Szeptuchy, zamawiające, babki, uzdrowicielki. Nazw jest wiele, ale za każdym razem chodzi o to samo: o szeptanie i zaklinanie choroby. Babka wymodli ci zdrowie i szczęście, doradzi, pomoże, gdy lekarze rozłożą ręce. Pieśń przeszłości? Nie, dwudziesty pierwszy wiek!

Drzewa też bywają święte.

Do pani E., mieszkającej w małej wsi przy granicy z Białorusią, trafiłam dzięki Jehowym.
– Pani chce tej szeptuchy szukać? Naprawdę? Taka młoda, a w zabobony pani wierzy?
– To wiedźma! Pani tam nie jedzie, bo to nigdy nic nie wiadomo…
– Dwudziesty pierwszy wiek, a ta tutaj z tym zamawianiem…
Niemniej, drogę do wsi wskazali. Trzeba było jechać przez las, a potem tuż przy samych tablicach krzyczących: granica państwa, przekraczanie zabronione. Wyjeżdżając spomiędzy drzew, wpadłam prosto na strażników granicznych i miejscowego gospodarza. Pytam o panią E. Wskazują mi konkretny dom nie rozumiejąc, po co tam w ogóle idę.
– To tylko zabobon – twierdzi jeden ze strażników.
Ale zaraz potem dodaje, że nie chodził do szeptuchy, bo nigdy nic nie wiadomo. Niby więc zabobon, ale na wszelki wypadek omijać, bo trochę strach.
Pani E. nie przyjęła mnie. Kiedy usłyszała, że nie byłyśmy umówione, zirytowana od razu ucieka spod furtki do domu i z hukiem zamyka drzwi, nie zważając na moje zapewnienia, że chciałam tylko porozmawiać. Nie będzie wizyty.
Wyjeżdżając ze wsi, pomyliłam drogę i wyjechałam w zupełnie innym miejscu, niż się spodziewałam. To jedyny raz w całej mojej rowerowej podróży przez Podlasie, kiedy naprawdę się zgubiłam i nie wiedziałam ani gdzie jestem ani jak się tam znalazłam. Na dodatek przyszła burza zmuszając mnie do schowania się pod daszkiem na przystanku. Czyżby wiedźma rzuciła klątwę?

Rakieta na granicy!

Nie zniechęcam się i jadę dalej, do innej wsi, do pani A.
Zajeżdżam na pierwsze lepsze podwórko i pytam, któryto dom szeptuchy.
– Ta co zamawia? – błysk zrozumienia pojawia się w oku sąsiadki – O, tu, naprzeciwko dokładnie.
– A przyjmie mnie tak bez zapowiedzi? – pytam pomna niedawnych przygód.
– Przyjmie, to nie lekarz, że się trzeba umawiać.
– A pani chodziła?
– Jak było trzeba.
– Pomogło?
– Pomogło.
Dwie skrajności: albo zabobon i naciąganie naiwnych albo faktycznie uzdrowicielska moc pochodząca od Boga.
No więc idę sprawdzić.
Wchodzę na podwórko, opieram rower o ścianę domu i czekam. Słyszę hałasy dobiegające z szopy na drewno, po chwili wyłania się stamtąd starszy mężczyzna w gumiakach. Przedstawiam się i mówię, kogo szukam.
Czkaj, czkaj. Scias najdziom – mówi do mnie ruską gwarą. Potem znika w domu. Ja siadam na ławeczce i czekam cierpliwie. W domu rozmowa po białorusku. Po chwili w drzwiach staje pani A. Wygląda jak stereotypowa babka z przygranicznej wsi: w chuście na głowie, nogi owinięte dodatkowymi onucami, kapcie, kamizelka, w ręku kij do podpierania się. Powoli schodzi do mnie i siada na ławce. Pyta skąd i dokąd tak tym rowerem… Gdy przyznaję się, że jadę na Mazury, biadoli:
– Oj, to nie mogę dać ci chleba z makiem, bo to trzeba do domu jechać.
Nie widzę związku, więc drążę temat.
– Ale na co ten mak?
– Na wszystko! – odpowiada pani A., jakby to było oczywiste – Chleb, mak, woda, cukier. I trzy dni nie wolno się myć. A jak ty na Mazury jedziesz, to tam jeziora, rzeki, na pewno wleziesz. To trzeba do domu zabrać i tam na spokojnie brać. W podróży nielzja. Nie można. Była taka, co chciała, dałam, a potem ona pojechała do Puszczy. I krzyczała, że mak nieskuteczny.
– Czyli co, to trzeba od razu do domu?
– Tak! Z daleka jesteś? Przyjedź kiedy autobusem, specjalnie, to dam, teraz w wakacje nielzja. Pomodlić się tylko mogę. Rozumiesz mnie?
– Rozumiem – do tej pory pani A. mówiła do mnie polsko-ruską mieszanką. Gdy jednak zaczęła się modlić, przeszła na cerkiewno-słowiański. Coś tam rozumiałam, choć wymagało to ode mnie dużo skupienia.
Gospodi… – zaczęła i prosiła Boga Ojca i Matkę Świętą, aby mnie mieli w opiece – Jak masz na imię?
– Monika.
– Miejcie Mońku w opiece…
Modlitwa dobiegła końca i zaczął się test. Pani A. wskazała na chmurę unoszącą się nad stodołą i rzekła:
– Co widzisz? Składaj!
– Smoka – odpowiadam bez zastanowienia.
Niet! Toż to Pan Jezus leży!
– Nie, to smok – upieram się – Tu ma pysk, tu ogon…
– Pan Jezus leżący – licytuje się pani A. – Tu broda, tam wieniec na głowie. A tu, co widzisz? – pani A. wskazuje kolejną chmurę – Składaj!
– Drzewo.
– Też nie, przypatrz się! Pan Jezus! A tu?
Tak długo oglądałyśmy chmury, że wreszcie w dwóch z nich dostrzegłam coś, co wyglądało jak głowa. Nawet brodę na upartego można było znaleźć. Niech więc będzie, że to Jezus, myślę sobie.
– No widzisz! Broda, nos, rot, uszy…
– I co to znaczy? – pytam.
– Że dobrze, że Pan Jezus będzie cię miał w opiece. Zawsze szukaj Jego izobrażenija na niebie. Ale trzeba mieć wiarę. To wszystko zależy od waszej wiary, ja sama niewiele mogę.
– Długo pani już zamawia?
– Czterdzieści lat. Wcześniej moja matka tak samo.
– A dzieci? Przekazała pani komuś tę wiedzę?
– A tam! – pani A. irytuje się lekko na wzmiankę o swoich latoroślach – Jedno tu, do cerkwi nie chadza, drugie w Gdańsku.
– Rozjechali się?
Pani A. smutno kiwa głową. Widać nie chce o tym rozmawiać. Nikt nie przejmie “daru”.
– Do mnie różni przychodzili – zmienia temat – Jedna taka miała chorobę oczu, modliłam się za nią. Ona w Białowieży zobaczyła Chrysta, o, tak blisko, jak tu do studni. I wzrok całkiem odzyskała, okulary mi odesłała jako dowód! I jeszcze inną taką do mnie przyprowadzają, nie mówi, nie chodzi. Za nią też się dziś modliłam. Ewangelię czytałam. Już pojedyncze słowa wypowiada, ale jeszcze musi pochodzić…

– A co ksiądz mówi? – pytam. Bardzo mnie interesuje, co na to wszystko prawosławna Cerkiew i duchowni. Babki wszak całą swoją uzdrowicielską moc opierają na modlitwie. Inna sprawa, że czasem u niektórych znachorek można zamówić wyszeptanie nie tylko zdrowia, ale też nieszczęścia, które spadnie na kogoś, kto nam nie sprzyja. Niezbyt to chrześcijańskie, prawda?
Pani A. modli się jednak przede wszystkim o uzdrowienie. Uważa, że jest jedynie pośrednikiem, a leczy sam Bóg i wszystko zależy od wiary pacjenta. Na księży narzeka, szczególnie na miejscowego proboszcza.
– On się ze mną kłóci – mówi – A do mnie przecież sam biskup z Drohiczyna przyjeżdżał, chorą przywoził. To chyba biskup lepiej wie, nie?

”A, ta pani co szepcze? Niedaleko, o, w tamtej chałupie…”

Nasza rozmowa schodzi na “babkę z Orli” – chyba najsłynniejszą szeptuchę na Podlasiu. Każdy, kto choć trochę orientuje się w temacie podkreśla, że ona jest najpotężniejsza. A właściwie była – kiedy zachorowała, wyspowiadała się ze swoich praktyk (ponoć nie zawsze czystych i bożych) i całkowicie odcięła się od szeptania. A przyjeżdżali do niej ludzie z całej Polski – nawet biznesmeni i prawnicy, którzy zamawiali powodzenie i klęskę konkurencji. Samochody z różnymi rejestracjami stały na jej podwórku niemal codziennie, nowi klienci już nie mieścili się w kolejce. Pani A. ma do znachorki wielki szacunek.
Teraz babka z Orli już nie leczy. Interes przejął jej brat.
– Ale on nie ma mocy! – prycha lekceważąco pani A. – Do tego trzeba mieć dar!

Powoli się zbieram. Szeptucha zapewnia, że jeśli kiedyś wrócę specjalnie do niej, to mi da chleba, maku i cukru i wtedy będzie mi w życiu jeszcze lepiej.
– Czekaj! – zatrzymuje mnie – Powiedz, Nowa Iwiczna i Ząbki to daleko?
– Po drugiej stronie Warszawy. Nie tak daleko.
– Tam teraz cerkiew będą święcić. Idź tam i weź płótno.
– Płótno? – nie rozumiem.
– No płótno będą święcić, to też weź i tobie też poświęcą.
– Ale jakie płótno?
Pani A. wzdycha niecierpliwie. No i wydało się, że jestem katolickim ignorantem. W prawosławiu rytuał jest o wiele bardziej bogaty, pełen symboli i ukrytych znaczeń, których ja, wychowana w tradycji rzymskokatolickiej, nie rozumiem.
– W cerkwi są carskie wrota – mówi szeptucha; to drzwi w ikonostasie, to jeszcze wiem. Słucham uważnie, co będzie dalej – U was tego nie ma. Za nimi na prestole (stół ołtarzowy) leży Ewangelia, na płótnie zawsze. To będą święcić i ty ze swoim przyjdź, a potem przepasaj się dookoła ciała pod koszulą i tak chodź.

Tak mi poradziła szeptucha z podlaskiej wsi. Mój czas się skończył. Przyszły kolejne dwie “klientki”, kobiety w średnim wieku ze “sprawą”.
– Do mnie to i z Gdańska przyjeżdżają, i z Warszawy… Jeden krasnowidziec do mnie ludzi kieruje, nie wiem, skąd on… I po co? A i lekarze czasem pomagają, nie zawsze trzeba od razu do mnie. Z resztą, to wszystko nie ja, to wasza wiara…

Jechałam dalej przez wioski i lasy Podlasia próbując wszystko to ułożyć sobie w głowie. Rozmawiałam potem z wieloma ludźmi i nikt nie dał mi jednoznacznie odpowiedzi, jak to z tymi szeptuchami jest. Jedni uważali, że to tylko jeden wielki biznes i naciąganie. Inni – że pogański zabobon. Jeszcze inni – że to nie pogaństwo, ale pozostałość po żydowskich sektach. Nasłuchałam się o cudach i uzdrowieniach, ale także o mrożących krew w żyłach historiach o umierającej wiedźmie, która przeklinała cały świat i której wszyscy się bali.
– Popękały szyby w oknach, gdy oddawała ducha. Długo, długo umrzeć nie mogła, strasznie się męczyła… – opowiada mi jedna ze spotkanych zakonnic.
Wiele szeptuch działa też na zachodniej Białorusi i Ukrainie. Zjawisko pogranicza, którego nie rozdzieliły żadne granice polityczne. Im bardziej drążę temat, tym bardziej przekonuję się jednak, że nie ma jednej definicji, jednej klasyfikacji wiejskich znachorek.

Pewnego deszczowego dnia zatrzymałam się przy obwoźnym sklepie w Tyniewiczach. Od pana siedzącego w samochodzie kupiłam kawałek chleba i kiełbasy i zastanawiałam się właśnie, jak i gdzie w tym całym deszczu umościć się, aby spokojnie zjeść. Wtedy zobaczyła mnie starsza pani, stojącą na ganku swojego domu.
– Niech zachodzi – mówi – Usiądzie w cieple, zje, wysuszy się trochę, a ja herbatę zrobię.
Przyjęłam zaproszenie z wdzięcznością. Chwilę później siedziałyśmy obie w izbie, ja na drewnianym, chyboczącym się krześle, moja gospodyni na wersalce przykrytej kolorową narzutą. Na ścianie zawieszone ikony z Matką Boską. Zaczęłyśmy rozmawiać. Wreszcie odważyłam się zapytać o miejscowego uzdrowiciela.
– A pani chce do niego iść? Lepiej nie! Naciągacz i tyle! Kto to w ogóle widział, żeby w dwudziestym pierwszym wieku takie rzeczy!
Pokiwałam głową. Traktowanie “szeptania” i “zamawiania” jako zabobonu to coraz częstsza opinia, nawet wśród miejscowych. Nauka się rozwija, telewizja, Internet pędzi jak szalony, przynosi wciąż coraz to nowsze informacje…
– No chyba że babka z Orli – przerywa moje rozmyślania gospodyni – Ta to miała moc…

Część religii? Zabobon? Żydowska sekta? Któż to wie…

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
PAniAnna Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna
Gość
Anna

praktykujący katolik miał raka mózgu. Zaczął jeździć do szeptuchy. Guzy na mózgu znikły. Potem jednak przemierzał pół Polski, by co najmniej raz na dwa miesiące do niej trafić. Nawet gdy zaspy unieruchamiały autobusy, brnął piechotą przez śnieg. Kilka razy nie mógł przyjechać. Skończył samobójstwem. Miał wtedy czterdzieści kilka lat i był wolny od raka.

PAni
Gość
PAni

Fizycznie szeptuchy pomagają choremu, ale duchowo prowadzą go do ruiny.