Święte Morze – tak mówią o Bajkale Buriaci, lokalna ludność tego regionu Syberii. A co o nim mówi geologia? Że to jezioro tektoniczne, najgłębsze na świecie, w którym występują endemiczne gatunki. Jednak każdy, kto choć raz widział Bajkał na własne oczy wie, że rację mają Buriaci.

Bajkał to ojciec wszystkich rzek. Wszystkie wracają do niego, chcąc połączyć swoje wody z jego, oprócz jednej: Angary. Jest to jedyna rzeka, która nie wpływa, ale wypływa z Bajkału. Wielki Duch – dusza Świętego Morza – zły na zbyt samodzielną córkę, rzucił za nią wielką skałą, ale nawet to nie potrafiło zatrzymać Angary w jej ucieczce w świat. Kamień natomiast sterczy z wody po dziś dzień, w okolicy Listwianki.

Nierpy i turyści

Z Irkucka można bardzo łatwo złapać marszrutkę lub nawet prywatnego kierowcę, który pokaże nam cuda Bajkału. W praktyce oznacza to wycieczkę do Listwianki – kurortu nad jeziorem, gdzie znajduje się nierpanarium. 

Byliście kiedyś w fokarium na Helu? To mniej więcej ten kaliber. Kilka fok bajkalskiego gatunku, zwanych tu właśnie nierpami kotłuje się w budnej wodzie ku uciesze turystów. Pamiętam aferę sprzed kilku lat na Helu, kiedy jedna z fok zdechła, ponieważ połykała monety, jakie rzucali jej zwiedzający. Głupota w czystej postaci. Nierpanarium cieszy się jednak niesłabnącym zachwytem, ponieważ zobaczyć nierpę z bliska nie jest tak łatwo.

Po wizycie w tym mini-zoo można przepłynąć promem do Portu Bajkał, gdzie znajduje się cmentarzysko starych statków. Stąd rusza (albo kończy) do Sludzianki w trasę kolejka krugobajkalska. Widoki z okna są naprawdę niesamowite; po drodze przejeżdża się także przez kilka tuneli wykutych w skałach. Powstanie kolei wymagało nie lada wysiłku.

Zazwyczaj na tym kończy się odkrywanie Bajkału. Można odhaczyć kolejne miejsce na liście must see na Syberii i jechać do Irkucka na bliny. Jeśli jednak jesteście bardziej dociekliwi i chcecie jeszcze czegoś dowiedzieć się o Świętym Morzu – pojedziemy dalej…

Jedziemy!

Ajajaj, jak tu pięknie!

Buchta Aja to miejsce mojego pierwszego spotkania z Bajkałem. Przez całą drogę na Syberię zastanawiałam się, jak to będzie. Próbowałam się nie nastawiać zbyt hura-optymistycznie, żeby potem moje cudowne, magiczne wizje nie rozbiły się z hukiem o rzeczywistość. Prawdę mówiąc, spodziewałam się, że po prostu ktoś nas tam podwiezie na stopa i taflę jeziora ujrzę przez szparę między naszymi plecakami przygniatającymi mi kolana na tylnym siedzeniu. Było jednak inaczej. Zupełnie inaczej.

Z Irkucka dojechaliśmy marszrutką do wioski Jelancy, na północnym wybrzeżu, skąd przez niewielkie góry chcieliśmy przejść nad brzeg Bajkału. Na początku nasz pomysł spotkał się z dezaprobatą miejscowych, którym dystans, jaki chcieliśmy pokonać jawił się jako odległość nie do przejścia. Wszyscy zaczęli nam oferować kierowcę, wypożyczenie auta, szwagra i Bóg wie co jeszcze. Zaufaliśmy jednak mapie i ruszyliśmy piechotą. Do szlaku podrzucił nas kierowca, który sam się złapał na stopa. Potem czekał nas długi marsz przez góry, do przylądka zwanego właśnie Buchta Aja. Polecam Wam zaczynanie przygody z Bajkałem właśnie od tej strony. Podczas żmudnego wędrowania pod zboczu góry, wreszcie, gdy podniosło się wzrok, można było zauważyć, że… niebo faluje. Nagle, nie wiadomo kiedy, znaleźliśmy się na tyle wysoko, że zobaczyliśmy horyzont, miejsce, gdzie niebo stykało się z Bajkałem. To jeden z najbardziej niezapomnianych widoków, jakie widziałam w życiu.

pierwsze spotkanie z Bajkałem

Rozbiliśmy obóz na skarpie, nad Buchtą Aja. Przy okazji: wiecie, skąd nazwa? Pewien Buriat, gdy przybył w to miejsce po raz pierwszy w życiu, miał zakrzyknąć: Ajajaj, jak tu pięknie!

Po skałach można powoli zejść na dół, żeby dotknąć wody. Tuż nad jej powierzchnią znajdują się starożytne petroglify. W dolinie nie ma nic, tylko step. Żadnego ludzkiego siedliska, oprócz jednej, ogromnej hacjendy, w której mieszka starszy Rosjanin. Podczas gdy my mozolnie schodziliśmy po skałach, on akurat przyjmował buriackich przyjaciół, a którymi łowił ryby i świętował urodziny. Od razu zostaliśmy zaproszeni na zakrapiany poczęstunek. Dostaliśmy także kilka świeżych omuli – to ryby, które występują tylko w Bajkale. Zaraz też najmłodszy z nich odwiózł nas do najbliższej asfaltowej drogi, skąd ruszyliśmy na dalszą eksplorację Świętego Morza. Czuliśmy już jego klimat, ale chcieliśmy pójść dalej, do jego serca.

Święta wyspa

Olchon to największa wyspa na Bajkale. Dostać się można tam promem przez tak zwane Małe Morze – przesmyk między północnym brzegiem a krawędzią wyspy (piesi płyną bezpłatnie).

Największą miejscowością na Olchonie, gdzie dociera najwięcej turystów, jest Hużyr. To nieformalna stolica wyspa, dysponująca największą bazą noclegową. Można tu znaleźć sklepy, bar, biura organizujące wycieczki po głównych atrakcjach Olchonu, a także na sąsiednią wyspę Ogoj, gdzie znajduje się buddyjska stupa. Ba, w Hużyrze można znaleźć nawet klub nocny, mimo że tuż obok pasą się krowy!  Na mnie chyba jednak największe wrażenie zrobiły miejscowe dzieciaki rozkręcające własny biznes:

– Kamienie z  Bajkału! Prawdziwe kamienie z Bajkału! Dziesięć rubli!

Hużyr wita!

widok na wyspę Ogoj

Do Hużyru podwiozło nas… trzech pijanych Buriatów. Podróż z nimi wyraźnie zasygnalizowała nam, że znajdujemy się w innym świecie.

Buriaci podjechali do nas swoją rozklekotaną półciężarówką, gdy zeszliśmy z promu. Początkowo zażądali zaporowej ceny za transport. Odmówiliśmy. Oni odjechali, a my zaczęliśmy łapać stopa. I tak, następne dziesięć kilometrów przejechaliśmy z właścicielką pobliskiej turbazy.

Staliśmy więc teraz pośrodku niczego, w stepie, przy głównej drodze, która od innych różniła się tylko tym, że była bardziej wyjeżdżona. I nagle, na horyzoncie, znów pojawili się nasi znajomi Buriaci! Widząc nas ponownie, uznali to za znak i zabrali nas na stopa prosto do Hużyru.

No, może nie aż tak prosto.

Przede wszystkim zmienił się kierowca. Poprzedni spał teraz na tylnym siedzeniu, wyraźnie pokonany przez alkohol. Okazało się, że… odwiedzali przodków. Objeżdżali wszystkie święte miejsca w drodze do miasteczka, a w każdym z nich należało oczywiście napić się z duchami i zostawić jakiś podarunek. Niesamowite było to, że ciągle byli w stanie jechać. Podczas jazdy z nami zatrzymali się jeszcze dwukrotnie, przy obwiązanych barwnymi wstążkami serge. Jest to drewniany pal, wywodzący się od koniowiązu, wyznaczający miejsce, gdzie krążą duchy. Serge często stawia się przy rozstajach dróg lub w punktach, gdzie wyjątkowo silnie czuć oddziaływanie przodków.

Zaczęło się gorączkowe poszukiwanie ostatniej flaszki. Niestety, mimo tylu poszukiwaczy, butelka okazała się pusta. Skończyło się więc tylko na papierosie wypalonym z przodkami i ofiarą z kilku rubli. Dobrze jest coś zostawić duchom. Dowiedzieliśmy się także, że na Olchonie nie wypada się śmiać – to święta wyspa i trzeba zachować powagę.

Podróż z pijanymi Buriatami pokazała mi jeszcze, jak kompletnie inaczej podchodzimy do życia. Gdy nasze rozklekotane auto wspięło się z trudem na górkę, po czym zgasł silnik, a my stoczyliśmy się w tył, do rowu, kasując po drodze znak drogowy, chyba wszystkim nam – Polakom – skoczyło ciśnienie. Nasz kierowca, po kilku nieudanych próbach odpalenia samochodu wzruszył tylko ramionami i zakomunikował ze stoickim spokojem, że skończyła się benzyna. Drugi z Buriatów, widząc nasze zaskoczone miny, dodał:

– Nie pierieżywajtie, vsjo normalna.

I tak to dotoczyliśmy się szczęśliwie do Hużyru.

Niewidzialny pałac

Hużyr stoi tam, gdzie stoi nieprzypadkowo. Kiedy zejdzie się na plażę, już z daleka dojrzeć można poszarpaną, lekko trójkątną skałę, wystającą z wody przy brzegu. To Szamanka, święta skała Buriatów.

Tutaj od wieków spotykali się szamani, tutaj odprawiali swoje rytuały, tutaj odbywały się święta. O obecności duchów i sakralnej funkcji skały informują także serge stojące na nadbrzeżnej skarpie. Obok nich umieszczono wielkie kamienie, na których składane są ofiary z papierosów, monet i ryżu, a czasem nawet cukierków.

skała Szamanka

święte słupy serge

Szamanka jako skała to tylko ziemski miraż, skorupa, przesłaniająca duchowy wymiar tego miejsca. Jej prawdziwe oblicze widzą tylko szamani, którzy jako jedyni mają prawo się do niej zbliżać. Innym nie jest to zalecane, szczególnie kobietom i dzieciom. Nie tylko z uwagi na swoiste tabu, ale także dla własnego bezpieczeństwa. Osoby te są bowiem szczególnie narażone na oddziaływanie tajemniczej energii i mogą nawet stracić przytomność.

W świecie sacrum skała przemienia się we wspaniały pałac ducha-opiekuna wyspy, Chana-Chute-Babaja. Zstąpił on dawno temu na pobliską Górę Żima, pod postacią orła. Ptak ten jest świętym zwierzęciem dla Buriatów. Jego majestatyczny pomnik widzieliśmy przy drodze na prom.

Szamanka przez wieki była miejscem odludnym, przeznaczonym do spotkań z duchami. Skąd wzięło się nagle obok turystyczne miasteczko? Winę za to ponoszą komuniści, którzy walczyli z każdym przejawem religijności. Chcąc sprofanować święte miejsce, założyli więc ośrodek, który dziś jest stolicą turystyki na Olchonie. W jurtach stojących na nabrzeżu można kupić pamiątki, a szamani coraz częściej występują dla turystów, co niewiele ma wspólnego z prawdziwymi rytuałami.

Kolejny, smutny przykład działalności poprzedniej władzy znajdziemy, gdy powędrujemy wgłąb wyspy. W wiosce Pieszczanaja, o zmroku ponoć śpiewają piaski. Ma ona jednak także swoją smutną historię. W przeszłości znajdował się tutaj obóz pracy. Do dziś można tu i ówdzie dostrzec resztki drutu kolczastego.

Pieszczanaja

Dwa-trzy razy dziennie marszrutki z Hużyru obwożą zagraniczne wycieczki. Punkty obowiązkowe to Mys Hoboj, czyli najbardziej na północ wysunięty półwysep Olchonu oraz ostatnia wieś – Uzury, gdzie znajduje się stacja meteorologiczna, można wypić kawę 3 w 1 i kupić pocztówkę.

Uzury. Sklepik-kafeszka, stadnina koni i stacja meteorologiczna

droga na Hoboj

Hoboj – tu kończy się świat. A może zaczyna?

Czy to już tylko turystyka?

Jeśli kiedykolwiek wylądujecie na Olchonie, polecam Wam przebyć go tak jak my – na piechotę. Wędrując będziecie mogli porozmawiać ze zwykłymi ludźmi, którzy tam mieszkają, ba, nawet spotkać bohaterów reportaży podróżniczych – oni naprawdę istnieją!

Wędrując przez lasy i stepy można było wreszcie poczuć prawdziwy klimat Olchonu, ten który został gdzieś głęboko, pod warstwą festynu. Coś, czego nie pokazuje się turystom. Gdy dotarliśmy do Uzury z plecakami na plecach, podpierając się kijami, niemiecka wycieczka zaczęła nam robić zdjęcia.

…i nawet psa na dwa dni się dorobiliśmy

Warto także na drodze do Hużyru odbić w stronę wybrzeża i odnaleźć pozostałości po Kurykanach – XIII-wiecznych przodkach Buriatów. Zostały po nich resztki murów ledwo widoczne na wzgórzach i tajemne, kamienne labirynty.

Tajemnicze kamienne labirynty

Pewnego razu rozbiliśmy obóz w lesie, niedaleko półwyspu Budun. O zachodzie słońca część naszej grupy ruszyła w stronę brzegu jeziora, żeby umyć naczynia po posiłku i nabrać wody. Po raz pierwszy przekonałam się wtedy, co to znaczy step. Odległość, która wydawała się niewielka, ciągnęła się bez końca. Gdy dotarliśmy na brzeg, słońce było już bardzo nisko. Schodząc stromą ścieżką do jeziora, natknęliśmy się na porzucone ognisko.

Porzucone?

W okolicy nie było nikogo oprócz nas – na stepie widać wszystko jak na dłoni. Ognisko jednak nie było zagaszone, pęk dziwnych ziół wciąż tlił się na żarzących się polanach. Wszystko to wyglądało co najmniej dziwnie. Kiedy zeszliśmy nad wodę, zobaczyliśmy dziwaczny zewłok susła – zwierzę wyglądało jakby mu ktoś wprawnie wyciągnął wszystkie wnętrzności i zostawił dokładnie w miejscu, gdzie fale muskały piasek. Zrobiło się nam cokolwiek nieprzyjemnie. Podczas zmywania naczyń, wypatrzyłam pod skarpą dziwny, ciemny kształt. Odwróciłam wzrok nie chcąc wiedzieć, co to. Nie mówiłam nic więcej. Później okazało się, że nie tylko ja zwróciłam na to uwagę, ale atmosfera strachu wymusiła na nas milczenie. Chcieliśmy czym prędzej uciec stamtąd. Raźnym krokiem przemierzaliśmy step aż do nocy, starając się nie panikować. Zapadła noc i tylko latarka chłopaków w obozowisku naprowadziła nas na nasze namioty.

Czy przerwaliśmy jakiś rytuał? Czy to tylko nasza wyobraźnia? I gdzie był ten, kto rozpalił ognisko? Na te pytania chyba nigdy nie poznam odpowiedzi, ale jeśli zapytacie mnie, czy kiedyś w podróży się bałam – to wtedy. Ani żadne podejrzane sytuacje na autostopie ani podczas nocowania u człowieka niezrównoważonego psychicznie ani gdy zgubiłam się w górach – nic nigdy w drodze nie przestraszyło mnie bardziej. Zapewne dlatego, że nie wiedziałam, z czym w ogóle trzeba walczyć i na czym właściwie polega problem. Jak uderzyć w coś, czego nie widać?

Nieważne: gdzie, ważne: jak.

Olchon to miejsce magiczne – ale nie wtedy, gdy wpadasz tam na dwa dni, żeby zobaczyć festyn szamanów tańczących pod publikę i przejechać marszrutką na koniec wyspy. Daj sobie czas. Znajdź kij do podparcia i ruszaj na azymut. Może znajdziesz kogoś, kto rozpala ognie nad Świętym Morzem?

Dobranoc.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o