Na horyzoncie widać kopuły cerkwi. Nieco dalej jest drogowskaz na katolickie sanktuarium. Matka Boska Śnieżna patrzy z głównego ołtarza, ikona świętego Mikołaja zaś skromnie, z boku. Jeśli natomiast pojedziemy dalej na północ i wejdziemy w las – znajdziemy stary, niemal zapomniany już tatarski mizar. W niedalekiej wiosce możemy odwiedzić nawet meczet, a w miejscowości obok – ruiny synagogi, przypominającej czasy świetności miejscowej gminy żydowskiej. Tutaj błękitny krzyż wskazuje miejsce, gdzie pochowano Białorusinów. Na zarośniętym kirkucie dojrzysz pod mchem gwiazdę Dawida. Niedaleko, o, tam – kapliczka, krzyże stoją ramię w ramię – katolicki i prawosławny, z dwoma belkami dodanymi. Gdzie nie spojrzysz – inna świątynia, inny sposób na chwalenie tego samego Boga.
Witajcie na Podlasiu!

Drzewo przy bramie monasteru w Jabłecznej

Ikony rzeką i wiatrem niesione

– Ikonostas składa się z kilku rzędów, każdy ma znaczenie i swoją nazwę. Ale nie wszystkie zawsze muszą być, czasem cerkiew jest zwyczajnie za mała. Zawsze jednak znajdziesz Carskie Wrota, na prawo Pana Jezusa, a na lewo Bogurodzicę. Nad nimi zaś – Ostatnią Wieczerzę, bo to od niej wszystko się zaczęło.

Czasem miałam wrażenie, że łatwiej tu o cerkiew niż o katolicki kościół. Wschodnie chrześcijaństwo ma nad Bugiem zdecydowaną palmę pierwszeństwa. Wielu mieszkańców ma białoruskie korzenie i wychowali się w takiej właśnie tradycji.
Zjeżdżam z trasy, aby zwiedzić prawosławny monaster w Jabłecznej. Jest oddalony od “nadbużanki”, trzeba przejechać przez wieś, minąć bagna… Miejsce wprost idealne na wyciszenie i kontemplację. Do monasteru przylega leśny park, gdzie co chwila można się natknąć na wiekowe drzewa. Jedno z nich rośnie przed bramą, po prawej stronie, obwieszone tym, co pielgrzymi przynieśli ze sobą – różańcami, paciorkami, ikonami, krzyżami (niektóre zrobione na miejscu, z przewiązanych sznurkiem patyczków).
Klasztor ma 500-letnią historię.
– I działa tu nieprzerwanie! – podkreśla oprowadzający mnie brat. Potem otwiera ciężką kratę cerkwi i opowiada o ikonie świętego Onufrego – patrona świątyni.

Święty Onufry był pustelnikiem żyjącym w IV w. Mieszkał na pustyni w Egipcie, odcięty od cywilizacji, żywiąc się tylko tym, co znalazł. Według legendy, gdy umarł, grób dla niego wykopały dwa lwy.
Święty przedstawiony na ikonie to starzec, z długą, siwą brodą aż do ziemi. Jedynym jego ubraniem jest przepaska z liści. Ikona posiada srebrną koszulkę; według najnowszych badań, została napisana w XII w.
– Tworzenie ikony to nie jest zwykłe malowanie obrazu – tłumaczyła z kolei przewodniczka z Muzeum Ikon w Supraślu – To cały rytuał i modlitwa. Wszystko ma tutaj znaczenie. Deskę do pisania trzeba odpowiednio przygotować. Złoto wykorzystuje się dla podkreślenia królewskości Boga. Barwniki – tylko naturalne.
Jak powstaje taka ikona – możecie prześledzić tutaj.
Święty Onufry przybył do Jabłecznej Bugiem. Tutaj wyłowili go z wody mnisi. Jeden z nich miał ponadto widzenie, w którym święty życzył sobie, aby to powstała świątynia poświęcona właśnie jego wstawiennictwu. Tak też się stało.

Ikonostas w Jabłecznej

Świecie zapalane przed ikonami

Historia monasteru była burzliwa, tak jak wielu przygranicznych ośrodków religijnych. Nie ominęła także samej ikony. Podczas wojny ukryto ją w Rosji, skąd wróciła po 1945, lecz już bez relikwii świętego, które początkowo były do niej przymocowane i z którymi przypłynęła Bugiem. W 1990 r. natomiast ją skradziono, razem z o 100 lat młodszą ikoną Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Nie pomogło 4-letnie dochodzenie. Dopiero nagroda wyznaczona przez braci przyniosła pozytywny skutek – obie ikony odnalazły się ”w cudowny sposób”. Dziś bezcenne przedmioty są podłączone do alarmu – kiedyś nikomu by to przez myśl nie przeszło.

W cerkwi znajdują się także relikwie jeszcze jednego, tym razem lokalnego świętego – Ignacy Jabłczyńskiego. Był on jednym z mnichów, którzy mieszkali w monasterze podczas II wojny światowej. Pewnego razu pod cerkiew przyszli pijani Niemcy. Mnichów stłoczyli w jednym pomieszczeniu, zabrali zapasy żywności, a klasztor podpalili. Święty Ignacy w tym czasie oddawała się akurat swojej pasji, którą było… łowienie ryb. On jeden był na zewnątrz, gdy zaczął się pożar. Widząc płomienie, natychmiast porzucił ryby, przybiegł do dzwonnicy i zaczął szarpać za sznur, aby sprowadzić pomoc z miasteczka. Dźwięk dzwonu usłyszeli też jednak Niemcy; wściekli, zawrócili i zadźgali Ignacego bagnetami. Był on jedyną osobą, która zginęła tamtej nocy.

Zabudowania obecnego monasteru pochodzą z XIX w. Do dziś przybywają tu pielgrzymi, aby pokłonić się przed cudowną ikoną.
Jednak nie tylko święty Onufry pojawił się w nurcie rzeki. Prawosławne legendy i podania pełne są symboli, które nieoczekiwanie pojawiały się w różnych miejscach, wyznaczając tym samym miejsce kultu.

Jabłeczna

Kiedy do Gródka przybyli prawosławni mnisi, po kilku latach stwierdzili, że miasto jest zbyt gwarne i nie potrafią w pełni kontemplować tutaj Boga. W poszukiwaniu nowej siedziby, postanowili więc zdać się na Najwyższego: spuścili na rzekę Supraśl krzyz, który płynął, płynął… aż wreszcie zatrzymał się w – niespodzianka – Supraślu. Tutaj mnisi założyli monaster i tutaj trwają po dziś dzień, mimo zawieruchy wojennej i komunistycznej walki z religią.

Z ikona związana jest też historia powstania cerkwi w miejscowości Narew. Kiedy w XVI w. kniaż Iwan Wiśniowiecki przeprawiał się w okolicy przez rzekę, zobaczyła w chacie flisaka ikionę świętego Antoniego, przed którą paliła się lampka. Wzruszony pobożnością prostego człowieka postanowił, że ufunduje kaplicę. Rozkazał flisakowi wszystko przygotować i obiecał, że prześle wszystkie potrzebne pieniądze. Kiedy po jakimś czasie wizytował Narew, okazało się, że przewoźnik wziął sobie do serca słowa kniazia i nie szczędził budulca na chwałę Bożą: z kaplicy wyrosła cerkiew. Kniaź jednak, jak obiecał, tak zrobił – pokrył wszystkie wydatki, choć pewnie nie przypuszczał początkowo, że będzie musiał być aż tak hojny. Święty Antoni zamieszkał od tej pory w błękitnej cerkwi, a kopia ikony została umieszczona w skicie, czyli pustelni w miejscu, gdzie ponoć znajdował się szałas flisaka. Wspomniany skit w Odrynkach funkcjonuje do tej pory – mieszka tam obecnie ojciec Gabriel, który zajmuje się ziołolecznictwem.

Cerkiew w Narwii

Cudowna historia wydarzyła się także w Dubiczach Cerkiewnych. Pierwsza z cerkwi stała w pobliżu wsi, na uroczysku Bachmaty. Niestety, strawił ją pożar, ale w niesamowitych okolicznościach ocalała ikona Matki Bożej, która – niesiona wiatrem – wyznaczyła miejsce kolejnej świątyni.

Dzwony spod ziemi

Czasem jednak trzeba uważać, bo cerkwie nie tylko pojawiają się w tajemniczych okolicznościach, ale i znikać potafią. Na Podlasiu wielokrotnie słyszałam legendę o świątyni na wzgórzu, która… zapadła się pod ziemię.
Wchodzę do sklepu w Rogawce. Kupuję sok i rozpytuję o średniowieczne cmentarzysko, które ma znajdować się we wsi. Wskazują mi współczesny, przycerkiewny cmentarz – ot, kontynuacja tradycji, faktycznie!
Wychodzę ze sklepu i pakuję zakupy na rower. Podchodzi do mnie mężczyzna, który stał za mną w kolejce.
– Jak panią takie rzeczy interesują, to tu w okolicy jest takie miejsce, gdzie się cerkiew pod ziemię zapadła!
Przytakuję – słyszałam już tę wersję kilka razy w różnych miejscach, ale nigdy z konkretami. Tymczasem, w Rogawce – niespodzianka! Spotkany na cmentatrzu pan Eugeniusz, mieszkający we wsi od urodzenia, nie tylko po raz kolejny powtarza mi tę legendę, ale też wskazuje dokładne miejsce, gdzie stała świątynia!
– Musi pani skręcić w prawo i pojechać drogą na Krupice. Tam, na najwyższej górze, stała cerkiew. Znam człowieka, który na szczycie przykładał ucho do ziemi i mówił, że dzwony słychać.
Miałam w planach jechać prosto, na Siemiatycze. Jak się domyślacie, skręciłam na Krupice. Odnalazłam wzgórze i wspięłam się na szczyt. Słońce świeciło, pogoda była piękna. Rozejrzałam się – dookoła nikogo. Byłam na miejscu związanym z legendą, musiałam spróbować. Usiadłam w wysokiej trawie i przystawiłam ucho do ziemi. Może jednak?
Nic. Cisza. Może nie mam tak czułego słuchu jak znajomy pana Eugeniusza? A może to dlatego, że był poniedziałek? Toż w cerkwi najbliższe dzwony będą biły dopiero w sobotę, na wieczernię!

Błogosławiona kradzież

Niedaleko od Jabłecznej położona jest miejscowość Kodeń, czyli kolejne sanktuarium, do którego przybywają pielgrzymi – tym razem wyznania katolickiego. Dziś znajduje się tutaj cudowny obraz Matki Bożej z Guadelupe. Został on namalowany na podstawie figury Maryi, którą według tradycji miał wykonać św. Łukasz, ewangelista. Rzeźbę podarowano sanktuarium w Guadelupe. Papież Grzegorz Wielki, ofiarodawca, zlecił namalowanie obrazu, który został w Rzymie. Skąd się więc wziął w Kodniu?
Historia tego miejsca jest nierozerwalnie związana z rodem Sapiehów, do których należał majątek. Do dziś można oglądać ruiny zamku i kościół św. Ducha, dawną kaplicę pałacową. Jej budowniczym był Mikołaj Sapieha, żyjący w XVII w. Nieszczęśliwie jednak zachorował, czego skutkiem był paraliż ciała. Można tylko wyobrażać sobie, co wówczas czuł potężny niegdyś dziedzic i żołnierz, człowiek ze wszech miar aktywny. Postanowił chwycić się ostatniej nadziei – odbyć pielgrzymkę do Rzymu i tam, przed cudownym obrazem poprosić o łaskę zdrowia.
Wyobraźnie sobie, jakie to musiało być przedsięwzięcie logistyczne! XVII w., pielgrzymka przez pół Europy, a główny bohater całego przedsięwzięcia – sparaliżowany! Nieśli go przez kilka krajów, niekiedy przez tereny niebezpieczne, gdzie toczyła się wojna i grasowali rozbójnicy. A jednak dotarli na miejsce. Gdy wreszcie Mikołaj Sapieha wraz ze swym orszakiem dotarł na miejsce, dostąpił zaszczytu spotkania z papieżem i pomodlenia się przed Matką Boską z Guadelupe. Wtedy też miał wydarzyć się cud – dziedzic został całkowicie uzdrowiony!
Wzruszony i przepełniony wiarą, Mikołaj został opętany jedną, silną potrzebą: musiał zabrać cudony wizerunek Matki do Polski! Papież Urban VIII odmówił mu jednak; wtedy Sapieha uciekł się do podstępu. Przekupił zakrystiana i zwyczajnie wykradł obraz z kaplicy.

Rozpoczęła się ucieczka przez pół Europy. Jeśli dotarcie paralityka do Rzymu było trudne, powrót na pewno nie był łatwiejszy. Bo niby Mikołaj Sapieha był zdrowy i pełny sił, ale uciekanie i krycie się przed papieskim pościgiem po lasach, zapewne również nie zwiększało komfortu podróży. Można by o tym nakręcić dobry film akcji. W każdym razie Sapieha urodził się pod szczęśliwą gwiazdą – 15 września 1631 r. dotarł szczęśliwie do Kodnia, gdzie, w zamkowej kaplicy, umieścił cudowny obraz.
Rzecz jasna, papież mu tego nie zapomniał. Urban VIII rzucił klątwę na Sapiehę, wskutek czego został on wyłączony z Kościoła. Nie wolno mu było przyjmować Eucharystii ani nawet wchodzić do świątyni. Mikołaj, aby zdjąć z siebie klątwę, odbył drugą, pokutną pielgrzymkę do Rzymu. Dzięki wstawiennictwu innych duchownych, udało mu się przebłagać papieża i oficjalnie otrzymać obraz w darze. Swoim zuchwalstwem, Mikołaj osiągnął to, co chciał: obraz przedstawiający Matkę Boską z hiszpańskiej Guadalupe do dziś znajduje się w Kodniu. Po powstaniu styczniowym, gdy wiele kościołów zamieniono na cerkwie, ukryto go na Jasnej Górze, skąd powrócił w 1927 r. Dziś ściąga tysiące pielgrzymów, którzy przybywają prosić o uzdrowienie. A Maryja ponoć jest hojna w rozdawania łask.

Ogrody przy sanktuarium w Kodniu

Nie jest to rzecz jasna jedyne sanktuarium na Podlasiu. Jadąc przez wsie na północ od Drohiczyna, warto jest zajechać do Ostrożan. Znajduje się tam sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej. Dlaczego Śnieżnej?
Chrześcijaństwo pełne jest symboli związanych z przyrodą – ikony niesione wiatrem lub krzyże wyławiane z rzek. Niektóre starsze są niż rozłamy religii. W upalne lat 352 r. na rzymski wzgórzu Eskwilin spadł śnieg. Mial to być znak dla patrycjusza Jana, że doczeka się potomka, o którego tak długo prosił, w zamian za co miał ufundować świątynię. Śnieg miał wyznaczyć miejsce jej budowy.
W kościele tym – dziś bazylice Matki Bożej Większej – umieszczono obraz Maryi z Dzieciątkiem, którą od tego czasu nazywano Matką Boską Śnieżną. W drewnianym kościółku sanktuarium w Ostrożanach od XVII w. znajduje się jego kopia.

Sanktuarium w Ostrożanach

Ucieczka od zarazy

Świętą Górę Grabarkę zna chyba każdy. Najświętsze miejsce prawosławnych w Polsce znane jest także pod nazwą Góra Krzyży. Bo to właśnie krzyże przynoszą tutaj pielgrzymi proszący o łaski. Małe, duże, średnie, drewniane, zbite za pomocą gwoździ lub po prostu przewiązane sznurkiem. Harcerskie, parafialne, zakonne, z Polski i zza granicy. Dlaczego akurat tutaj? Skąd się wzięło to miejsce kultu? Znów musimy cofnąc się w czasie.
1710 r. nie był dla Podlasia zbyt łaskawy. Mówiąc wprost, był wręcz tragiczny. W regionie szalała wtedy epidemia cholery, pochłaniając tysiące ofiar. Właściwie nie było rodzinym, której nie dotknęłaby choroba. Zrozpaczeni ludzie szukali ratunku w modlitwie. Wówczas jednemu ze starców przyśniło się, że ratunek można znaleźć na pobliskiej górze. Podlasianie udali się tam z własnoręcznie wykonanymi krzyżami. Pili także wodę z pobliskiego, leczniczego źródła. Podobno uratowało się wówczas 10 tysięcy ludzi. Na górze powstała drewniana kapliczka, która stała się zaczątkiem cerkwi i monasteru.

Góra Grabarka

Podobną historię ma także katolicki kościół św. Rocha w Miłkowicach-Maćkach. Do tego świętego zwracali się miejscowi podczas tej samej zarazy, co zaowocowało licznymi uzdrowieniami. Drohickie kroniki wspominają, że już w drugiej połowie XVIII w. została tam postanowiona dziękczynna kaplica. Dziś znajdziemy obok także drewiany kościółek.

Cudowne źródło bije także w Puszczy Białowieskiej! Niedaleko Hajnówki znajduje się malutka cerkiew znana jako Krynoczka. Zarówno świątynia jak i studnia z cudowną wodą znajdują się na terenie wojskowym, ogrodzonym drutem kolczastym…
– …ale pójdzie pani w bok i tam jest takie jakby wejście. No, dziura znaczy. Zobaczy pani, ścieżka jest.
Istotnie, ścieżka jest. Druty kolczaste są tak rozchylone, że nawet wiele się schylać nie trzeba. Nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać ludzi od pragnienia świętości – nawet wojsko.
Wokół studni, na ogrodzeniu, wiszą lniane chusteczki i małe ręczniki. Zastanawiało mnie bardzo, po co to. Skojarzyło mi się to od razu z szamańskimi koniowiązami obwiązanymi barwnymi wstążkami. Daleka analogia! Dlaczego ludzie przychodzący po świętą wodę zostawiają na płocie małe ściereczki?

Święta Krynoczka

Odpowiedź uzyskałam w pustelni w Odrynkach. Podczas tradycyjnego poczęstunku po służbie, prawosławnej mszy, dosiadłam się do dziewczyny wyglądającej na mniej więcej w moim wieku i zwyczajnie zapytałam. Miała silny wschodni akcent, zaskoczyłam ją, zaczęła mówić do mnie w gwarze, z czasem świadomie przeszła na polski, wtrącając raz po raz ruskobrzmiące słowa.
– Tymi chusteczkami ludzie się obmywają – wytłumaczyła mi – Moczą w wodzie i przykładają do twarzy, albo tam gdzie ich boli. Potem zostawiają, bo ciągle mają w sobie świętą wodę. Takie same są też na Grabarce, nie widziałaś?
Chusteczki do obmywania co jakiś czas zbiorowo pali się na terenie cerkwi.

Cud w Sokółce

Takie wydarzenia to jednak nie tylko domena czasów historycznych. Pamiętacie, jak było głośno o cudzie w Sokółce? Podczas rowerowego rajdu przez Podlasie także to miasto znalazło się na mojej liście. Przeżyłam szok, gdy na miejscu doczytałam, że wszystko to działo się w… 2008 r.! Z perspektywy dziejowej, właściwie dopiero chwilę temu! Byłam przekonana, że ta historia jest sporo starsza, a tu proszę – gdy ja świętowałam osiemnaste urodziny, tutaj działy się takie rzeczy.
Dla przypomnienia: podczas udzielania Komunii, jeden z księży upuścił komunikant. Zgodnie z procedurą, podniósł go i włożył do wody (tej samej, którą kapłan obmywa ręce podczas mszy), aby się rozpuścił. Pieczę nad tym wszystkim powierzono służącej w parafii zakonnicy. Jakież było wielkie zdziwienie wszystkich, gdy po kilku dniach zamiast wody z rozpuszczonym komunikantem znaleziono na opłatku krople ludzkiej krwi.
Historia na okładkę, ale na szczęście księża zachowali zimną krew i najpierw zgłosili to zwierzchnikom. Łatwo o sensację, lecz cuda mają to do siebie, że nie zdarzają się codziennie. Należało się upewnić. Przeprowadzono szereg badań naukowych, które miały sprawdzić, z czym w ogóle mamy do czynienia. Potwierdziło się, że krew jest autentyczna, ludzka, mało tego – pochodzi z mięśnia sercowego osoby znajdującej się w stanie agonalnym.
Cudowny komunikant umieszczono w kościelnej kaplicy.
Ostatnio kościół w Sokółce oficjalnie uzyskał status sanktuarium.

Słowo Boże na płatkach kwiatów zapisane

– Archanioł Gabriel ujawnił Mahometowi Słowo Boże w nocy i tylko Księżyc był tego świadkiem. Dlatego to on jest teraz symbolem islamu. I Mahomet pozbierał Słowo, które zostało mu objawione. A to Słowo było zapisane w przyrodzie: na płatkach kwiatów, na listkach, na kamieniach.

Przewodniczka z Bohonik to starsza, lecz energiczna kobieta, biegająca między meczetem a rodzinną restauracją w tatarskim nakryciu głowy. Na wszystko miała odpowiedź, każdą dyskusję dociekliwych turystów ucinała, kulturalnie acz stanowczo. Całą wiedzę, którą przekazała nam w meczecie wyrecytowała z pamięci – widać, że opowiada to codziennie. Tak samo jak przewodnik z Kruszynian, kolejnej wiosce, w której znaleźć można meczet.
Muzułmańska świątynia w Kruszynianach właściwie przypomina wiejski kościółek. Drewniany, z dwoma kanciastymi wieżami zamiast smukłych minaretów.
– Żyjemy w Polsce, meczet budowali polscy robotnicy, więc zrobili na polską modłę – tłumaczy przewodnik – Co za różnica? Ważne, żeby mihrab był. Bóg i tak jest wszędzie.
Mihrab, czyli półokąrła nisza w ścianie, która wskazuje kierunek na Mekkę i w której staje imam podczas odmawiania modlitwy. Miejscowy imam, który dojeżdża do Kruszynian, by sprawować najważniejsze uroczystości, ma żonę i dzieci. Mieszka w Białymstoku i obecnie jest na urlopie tacierzyńskim. Jego żona wróciła do pracy po porodzie.
– U nas wszystko jest normalnie, wszak jesteśmy Polakami – mówią.

Meczet w Kruszynianach

Skąd w ogóle wzięli się w Polsce muzułmanie? Ich obecność zadzięczamy Janowi Sobieskiemu, który – spłukany po licznych wojnach – zwyczajnie nie miał jak zapłacić żołdu swoim tatarskim żołnierzom.
Tatarzy, obecnie mający więcej wspólnego z Turkami niż z mongolskimi zabójcami krakowskiego hejnalisty, dostali w ramach wynagrodzenia… ziemię. Osiedlili się pod Małaszewiczami, Bohonikami, Kruszynianami ze wszystkimi prawami, które przysługiwały polskim obywatelom i z jednym obowiązkiem: służby wojskowej. Mogli nawet żenić się z miejscowymi kobietami – pod warunkiem jednak, że przejmą ich nazwiska. Stąd też dzisiaj w spisie mieszkańców, próżno szukać tatarskich nazw. Coraz częściej jednak wraca się do tradycyjnych imion.

Dziś meczety i mizary – tatarskie cmentarze – to jedna z atrakcji turystycznych Podlasia. Razem z miejscową kuchnią. Tatarzy, jak sami podkreślają, nie czują się Polakami – oni po prostu nimi są. Ale równie silnie pamiętają o swoich korzeniach i starają się je przybliżać wszystkim odwiedzającym.

Mizar w Kruszynianach

Ruiny dawnej chwały

Gdyby nie tablica informacyjna przy jeden z dwunastu dróg odchodzących od ronda (!) w Krynkach, ominęłabym ruiny Wielkiej Synagogi. Został po niej dosłownie przysłowiowy kamień na kamieniu, na dodatek mocno zaniedbany przez miasto, gęsto porośnięty zielskiem wszelkiej maści, wśród których przechadzają się bezodmne koty – niczym ostatni strażnicy świątyni.
– Z drugiej strony panie zajdzie, trochę lepiej widać – radzi mi przechodzący obok starszy pan.
W mieście znajdują się także inne budynki związane z funkcjonującą tu przed wojną gminą żydowską: bożnica chasydów, synagoga “kaukaska” będąca śladem po kupcach z Kaukazu, sprowadzających do Krynek skóry. Dziś nieco zaniedbane budynki są częścią ośrodka kultury bądź stoją nieużywane, z zamurowanymi oknami. W Siemiatyczach żydowski dom talmudyczny zajmuje dziś zasadnicza szkoła zawodowa.

Ha-Kodesz w synagodze we Włodawie – szafa ołtarzowa do przechowywania Tory

Zwiedzałam wiele cerkwi i kościołów, ba, nawet dwa meczety i zawsze oprócz funkcji turystycznej, obiekty te pełni także przede wszystkim funkcje sakralne. Tutaj jest na odwrót. Synagogi w Tykocinie czy Włodawie są piękne i warte odwiedzenia, lecz dziś są jedynie muzeami. Czasem jeszcze pełnią rolę sal koncertowych, są wykorzystywane na wszelkiej maści festiwalach międzykulturowych – lecz na co dzień to puste budynki, w których nikt już nie zapala chanukowych lampek ani nie powtarza modlitw.
Mimo że znam historię wojny, mimo że odwiedziłam Oświęcim, mimo że widziałam wiele zniszczonych, żydowskich kirkutów, mimo że wiem, które budynki w Warszawie stoją na miejscu dawnych świątyń i gdzie było getto – dopiero jadąc przez Podlasie dotarło do mnie, czym właściwie był holokaust i na jaką skalę go przeprowadzono. Przed wojną tutaj w co drugim mieście można było znaleźć żydowskie dzielnice, sklepy, warsztaty, szkoły talmudyczne. Dzisiaj tych ludzi po prostu już nie ma. Do Włodawy po 1945 wróciło dosłownie kilku Żydów. Kropla w morzu, w porównaniu z ich wcześniejszą populacją.

Zamknięta na głucho synagoga w Orli

Dzisiaj po dawnej gminie został tylko symbol, w postaci żydowskiego dnia na Festiwalu Trzech Kultur we Włodawie.

Spotkanie dwóch religii

Chwalić Boga wszystkimi sposobami

– My tu wszyscy w zgodzie żyjemy. Prawosławni z katolikami, co to za różnica? Jak jest jakieś katolickie święto, to my też szanujemy, nie pracujemy, nie przeszkadzamy – pani Irenka z Topiła w Puszczy Białowieskiej
– Mamy swoją religię i tradycje, ale żyjemy jak wszyscy. U mnie w domu na przykład: żona – katoliczka. Tak samo jak córka. A syn jest muzułmaninem. Każda religia chce zachować dzieci przy sobie! – przewodnik z meczetu w Kruszynianach.
– Ja to wszystkim pomagam, co za różnica, czy prawosławny czy katolik, Bóg jest jeden – szeptucha z przygranicznej wsi.

Zatrzymałam rower przy niewielkim kościółku, gdzieś na południe od Augustowa. W obejściu – pomniki przypominające o obławie z 1945 r. Weszłam do środka. Kościółek był katolicki. Z głównego ołtarza patrzył na mnie Jezus wiszący na krzyżu. Obok wyłożone ikony, świeczki można zapalić, niczym w prawosławnej cerkwi.
Bo w sumie co to za różnica?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o