Niedaleko od głównego szlaku Green Velo znajduje się kładka Śliwno-Waniewo. Jest to jedna z atrakcji turystycznych Podlasia. Poprowadzi nas ona przez rozlewisko Narwi – drewnianą ścieżką wśród traw. Po drodze, tam gdzie rzeka jest spławna, czekają na nas cztery samoobsługowe promy – pływające platformy, które samodzielnie przeciągamy od kładki do kładki. Brzmi świetnie? Też tak myślałam. Dla mnie jednak ta atrakcja turystyczna stała się walką o przetrwanie. Posłuchajcie…

O kładce Śliwno-Waniewo dowiedziałam się z folderu Green Velo. Zachwyciły mnie zdjęcia, no bo sami przyznajcie – czyż nie wygląda to zachęcająco?

źródło: http://bocian.podlaskieit.pl

W Kruszynianach spotkałam dwójkę rowerzystów, którzy kładkę mieli już za sobą. Zachęcili mnie dodatkowo, choć przestrzegali:
– Nie jedź tam sama. Są bardzo duże wysokości między platformami a kładkami, w pojedynkę będzie ci trudno przenieść rower.
No ale gdzie tam – ja nie dam rady? Od niemal miesiąca byłam w drodze, przepchałam rower przez różne miejsca, cóż to dla mnie jakaś kładka?

Przyjechałam na miejsce z Białegostoku, w godzinach porannych. Pusto, cicho, zero turystów. Świetnie, myślę, będę sam na sam z przyrodą. Pogoda była piękna, nic tylko spokojnie sobie iść, płynąć, podziwiać, fotografować. Już na wstępie widzę pierwszą pływającą platformę. Czekają mnie takie cztery.
– Ale fajnie, czemu tylko cztery? – mówię do siebie stojąc jeszcze beztrosko pod tablicą informacyjną Narwiańskiego Parku Narodowego.

Pierwsza pływająca platforma

Na pierwszy prom weszłam dość łatwo. Nie było tu tragicznej różnicy poziomów między pokładem a brzegiem, więc szybko przerzuciłam rower, wskoczyłam na kołyszącą się platformę i już mogłam płynąć. Dumna z siebie ciągnęłam za linkę, która skrzypiała przeraźliwie – nie takie to straszne, jak malowali! Pierwsza przeszkoda za mną.

Schody zaczęły się przy zejściu na kładkę – trzeba się było dobrze nagimnastykować, lecz i tym razem dałam sobie radę pocieszając się, że następne zejścia na pewno będą prostsze. Niestety, im dalej tym, gorzej. Już przy drugiej przeprawie myślałam, że zginę. Między pontonem a kładką – do pół metra różnicy! Poza tym, pływające platformy mają to do siebie, że rzadko chcą stać w miejscu czekając, aż łaskawie załaduję rower. Odpływają, a ja zostaję w rozkroku między pokładem a kładką, z ciężkimi sakwami przytroczonymi do bagażnika. Im dalej, tym większa różnica poziomów i głębsza czeluść wody pode mną. Niedozwolone przez regulamin próby unieruchomienia platformy za pomocą łańcucha do przyciągania na niewiele się zdają.

Na środku kładki, w połowie drogi, znajduje się niska wieża widokowa – rozciąga się z niej widok na rozlewiska Narwi. To znaczy, rozciąga się głównie wiosną, po roztopach. W lato zazwyczaj podziwiać możemy morze traw i szuwarów, które pokrywają wszystko dookoła tak dokładnie, że wody prawie w ogóle nie widać.

Schodzimy.

Widok z platformy widokowej

Przy wieży są także tablice informacyjne na temat lokalnej fauny, flory i… archeologii. Z narwiańskich bagien wyłowiono wiele przedmiotów związanych z XVI-wiecznym zamkiem Radziwiłłów stojącym niegdyś w Waniewie i broniącym przeprawy przez Narew.
Z platformy lustrowałam okolicę. Nic, ani jednego człowieka. Teraz nagle zapragnęłam spotkać kogoś, kto pomógłby mi przenieść rower przez pozostałe dwa promy. W kilka osób przeprawa przez kładkę musi być naprawdę fajną przygodą, a nie walką o przetrwanie.

Przy trzeciej przeprawie zgubiłam pompkę. Odpłynęła z nurtem Narwi. Przy zejściu nie dałam rady podnieść roweru, więc go położyłam i po prostu przeciągnęłam po platformie. Najgorzej jednak było przy ostatniej, czwartej przeprawie. Schodząc, utknęłam w rozkroku podtrzymując rower, a prom zaczął odpływać. Miałam dwie opcje: albo bardzo szybko nauczę się robić szpagat albo będę musiała wybrać – ja czy rower. Popatrzyłam w dół: dna nie widać.

Czasem sobie myślę, że moje życie to komediodramat. Wtedy było tak samo. Ja przeżywałam dramat, ale gdyby ktoś stał obok i patrzył, co uskuteczniam, zapewne miałby wiele powodów do radości.

Opcja ze szpagatem odpadła bardzo szybko. Ręce mi już nie wytrzymywały, czułam, że zaraz puszczę ramę mojej Rakiety. Wreszcie zdecydowałam się popchnąć rower w tył w nadziei, że ciężar sakw utrzyma go na pływającej platformie, a sama skoczyłam na kładkę. Udało się – rower nie wpadł do wody, bagażnik zakotwiczył go na pokładzie i tylko przednie koło smętnie kołysało się nad Narwią.

Spróbowałam przeciągnąć mój środek transportu na leżąco. Oczywiście, gdy przyszła kolej na tylne koło i sakwy, ponton znów odjechał, a ja w ostatniej chwili chwyciłam rower. Wisiał teraz pionowo nad lustrem wody testując, na ile mocno zamocowałam bagaże. Patrzyłam z przerażeniem na kołyszący się namiot. Boże, tylko nie wypadnij, bo będę bezdomna, myślałam gorączkowo.

Zaczęłam wciągać rower, ale sakwy zaklinowały się o stopień pomostu! Przez głowę przemknęły mi chyba wszystkie znane mi przekleństwa. Ręce odpadały. Coraz trudniej było mi utrzymać mój bicykl, zaczęłam się już powoli żegnać z całym wyposażeniem.

Powoli, nie wpadając do wody, udało mi się wciągnąć tylne koło na stopień pomostu, a potem, przeważając go ciężarem swojego ciała, kładąc się, pociągnęłam go na siebie. Kosztowało mnie to trochę zadrapań i siniaków, stłuczone tylne światło, przedni odblask i wygięty błotnik. Że o pompce nie wspomnę. Leżałam na kładce przyciskając rower do brzucha i nie mogłam przestać dyszeć. Wreszcie, gdy uwolniłam stopy spomiędzy zębatek, powoli ruszyłam do Waniewa. Wtem, na drodze stanęła mi… koza.
– Z drogi – mówię. Koza nic. – No weź zejdź – a koza uparta jak koza. Ale ja przecież dopiero co pokonałam narwiański żywioł, nie zatrzyma mnie byle zjadacz trawy. Trąciłam ją lekko przednim kołem i wreszcie łaskawie się odsunęła robiąc mi minimum miejsca.

Załadowałam się nie wpadając do wody i płynę.

Różnice w wysokości między pokładem a kładką

a koza uparta jak koza…

Na plaży w Waniewie trzech chłopaków, też rowerzystów, rozbiło obóz z ogniskiem. Nieco bliżej była kolejna wieża widokowa. Oparłam o nią rower i wspięłam się na górę. Usiadłam na schodkach. Przeżyłam. Patrzyłam na rozlewisko Narwi i cieszyłam się, że mam je już za sobą. Był piękny dzień. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko…
– Dzień dobry!
Spojrzałam w dół. Na schodkach stał jeden z chłopaków z obozowiska.
– Właśnie zagotowaliśmy wodę. Może masz ochotę na kawę?
Jak ja uwielbiam ludzi, których spotykam na drodze! Wyjęłam kubek i dosiadłam się do ogniska, relacjonując rowerzystom moją walkę o przetrwanie.
– Jak wyłowimy jakąś pompkę, to ci podrzucimy! – deklarowali na pożegnanie.

Narew za mną!

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Monika RadzikowskaAngrywaldeuszek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Angrywaldeuszek
Gość

Mamy zamiar tam się wybrać! Uwagi z relacji na pewno się przydadzą!