Kolejny post z drogi – tym razem o naszej podróży do Chakasji. Ponieważ Rosja jest krajem kontrastów. Jeden kraj, setki kultur i zwyczajów. I niesamowici ludzie, żyjący pasją.

Pod nami Syberia

Moskwa śmierdziała asfaltem.
Rosyjska stolica szykowała się na mistrzostwa w piłce nożnej, wiec wszystkie siły budowlane kraju zostały rzucone na drogi i chodniki, które odnawiano dzień i noc. Setki robotników uwijało się w skwarze i topniejącym asfalcie, a my musieliśmy obchodzić dookoła coraz to nowsze blokady.

Posnuliśmy się trochę po Moskwie ze znajomymi Polakami, których poznaliśmy w drodze (kto inny może łapać stopa pośrodku Litwy jak nie nasi?), przewędrowaliśmy Plac Czerwony, nauczyliśmy się grac w rosyjska karciankę i zobaczyliśmy centrum handlowe GUM świecace po zmroku jak choinka.

Wreszcie, pożegnaliśmy Moskwę i aeroeskpresem dojechaliśmy na lotnisko. I tu zaczęła się podróż pełna kontrastów.
Szeremietowo to ogromne lotnisko, z kilkoma terminalami, gdzie już na początku się zgubiliśmy. Mnóstwo ludzi, bramek, poopóźnianych samolotów. Wśród nich nasz.
Cztery godziny różnicy,słońce wstające w środku nocy i jesteśmy – niewyspani, ale zadowoleni. Wylądowaliśmy na… dworcu w Abakanie.

Za płotem pasa startowego widać domu. Przerąbane, myślę sobie, nie dość ze ktoś mieszka sobie na końcu świata, to jeszcze trzasnęli mu lotnisko kolo ogródka. Sielankę szlag trafił.
Po wyjściu z samolotu w nozdrza uderza zapach krów. Miła odmiana po asflacie w Moskwie. Na płycie lotniska powitał nas wielki napis: “Witajcie w Chakasji”.
Z sali wydania bagażu wyproszono nas na hale przylotów, która jednocześnie była także halą odlotów.
– Toaleta jest tu większa niż ta hala – stwierdził Przemek. Co było prawdą.

Wreszcie oddano nam bagaże i wyszliśmy z hali dworcowej. Przywitały nas drewniane chałupy i koniowiąz, na którym można przywiązać wstążki z prośbami do duchów.

Pani sprzedająca kwas – nie ma nic lepszego na gorące dni!

Koniowiąz. Białe wstążki można wiązać w intencji swojego zdrowia, czerwone – na sile, niebieskie – na pomyślny los.

Trolejbusem ruszyliśmy do miasta, a następnie na wylotówkę. Musieliśmy dostać się do Minusińska, gdzie mieszkał nas couchsurfingowy gospodarz, Maksim. Od razu poczuliśmy, ze jesteśmy na Syberii. W Moskwie byliśmy turystami, jedynymi z wielu. Tutaj nasze wielkie plecaki budziły uprzejme zaciekawienie. Pani sprzedająca kwas chlebowy poczęstowała nas swoimi jabłkami i wypytała o Polskę. Obsługa budki z pirożkami poratowała nas, w chwili problemów z internetem. Każdy był ciekaw, po co pchamy się przez pół świata do dzikiej tajgi i w step.

Maksim uczył nas rytuału picia czaju.

Sobór w Minusińsku

Krasnoarmiejcy są wszędzie!

Kiedy szliśmy przez Minusińsk, już z Maksimem, podjechał samochód i ktoś krzyknął: a skąd wy jesteście?
– Ja miejscowy – rzekł nasz host – Oni z Polski.
– Aha. Fajnie! Tak chciałem wiedzieć. – i odjechał.

Maksim, nasz gospodarz, to kolejna historia. Podróżnik, speleolog, społecznik, dziennikarz-amator i początkujący autor opowiadań grozy, ogłosił ostatnio konkurs w Internecie. Należało napisać horror – najlepsze prace zostały wydrukowane w zbiorze opowiadań razem z pracą Maksima. Sam sfinansował wydruk i sam zajmował się dystrybucją – w ogóle nie przeszkadzał mu fakt, że wychodzi na tym na minusie. Robił to nie dla zysku, ale dla swojej pasji do literatury.

– Jeśli nie spróbujesz, to nigdy nic nie zdobędziesz. Zaraz coś ci przeczytam! – i Maksim zaczął mi czytać na dobranoc swoje kolejne opowiadanie, w którym bohater był gnębiony przez… kota.

Maksim dużo podróżował po Syberii, a artykuły ze swoich podróży publikował w abakańskiej gazecie. Czuje się bardzo związany z regionem, w którym mieszka. Uczył nas co rano, jak należy “pożenić czaj” – zaparzał herbatę w imbryku, następnie nalewał filiżankę, po czym wlewał jej zawartość z powrotem do imbryczka. Teraz dopiero można było pić.

Maksim cały nasz spacer i wspólne zmywanie po obiedzie nagrał i wstawił na swoją stronę. Jest wielkim fanem couchsurfingu i stara się zachęcać ludzi, aby korzystali z niego jak najczęściej, przygarniając do siebie nieznanych ludzi jadących autostopem.

– Kolejna korzyść z nocowania gości: zmywają za ciebie! – wołał zachwycony podchodząc do mnie ze swoją nową kamerą, gdy stałam przy zlewie.

Minusińsk – miasto pomidora!

Na ścianie wisiał portret naszego gospodarza – prezent urodzinowy od jego przyjaciółki. Maksim leży na nim na trawie, wzrok ma nieobecny, jakby myślał o kolejnej wyprawie.  Po brzuchu biegną mu miniaturowe tory kolejowe, po których sunie maleńki pociąg. Ten, kto to namalował, musiał go bardzo dobrze znać.

Popołudnie spędziliśmy na rozmowach o Syberii, podróżach, szamanach, Tuwińcach, Mongolii, herbacie, jaskiniach, górach…

– Patrzę na was i już nie mogę się doczekać, kiedy wezmę swój plecak i wyruszę! – westchnął. Planował podróż dookoła świata. Nie znał praktycznie żadnego obcego języka. Nie przeszkadzało mu to w niczym.
My z Minusińska ruszyliśmy w dziki kraj na wykopaliska. Maksim gościł nas ponownie, gdy z nich wracaliśmy. Miesiąc później wyruszył w podróż dookoła świata, w koszulce z napisem “Avtostop”.

Ostatnio pozdrawiał z Tajlandii.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o