Dawno temu było plemię, gdzie rodziło się bardzo dużo dzieci. W obawie przed widmem głodu starszyzna zdecydowała, że część młodego pokolenia musi zginąć. Wybór padł na dziewczynki – chłopców szkolono na wojowników. Rozpoczęła się rzeź. Matki, które nie zgadzały się na tak straszny wyrok, karano obcięciem piersi. Mężczyźni byli nieugięci. Kobiety udały się więc do starej wieszczki, która postanowiła im pomóc. Wezwała wodza plemienia i powiedziała mu, że decyzją bogów jest, aby wziął wszystkich swoich wojowników i z gołymi rękami, bez broni, ruszył na podbój chrześcijan.

Mazury. Z czym Wam się kojarzą? Z jeziorami, żaglami, wakacjami i słońcem? Z historii wiemy, że kiedyś były tu Prusy Wschodnie. Do dziś dnia można spotkać pozostałości po Niemcach, którzy niegdyś tu mieszkali. Ich historia sięga aż trzynastego wieku, kiedy to Konrad Mazowiecki sprowadził do Polski krzyżaków. Po co to zrobił? Chciał pozbyć się pruskich plemion, które najeżdżały jego dzielnicę. W średniowieczu były one istnym utrapieniem i taki przekaz zachował się do naszych czasów. Kim byli i skąd się tu wzięli? I co się z nimi stało?

Ruszamy do Galindii.

Dziś to dla nas Mrągowo, Węgorzewo, Kętrzyn. Miasta polskie, choć z niemiecką historią. O tym, skąd się wzięła nazwa regionu, prawie nikt już nie pamięta.
Galindowie byli jednym z pruskich plemion. Należeli oni do ludów bałtyjskich (przodków m.in. Litwinów i Łotyszów), zasiedlających południowo-wschodnie wybrzeża Bałtyku od połowy pierwszego tysiąclecia przed Chrystusem. Skąd przybyli? Tego nie wiadomo, lecz pojawili się wcześniej niż Słowianie i Germanie, o których tak dużo mówi historia.
Drugi wiek naszej ery. Klaudiusz Ptolemeusz, grecki geograf, opisuje w swoich tekstach krainę Galindai. Kiedy jednak w trzynastym wieku przybywają krzyżacy, na miejscu zastają tylko puste, głuche puszcze, w których nikt nie mieszka. Jaka katastrofa spotkała prastare plemię Galindów?

To właśnie o nich mówi legenda – o pokoleniu butnych wojowników, którzy zdecydowali się zabijać swoje córki. Według dawnych przekazów, zgodnie z poleceniem wieszczki, ruszyli na podbój chrześcijańskiego Mazowsza, gdzie początkowo, mimo braku broni, podstępem, odnosili sukcesy. Nieśli pożogę i zniszczenie. I dostali to samo.
Młode państwo polskie było podzielone, lecz w kwestii bałtyjskich sąsiadów urządzających sobie łupieżcze rajdy, byli zgodni. Tym sposobem w krótkim czasie galindzcy wojownicy zostali rozniesieni w pył. Wszyscy, co do jednego. Nie przetrwał żaden z mężczyzn. Kiedy inne plemiona pruskie dowiedziały się, co się stało, wykorzystując sytuację napadły wioski Galindów i uprowadziły w niewolę ich kobiety i dzieci. Ziemia Galindai wyludniła się. Piotr z Dusburga, krzyżacki kronikarz, który zapisał tę legendę, nazwał ją Terra Desolata. Jałowa ziemia. Pusta. Wyludniona. Tylko duchy krążyły po puszczy.

Ile prawdy jest w dawnych legendach, tego nie wie nikt. Faktem jednak jest, że prawdopodobnie w dwunastym wieku Galindów spotkała eksterminacja. Zniknęli z mapy świata na dobre.

Na dobre?

No właśnie: co zostało po dawnych mieszkańcach tych ziem? Nie wznosili zamków, nie mieli trwałych budowli, które moglibyśmy podziwiać niczym krzyżacką twierdzę w Malborku. Wszystko co po nich zostało jest jedynie w ziemi. I tu wkracza archeologia uzupełniając to, o czym milczą kroniki. Piecki, Mojtyny, Nikutowo, Babięta, Machary… Stanowiska, gdzie archeolodzy wyciągają z ziemi przedmioty codziennego użytku i próbują odtworzyć sekwencję zdarzeń. I stąd wiemy, że przed wielką katastrofą, Galindowie i ich przodkowie byli ludnością ważną w regionie, liczną, o bogatym systemie wierzeń, który dzisiaj nie jest nam tak łatwo zrozumieć.

Rzeka Dajna płynąca przez miejscowość o wdzięcznej nazwie Czaszkowo, ma tak naprawdę stare, baltyjskie imię. Oznacza ono ”śpiew”, ”śpiewanie”, ”pieśń”. Rzeka wpada do jeziora Nidajno, które jest jej zaprzeczeniem. Nidajno bowiem oznacza ciszę.
O czym ma milczeć jezioro?

Archeolodzy wydobyli z wody rzeczy, które spokojnie można nazwać dobrami luksusowymi. Pozłacane, pięknie wykonane aplikacje pasa, sprzączki, figurki, miecze, zdobione scenami z nieznanej nam mitologii. Analogii szukać można po całej Europie i kawałku Azji. Przedmioty przed wrzuceniem do jeziora były rytualnie niszczone, tak jakby ktoś chciał je symbolicznie pozbawić życia, aby mogły być użytkowane w krainie zmarłych.

Prace na wykopie w Mojtynach

Czy to Germanie, wracający z wyprawy dokonywali tutaj swoich rytuałów, czy to wojowniczy Galindowie chcieli w ten sposób złożyć ofiarę w podzięce za wygraną wojnę?

Starożytności mazurskie dalej są odkrywane – jak na przykład w Mojtynach i Wólce Prusinowskiej nad jeziorem Wielki Zyzdrój, gdzie odbywały się przed I wojną wykopaliska niemieckie, nastawione głównie na poszukiwania fantów, a nie dokładne czytanie z kolorów i odcieni ziemi. Zostało po nich trochę dokumentacji, lecz o lokalizacji słuch zaginął. Minęło ponad sto lat, a metodyka i technologia poszły do przodu. Dziś podejmowane są poszukiwania w celu ponownego namierzenia cmentarzysk i wyciągnięciu nie tylko ładnych rzeczy, ale przede wszystkim wiedzy. Jak Bałtowie chowali swoich zmarłych, co wkładali im do grobów? Z kim utrzymywali kontakty handlowe? Żeby na to odpowiedzieć trzeba zebrać każdy kawałek potłuczonego gara i spróbować go skleić. Lepiej, więcej, metodyczniej!

https://www.facebook.com/Terra-Desolata-1513046712071275/?ref=br_rs

Grupa ludzi babrze się w ziemi i wyciąga z niej jakieś brudne starocie – można to tak określić. Ale dzięki temu, że oni teraz tam się brudzą, to – oprócz tego, że na pewno są z tego powodu bardzo szczęśliwi –  możemy potem to wszystko poskładać w sensowną historię i dowiedzieć się prawdy o tych, o których krążą już tylko legendy.Dziś, dzięki pracom grupy Terra Desolata wiemy coraz więcej. Po długich poszukiwaniach znalezione zostało stanowisko w Wólce Prusinowskiej! A dzięki nowym technologiom, na kanale na youtubie możecie śledzić na bieżąco, jak wydobywa się z ziemi historię.

rozpoczęcie wykopalisk

Pierwsze wbicie łopaty. Co będzie dalej? fot. Marek Makola

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o