już odkryte. Co najwyżej możemy dotrzeć w jakieś niepopularne miejsce i  przybliżyć je znajomym na kolejnym festiwalu. A potem wszyscy tam pojadą i zacznie się turystyka. Powstaną kolejne hotele w parkach narodowych. Dziki świat zginie.

Kolejny hotel powstający w parku narodowym w Mongolii

Na Januszów na plaży można narzekać, oczywiście. Bo turystyka MUSI być odpowiedzialna. Nie traktuj miejscowych jak służby. Nie żądaj, poproś. Nie kupuj torebki z krokodyla. Nie rób sobie zdjęcia z tresowaną małpką, nie jeździj na słoniu, bo przyczyniasz się do nieszczęścia tych zwierząt (zainteresowanych odsyłam tutaj– artykuł otwiera oczy). O to warto apelować zawsze. Bądźmy świadomymi turystami!

Bądź co bądź jednak turysta przywozi pieniądze. Można narzekać, że niewiele wynosi z tego wyjazdu oprócz pamiątek, ale to jego sprawa – za to miejscowi będą się potem mogli utrzymać, gdy sezon się skończy. Tak sami funkcjonują ludzie obsługujący himalaistów, którzy przyjeżdżają tylko w jednym celu: zdobyć szczyt. Też nie wnikają w kulturę mieszkańców, płacą im za rozstawienie namiotów, za gotowanie, noszenie sprzętów. Jedni mają na koncie kolejny wyczyn sportowy, inni pracę. Czy to źle?

Plecakowy poszukiwacz przygód

I jak tu przeżyć autostopową przygodę kiedy nic nie jedzie?!

No to teraz o podróżnikach. Pakujemy plecak, bierzemy namiot i ruszamy, najlepiej autostopem lub zapchanym pociągiem. Ku przygodzie! I tu znów pojawiają się głosy krytyki – poczynając już od legendy reportażu, Ryszarda Kapuścińskiego. Backpackersi są płytcy, grzmi. Wystarczy nam, że pojedziemy na drugi koniec świata, dotkniemy ostatniego kamienia, a potem możemy się już chwalić na festiwalach. Byliśmy, odkryliśmy i dojechaliśmy tam na stopa. Któż by tak nie chciał?

mój Hilton

Jest w nas pewna próżność. Przejawia się już w samym określeniu: podróżnik, nie turysta, mimo że właściwie chodzi o to samo, tylko taniej. Gdyby ktoś mnie zapytał, dlaczego w pierwszą daleką wyprawę wyruszyłam autostopem, odpowiedziałabym szczerze: nie miałam pieniędzy. Rzuciłam pracę i wzięłam dziekankę – skąd miałabym mieć grube miliony? A gdybym je miała? Pewnie poleciałabym do Moskwy samolotem, a potem w obie strony pojechałabym koleją transsyberyjską, żeby opowiadać, że poznałam rosyjski folklor.

Pojechałam na stopa, bo nie miałam pieniędzy i całe szczęście, bo odkryłam, że się da. Teraz namiot jest wyborem, a nie koniecznością. Podróżuję tak, bo lubię, tak samo jak mój brat jeździ na wycieczki z biurem podróży, bo lubi odpocząć na plaży. A przecież też jem lokalne jedzenie i przywożę zdjęcia. Ja szukam ludzi i ich kultury, on – wypoczynku.

Co ma z tego świat?

No właśnie: ja mam fajne wspomnienia i setki zapisanych stron w zeszycie, a mój brat energię do pracy. A świat?

Można rzecz po prostu: pieniądze. W jakiś sposób wszyscy dajemy zarobić handlarzom pamiątek lub choćby producentom jedzenia. Świetnie, jeżeli robimy to świadomie i potrafimy wybierać prawdziwie miejscowe produkty, a nie chińskie podróbki. Wspaniale, jeśli zdajemy sobie sprawę, że nie wolno przywozić do kraju skór zagrożonych gatunków zwierząt. Co więcej?

Tomasz Michniewicz zastanawia się, co w ogóle zmienią nasze podróże. Nawet jeśli pojedziemy w sam środek wojny, by napisać potem reportaż – na co to ma wpływ? Sprzedamy książkę, zarobimy pieniądze. Pojedziemy na festiwal podróżniczy i będziemy opowiadać, jak to było fajnie w Rosji. A tamci ludzie zostaną ze swoimi problemami. My jesteśmy dla nich tylko na chwilę. To, że po naszej opowieści ktoś w Polsce wzruszy się ich losem, wcale im nie pomoże. Skoro więc nic nie możemy zrobić, to po co jeździmy? Może lepiej zająć się własnym podwórkiem?

Michniewicz ma rację. Nie uratuję tropikalnego lasu. Nie zahamuję produkcji oleju palmowego. Nie sprawię, że w Rosji zmniejszy się alkoholizm.
Myślę o tym wszystkim i przypomina mi się historia z książki Przemka Skokowskiego: “Autostopem przez życie”. Chłopak ruszył na stopa do Azji i co przeżył, to jego. Książka jest zapisem podróży i jego przygód. Ot, kolejna historia następnego backpackera, który zechciał dotknąć kamienia na końcu świata. Co w tym niezwykłego? Czy zbawił ten świat?
Przemek w Kirgistanie został ugoszczony przez bardzo ubogą rodzinę. Niewiele mieli, lecz nakarmili go, przyjęli najlepiej jak mogli. Gdy Przemek zapytał, czy jakoś może się odwdzięczyć, gospodyni nieśmiało poprosiła o… przysłanie plecaka dla ich córki, która szła do szkoły. Chłopak wrócił do Polski i zorganizował zbiórkę. Do kirgiskiej rodziny trafił nie tylko szkolny plecak, ale także mnóstwo innych potrzebnych przedmiotów, które na pewno pomogły im w codziennym życiu.

I co z tego, że sprzedał potem książkę i opowiedział o tym na festiwalu? Czy to naprawdę nie zmieniło świata tej jednej rodziny?

Czasem można podjąć jakieś mikro działanie. Taki pojedynczy gest sprawi, że ten plecakowicz będzie postrzegany jako człowiek, a nie wyłącznie jak źródło dochodu lub głupi białas z Zachodu.

Poza tym to nie jest tylko tak, że to my poznajemy innych ludzi i ich świat; my tak samo jesteśmy atrakcją dla nich. W Mongolii pewna rodzina przygarnęła nas do swojej jurty podczas burzy. Na ich prośbę zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Pokazaliśmy im mapę naszego kraju, wytłumaczyliśmy, gdzie jest Polska. Może teraz jesteśmy tam anegdotą. Może ucieszyły ich zdjęcia, które wysłałam pocztą po powrocie do domu. To na pewno nie jest wiele w porównaniu do walki o lasy tropikalne, ale myślę, że warto iść w świat i opowiadać o swoim kraju. Prawda jest taka, że ludzie boją się różnic, boją się inności i z tego strachu rodzi się większość konfliktów. Musimy poznawać i dać się poznać, to może wtedy świat będzie przyjemniejszym miejscem. Wiele lat temu byłam rosyjskim ksenofobem. Jak typowy Polak miałam pretensje o wszystko – o zabory, o wojnę, o komunizm. Potem przypadkowo wylądowałam w Rosji na wykopaliskach (”ej, to jednak nie jest Krym?” – 2010 r.). A potem przyszły kolejne podróże, Syberia i dziś nie mogę się oderwać od Wschodu. Mam nadzieję, że moim znajomym też to trochę odczarowało naszych sąsiadów. Nie odkrywam Ameryki, ale dopóki ludzie mnie pytają, czy w tym Irkucku to mają pralki, będę uważała, że warto o tym opowiadać.

Podróżować każdy może?

Podobno nie. Bo to jednak jest odpowiedzialność. Jeżeli masz zamiar rzucać mięsem na prawo i lewo i zostawiać po sobie śmieci w lesie, utwierdzając tym samym negatywny stereotyp Polaka – zostań w domu. Jeżeli jedziesz do Afryki tylko po skórę rzadkiego węża i myślisz, że jesteś fajny – zostań w domu. Jeżeli masz zakodowaną wyższość Europejczyka nad innymi nacjami, do których jedziesz, aby cię wachlowali niczym białego pana – zostań w domu i może rusz się na jakąś terapię.

Żemczug – ”rosyjski Ciechocinek”

Jeżeli nie masz w sobie podobnych cech – jedź. Nawet jeśli ci się wydaje, że nic nie wiesz o miejscu, w które się udajesz. Czy to do hostelu w Pradze czy pod namiot do Batumi. Każdy mieniący się dumnym mianem podróżnika, każdy słynny dziś reportażysta piszący książki – każdy z nich kiedyś zaczynał.

Ludzie się rozwijają. Wszystkiego trzeba się nauczyć – podróżowania też. Kiedy czytam swoje dzienniki sprzed kilku lat, aż kręcę głową z niedowierzaniem. Mnóstwo słów na temat tego, co jedliśmy na obiad, kiedy zmoczył nas deszcz oraz jak bardzo byłam zmęczona. Ludzie, kultura, to wszystko było na drugim miejscu, ważne było to, co robiliśmy i jaki odcinek przejechaliśmy. Dziś z tamtej podróży przywiozłabym kompletnie inne zapiski.

Dziennik z ostatniej podróży wygląda już inaczej. Mnóstwo spotkań, opisów, przytoczonych rozmów. Udało mi się wypracować w podróży konsekwentne opisywanie każdego dnia na bieżąco, mimo że czasem oczy mi się kleją. Mam wrażenie, że jeśli nie zapiszę, to stracę wszystko to, co starałam się chłonąć – czyjeś spojrzenie, rozmowę, dowcip, jakiś rytuał, obraz wnętrza jurty, kolory ziół odstraszających żmije. Patrzę uważniej, zwracam uwagę na gesty, na ornamenty zdobiące talizmany noszone przez naszych kierowców na szyi. Widzę więcej, choć pewnie ciągle mi się wydaje, że coś zrozumiałam z tego wielkiego świata. Daleko mi jeszcze do wielkich reporterów. Też się uczę. Cały czas. I jestem dumna, że widzę postępy. Turysta, podróżnik, autostopowicz, wędrowiec, rowerzysta – a może po prostu włóczykij. Ważne, co się przywozi do domu. W głowie, nie w plecaku czy w walizce.

Nie, nie zmienimy świata. Ale możemy go bardziej zrozumieć i poprawić. Nie przerwiemy wojny w Pakistanie, ale może kupimy komuś szkolny plecak.

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
andrewsMonika RadzikowskaMarcinR. Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
MarcinR.
Gość
MarcinR.

Hej!
To mój pierwszy przeczytany wpis na Twojej nowej stronie i już wiem, że chcę przeczytać kolejne 🙂 to, co piszesz, jest – moim zdaniem – bardzo trafne, a przy tym przyjemnie się czyta. Oby tak dalej! Życzę Ci, jak zawsze, samych sukcesów i czekam na kolejne relacje z podróży 🙂
Pozdrawiam archeologicznie,
Marcin 😉

andrews
Gość
andrews

dlaczego zaden podroznik nie opisuje kontaktow z ludzmi bogatymi albo chociaz zamoznymi, tylko ciągle o tej biedzie? dla biednych to jedyna atrakcja? czego oni moga nauczyc, przekazac czego cywilizowani europejczycy nie wiedza?