Naćpane renifery, przedszkola dla tuńczyka i inne historie autostopowe – takie historie przywieźliśmy z autostopowej przeprawy przez Norwegię. Z Trondhaim pojechaliśmy na Nordkapp, skąd ruszyliśmy na Lofoty. Jak nam szło wydostanie się stopem z końca świata i co warto zwiedzić będąc na wyspach?

Nordkapp żegnaliśmy z lekkim niepokojem. O godzinie ósmej rano usiedliśmy na poboczu, zaraz za bramkami punktu turystycznego i zaczęliśmy robić kanapki. Nie spodziewaliśmy się, że za chwilę będziemy je w popłochu zwijać. Z parkingu bowiem wytoczył się kamper na francuskich blachach. Szanse na złapanie czegoś takiego są małe, szczególnie w takim prawilnym kraju jak Norwegia. Kampery formalnie mogą przewozić tylko 2 osoby. Toteż Przemek machnął kciukiem raczej tylko z przyzwyczajenia. Wtem stał się cud – auto zjechało na bok i otworzyło na nas drzwi. Starsze  małżeństwo Francuzów niewiele mówiło po angielsku, ale całkiem sprawnie udało nam się dogadać na migi. Kobieta też prowadziła dziennik podróży. Podróżowali po całej Europie, a niebawem wybierali się także do Polski.
Ludzie w Norwegii często mówią, że mieszkańcy północy są o wiele bardziej otwarci i pomocni niż ci południa. Ciekawe, że takie samo wrażenie miałam także odnośnie Syberii i zachodniej Rosji. Może to kwestia surowszego klimatu? Dość powiedzieć, że na północy Norwegii stopowało nam się całkiem przyjemnie. Jasne, utknęliśmy raz czy dwa, lecz zwyczajnie skończyły nam się samochody do łapania. Jechaliśmy przez norweskie bezdroża słuchając różnych opowieści. W pamięć zapadła nam przede wszystkim ta o reniferach, jedzących muchomory, które w przeszłości pochłaniali także wikingowie. Grzyb ten ma właściwości halucynogenne, co pozwalało wojownikom nie czuć strachu i odważnie ruszać na wrogów. U reniferów jest podobnie – przestają czuć lęk przed człowiekiem i podchodzą naprawdę blisko. Na szczęście nie szarżują jak wikingowie.Francuzi zabrali nas 180 km dalej. To nauczyło nas, że nawet w Norwegii nie ma rzeczy niemożliwych. Później jechaliśmy kamperami jeszcze dwa razy.

Innym razem, pośrodku niczego, zgarnął nas na stopa młody chłopak, który pracował w największej na świeci firmie, zajmującej się hodowlą łososi. Jako, że przejeżdżaliśmy blisko miejsca jego pracy, pokazał nam owo rybie przedszkole. Od 60 do 120 tys. maleńkich rybek zgromadzonych w gigantycznych kontenerach z regulowaną temperaturą i ciśnieniem. Gdy trochę podrosną, trafią do morskich hodowli, ograniczonych okrągłymi sieciami. Norwedzy są zdania, że morska woda jest najlepsza.

Jechaliśmy tak przez dziką północ mijając roboty drogowe, poznając przedstawicieli palestyńskich firm turystycznych, Niemców w safari busie i włóczęgów w mini kamperach, którzy z autostopu przerzucili się na własny środek transportu –  next level, jak mówili.

Wreszcie dotarliśmy na Lofoty.

Na wyspach przywitała nas piękna pogoda i słońce. Do miejscowości Kabelvag podwiozła nas dwójka Szkotów, cykających w zachwycie zdjęcia na prawo i lewo. Bo też i trudno się oprzeć.

Lofoty w pełnym słońcu zachwycają. Są jednocześnie rajem wspinaczkowym dla skałołazów wszelkiej maści. W wielu samochodach, które zabrały nas na stopa, widzieliśmy ekwipunek wspinaczkowy. Woda opływająca wyspy była krystalicznie czysta. Zza szyby samochodu można było odnieść wrażenie, że znajdujemy się w tropikach. Dopiero przy wysiadaniu zimny wiatr przypominał nam, że ciągle jesteśmy za kołem podbiegunowym.

Spędziliśmy na Lofotach dwie noce na dwóch różnych plażach. Przyczyniło się to do poczynienia ciekawych obserwacji na temat turystyki w Norwegii.

Plaża pierwsza, przez miejscowych nazywana jest Paradise.
– To nie jest raj – tłumaczył nam młody chłopak z Kablevag – ale… no, my ją tak nazywamy.
Żeby dostać się do raju, trzeba kierować się na wioskę Kalle, minąć jezioro z oficjalną plażą i przejść ścieżką między skałami i drzewami, przez nieco podmokły grunt. Wreszcie naszym oczom okazuje się dolina otwarta na morze, od którego odgradza je pas kamieni. Cały teren był istnym rajem dla wspinaczy, którzy wędrowali przez nasze obozowisko przez cały następny poranek. Po drugiej stronie niewielkiej rzeczy rozbiła się natomiast grupa młodzieży z wychowawcą – jak przystało na norweskie dzieci, spędzali czas na świeżym powietrzu, grając w piłkę, dziwną odmianę “raz, dwa, trzy, baba-jaga patrzy”, paląc ognisko i łażąc po skałach.

Druga z plaż rozciągała się pod starym, poniemieckim radarem w miejscowości Eggum. Hitlerowcy postawili go, żeby kontrolować konwoje z Murmańska.  Dziś radar jest przerdzewiałym reliktem obudowanym kamienną rotundą. Widoki z niej są niesamowite. Kiedy przybyliśmy na miejsce, natychmiast wybraliśmy się na spacer, mimo że wiatr był tak zimny i wszechobecny, że gotowanie wody na palniku turystycznym trwało w nieskończoność.
Tam też widzieliśmy ludzkie zoo.
Wzdłuż brzegu zaparkowały w linii niezliczone kampery. Mimo pięknego słońca i niesamowitych krajobrazów, każdy z nich zawierał ludzi, patrzących w dal niczym w ekran w sali kinowej. Każdy w swojej klatce, ograniczając ruch na zewnątrz do minimum. Niesamowite. Byliśmy w turystycznym miejscu, gdzie spało z nami co najmniej sto osób – a i tak, prawie nikogo nie spotkaliśmy.

Odwiedziliśmy muzeum wikingów, w sezonie oferujące o wiele więcej atrakcji, a cały rajd po Lofotach zakończyliśmy intensywną wspinaczką na punkt widokowy pod Reine – teraz już wiemy, skąd się biorą te wszystkie piękne pocztówki z wysp. Potem wyruszyliśmy na prom do Moskenes, zahaczając o A – ostatnią wioskę na Lofotach. Jest tak oblegana przez turystów, że wprowadzono zakaz kempingowania – patrzyłam na to z żalem, bo w tym miejscu rozbiliśmy się dwa lata temu, razem z innymi podróżnikami. Dziś wybrzeże świeciło pustkami.

 Prom z Moskenes dowiózł nas do Bodo, gdzie o północy spotkaliśmy się z Levanem.

Znajomość z Gruzinem Levanem to historia sprzed dwóch lat. Zgarnął nas na stopa z jakiejś wioski. Tak się zaprzyjaźniliśmy, że zostaliśmy z nim w Bodo na kempingu jeszcze dwa dni. Wówczas pomagałam mu malować jeden z domów. Firma Levana kwitnie – niemal pół miasta chce, żeby malował ich budynki. W tym roku razem z Przemkiem zostaliśmy u niego kilka dni.

Suszarnie dorsza. W Chinach będzie z tego… mąka! I ktoś na tym nieźle zarobi!

Większość domów w Norwegii ma ściany pokryte drewnem, a miejscowe prawo wymusza na właścicielach cykliczne odnawianie elewacji. Takie dbanie o ogólny wygląd miasta ma ogromne plusy. No i daje pracę rzeszom ludzi. W samym Bodo działa kilka takich firm. Ale Levan ma zdecydowanie najwięcej klientów.
– O, ten do malowałem w zeszłym roku – mówił wioząc nas przez miasto – I ten, i tamten, I jeszcze tu…

Spacerowaliśmy, malowaliśmy domy i rozwijaliśmy się kulinarnie. Levan gościł nas z iście gruzińskim rozmachem, Norwedzy częstowali swoimi specjałami – świeżym tuńczykiem i moroszką, a przypadkowo spotkani Polacy wprowadzali nas w tajniki freeganizmu. Kempingowa kuchnia została opanowana przez naszych rodaków.

Czas spędzony w Bodo był spokojny i wesoły. Dla nas była to chwila wytchnienia, bo od niemal dwóch tygodni nie spędziliśmy dwóch nocy w tym samym miejscu. Spotkaliśmy squotowców i włóczykijów wszelkiej maści, słuchaliśmy historii o norweskiej mentalności, gruzińskich obyczajach i poszukiwaniu czagi – grzyba porastającego korę brzozy – w głębokim śniegu na szwedzkiej granicy.

Wreszcie przyszedł czas pożegnania. Ruszyliśmy na południe. Z każdym kilometrem robiło się coraz cieplej, a słońce, mimo że ciągle nie chowało się na dobre, czyniło podchody do zachodu, barwiąc niebo na różowo i fioletowo. Wreszcie dotarliśmy do Trondheim, do przyjaznego domu Angeli i Pawła, którzy zarabiając na wesele i podróż dookoła świata, poznają dogłębnie norweski biznes rybny. Z przyjaznego domu kilka dni później tanie linie powiozły mnie z powrotem do Polski.

Lofoty autostopem? No pewnie, że można!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o