Nie jedź na wschód, mówili. Zabiją cię, mówili. Autostop w Rosji to szaleństwo – to też mówili. Tak zwane łapanie okazji to jeden z najlepszych sposobów na poznanie kraju, do którego zmierzamy. A przy tym – typowy dla studenckiego budżetu. Pomyśleliśmy, że warto spróbować, choć dla wielu to ciągle brzmiało jak plan godny samobójcy. I było warto. Choćby po to, aby przekonać się, jak wygląda autostop po rosyjsku.

Jeszcze tylko załadujemy towar i możemy ruszać w trzydniową podróż tirem

Co ty tutaj robisz?

Pusty, wojskowy autobus telepał się po dziurawych drogach.

Zjedziemy do kafeszki – zarządził Wiktor, nasz kierowca, przekrzykując ryk silnika – Bo w ogóle was nie słyszę!

Kafeszka, czyli przydrożna knajpa z podłym jedzeniem, była niewielką klitką z obdrapanym stolikiem. Wiktor postawił przede mną kawę trzy w jednym (najlepsza kawa w Rosji) i rzucił: opowiadaj! Więc opowiadałam. Jak wyruszyliśmy ze stacji benzynowej w Tarczynie, jak dojechaliśmy do Moskwy i do Petersburga, gdzie widzieliśmy białe noce, jak pojechaliśmy koleją transsyberyjską do Irkucka, jak zwiedzaliśmy święte miejsca Buriatów i jak teraz wracamy zza Bajkału, autostopem, kolejny dzień machając kciukiem od świtu do zmierzchu i śpiąc po krzakach. Zasłuchał się Wiktor, zasłuchała się pani za ladą, zasłuchał się facet z papierosem, który już dawno zgasł mu w dłoni. Byliśmy dla nich ewenementem: kto i po co pcha się z Zachodu na jakąś ruską prowincję? To nie jest normalne.

W świadomości przeciętnego Polaka także jest to  niepojęte. Rosja jest dla nas krajem biednym i zaściankowym.

To tam są drogi? – zapytał młody chłopak, który zabrał nas na stopa już w Polsce, kiedy po pięciu miesiącach wracaliśmy do Warszawy.
A mieszkania jakie tam mają? A pralki? – wypytywał starszy pan nie mogący wyobrazić sobie, że mieszkanie w Irkucku niewiele różni się od takowego we Wrocławiu czy w Gdańsku.

Czasami bywało mgliście…

Sto wiorst nie odległość

Pierwszą rzeczą, jaką trzeba zrobić podróżując autostopem po Rosji, jest wyrobienie sobie nowej definicji słowa „odległość”. Tam po prostu wszędzie jest dalej, dłużej, a drogowskazy oddalone o kilkaset kilometrów od miejsca przeznaczenia zazwyczaj podają dystans jedynie w przybliżeniu.

Dla nas pięćdziesiąt kilometrów to dużo. Dla Rosjan to rzut beretem, o czym przekonaliśmy się rozmawiając z naszymi znajomymi z Rostowa, którzy zachęcali nas, abyśmy w drodze powrotnej zahaczyli o Orenburg.

Będziecie w Ufie, to niedaleko.

– Jak bardzo?

– No, niedużo, jakieś czterysta kilometrów.

Czasami miało to pozytywne skutki. Obietnica podrzucenia nas „kawałek” kończyła się jakieś sto kilometrów dalej.

Wracając z Syberii, ścigaliśmy z terminem ważności naszej wizy. Każdy dzień zaczynał się i kończył w trasie, dopóki tylko światło słoneczne na to pozwalało. Nasz przeciętny dystans dzienny wynosił około pięciuset kilometrów, z czego byliśmy dumni, dopóki jeden z kierowców, któremu się pochwaliliśmy, nie wyśmiał nas, mówiąc:

Pięćset to ja na ryby jeżdżę!

Rosjanie mawiają: sto wiorst nie odległość, sto rubli nie pieniądz, sto gram nie wódka. Wszystko w tym kraju jest wielkie i trzeba zwyczajnie przyzwyczaić się do kilometrów bezludnego stepu przewijającego się za oknem w rytm rosyjskiego disco polo. W Rosji bardzo często ląduje się pośrodku jednego, wielkiego NIGDZIE. W Polsce wyjeżdżając z jednej wsi zaraz wjeżdżamy do kolejnej, a nawet jeśli jej nie ma, możemy dojrzeć na horyzoncie pola uprawne, słupy wysokiego napięcia lub jakiekolwiek inne ślady ludzkiej bytności. Tymczasem w Rosji, a już szczególnie na Syberii, można jechać setki kilometrów i poza pięknym krajobrazem nie zobaczyć nic innego. To jest właśnie opiewany w rosyjskich piosenkach prastor – wielka przestrzeń, którą zrozumie w pełni tylko człowiek, który tam żyje. Jest ona głęboko zakodowana w rosyjskiej duszy i poczuciu narodowej dumy – bo takie prastory może mieć tylko najpotężniejsze państwo świata.

Buriacką policję na stopa też można złapać

Dalniebojszczyk, zaprawka, kafeszka, stojanka

Kafeszki, czyli przydrożne bary, są niczym oaza na pustyni. Można tam załatwić wszystko – od wizyty w toalecie i obiadu po obejrzenie niedźwiedzia w klatce. Jedzenie zwykle jest podrzędnej jakości, ale samotne kafe zazwyczaj i tak ma monopol w promieniu najbliższych stu kilometrów, więc nie uświadczysz widoku narzekającego Rosjanina.

Kafeszkom zwykle towarzyszą też zaprawki i stojanki, czyli stacje benzynowe i parkingi, na których można się zatrzymać i przespać. Ich głównymi użytkownikami są dalniebojszczycy –  kierowcy tirów, ci którzy jeżdżą na długich trasach.

Wśród dalniebojszczyków krążą historie o mafijnych firmach przewozowych, które zastraszają lub wręcz posuwają się do przemocy fizycznej wobec pracowników składających na nich donosy. Zazwyczaj więc rzeczywistość dalniebojszyka jest następująca: kierowca jedzie, dopóki oczy nie zaczną mu się kleić, aż w końcu zjeżdża na stojankę, gdzie śpi kilka godzin. Wielu z nich jest tak przyzwyczajonych do takiego trybu życia, że już dwie, trzy godziny snu wystarczają im na zregenerowanie sił.

Ja będę teraz spał, obudźcie mnie za dwie godziny – autostopowicz często pełni funkcję budzika. Kolejna korzyść z posiadania przygodnego towarzysza podróży.

Anton z Soczi, kierowca tira, który upchnął nas w pięć osób do szoferki, poczęstował nas kawą. Powiedzieć o niej „siekiera” to mało. Oczy od razu stają na baczność.

Anton, na kiedy masz być w Moskwie?

– Na wczoraj.

Dwie doby bez snu. Trasa. Kawa. Toaleta. Trasa. Tak wygląda rzeczywistość. Komu się nie podoba, kto się skarży, ten wypada z gry. Czasami wręcz dosłownie, zaraz po tym, jak usłyszy pukanie do drzwi o piątej nad ranem.

Tir to najlepszy transport!

Jadąc tirami doświadczyliśmy życia w zakurzonym świecie przydrożnych kawiarenek, rzeźb wykonanych ze starych opon, stojanek ochranianych przez pijanych wartowników i pań lekkich obyczajów, które szukając okazji do zarobku, gotowe są na wiele.

– Była stara, brzydka i nie chciała mnie wypuścić! – skarżył się Sasza, wspominając przerażające dla niego spotkanie z nachalną prostytutką.

Sasza nie lubił jeść w kafeszkach. Szukał sobie zawsze miejsca „na przyrodzie”, przeklinając za każdym razem, gdy grząski grunt nie pozwalał mu podjechać w upatrzone miejsce. W samochodzie miał wszystko – kuchenkę, garnki, baniak z kranikiem, talerze, sztućce, płyn do mycia naczyń. Zawsze wiedział, skąd wziąć świeżą, dobrą wodę. Ciężarówka i trasa to dom dalniebojszczyka.

Obiad ”na prirodzie” z Saszą

Rozmowy przydrożne

Jedziemy do Wołgogradu, a nawigacja GPS ciągle udziela nam wskazówek irytującym, mechanicznym głosem. Wołodia, nasz kierowca, warczy na nią nie przebierając w słowach. Proponuję nieśmiało, że może warto ją wyłączyć, jeśli jest tylko źródłem jego frustracji. Wołodia patrzy na mnie nieprzytomnie i mówi:

Czasem muszę na kogoś nakrzyczeć. Na żonę w domu nie mogę, to chociaż na nią!

Rozmowa z nawigacją to jeden ze sposobów na zabicie czasu. Przy gigantycznych odległościach trzeba sobie znaleźć rozmówcę, żeby nie zasnąć, nie oszaleć, nie zanudzić się. Dlatego też rosyjscy kierowcy lubią zabierać autostopowiczów.

– Kiedyś wiozłem gościa, który przez trzy miesiące pracował za darmo –  powiedział nam Aleks, chłopak w moim wieku, który w osiemnastym roku życia został wyrzucony z domu –   Ot, firma go wykiwała, nie zapłacili złamanej kopiejki i musiał wracać do domu stopem, bo pieniędzy nie miał nawet na autobus. Wiozłem też kiedyś chłopaka, któremu ukradli wszystko: pieniądze i dokumenty. A tu, bez dokumentów, to nic nie zrobisz. Wracał tak stopem do domu, aż do Krasnojarska.

Autostop i życzliwi dalniebojszczycy byli jedynym ratunkiem takich ludzi. Nam też niejednokrotnie radzili, że jeśli noc nas zastanie na drodze, trzeba dowlec się do jakiejkolwiek stojanki tirów, przywitać się, powiedzieć, że my turyści i rozbić namiot obok. Z taką obstawą jest bezpiecznie.

– Bo dalniebojszczyk to swój chłop – mówili.

Otwartość i chęć do zwierzeń można uznać za jedną z głównych cech wszystkich Rosjan, a przede wszystkim – rosyjskich kierowców.

Jestem oszustem podatkowym i mam fikcyjne nazwisko – powiedział mi pewien chłopak z Nowosybirska po dwudziestu minutach znajomości.

Mój szef to idiota – kilkakrotnie powtórzył Aleks podczas stukilometrowego odcinka.

Plomby z paki łatwo można zdjąć – bo jak czasem coś dobrego załadują, to przecież grzech nie wziąć, prawda? – i tak dalej.

Wsjo normalno

Każdy, kto narzeka na polskie drogi, powinien chociaż raz pojechać do Rosji. Szlaki wyjeżdżone na poboczach wzdłuż szosy to norma nie tylko na Syberii. Asfalt jest dziurawy, a niektóre drogi krajowe nawet nigdy go nie widziały. Przejazd często polega na wykonaniu serii skomplikowanych manewrów, aby ominąć co większe dziury.

Stan dróg często odzwierciedla stan techniczny pojazdów. Na drogach i w miastach zdaje się królować zasada, że jeśli coś fizycznie posuwa się do przodu, to może być dopuszczone do ruchu. Autobus z silnikiem na wierzchu, samochód bez maski i zderzaka czy szyby pozaklejane szarą taśmą to rzecz normalna. Zdarzało się, że mijały nas takie cuda jak trójkołowy rower z silnikiem od traktora.

Pewnego razu jechaliśmy z młodym chłopakiem po krajowej, polnej drodze, co chwila słysząc z tyłu samochodu niepokojący dźwięk. Okazało się, że po prostu szorowaliśmy odpadającą rurą wydechową po wybojach. Chwila postoju, chłodzenie silnika, podwiązanie rury naszym sznurkiem na pranie – i możemy jechać dalej. Innym razem, wiezieni przez trzech nie do końca trzeźwych Buriatów na bajkalskiej wyspie Olchon, stoczyliśmy się z górki do rowu, kasując po drodze znak drogowy. Na nasze pytające spojrzenie, kierowca wzruszył ramionami i rzekł:

– Nie pierieżywajtie, wsjo normalno.

Po czym ogłosił, że najnormalniej w świecie skończyła nam się benzyna. Dolaliśmy jej z kanistra przez wlew zatykany brudną szmatą, wytoczyliśmy samochód na drogę i pojechaliśmy dalej.

Kiedyś podczas jazdy wyleciała tylna szyba z bagażnika, na co kierowca, ściśnięty ze swoją żoną i dziećmi w maleńkim, ledwo toczącym się samochodziku, skwitował machnięciem ręki i słowami: nie nerwujsja. Kto by się przejmował takimi drobiazgami? Na pewno nie Rosjanie.

Kolejny przydrożny nocleg, czyli dzień jak co dzień

Do przodu!

Słońce zachodzi, dzień autostopowy powoli się kończy. Machamy wytrwale kciukami na drodze do Sludzianki. Zatrzymuje się duży, amerykański tir, którego gospodarzem jest Dmitrij z Nowosybirska.

– A skąd wy?

– Z Polszy!

– Też was przywiało! Wsiadajcie!

A potem były opowieści o torach zatopionych w Bajkale i zielonym lodzie.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o