Norwegia. Samochód zatrzymuje się na poboczu. Drzwi się otwierają, podbiegamy, kierunek się zgadza, wsiadamy. Przedstawiamy się po angielsku, mówimy skąd i gdzie jedziemy. Odpowiada nam cisza. Kierowca patrzy na nas w lusterku i nie odzywa się ani słowem.

Mężczyzna ma ciemną karnację, domyślamy się, że nie mówi po angielsku. Jedziemy w milczeniu. Z radia popłynęły dźwięki rosyjskiej muzyki.
– Mówi pan po rosyjsku? – odważam się zapytać.
– Tak! – natychmiast ożywia się nasz kierowca. Wreszcie możemy się dogadać, wreszcie jest jakaś płaszczyzna porozumienia.
Kiedy dwie godziny później, po długiej rozmowie, zatrzymujemy się w Bodo, kierowca odwraca się do nas i mówi:
– O moim życiu można nakręcić film!

Od zera do milionera

Eleganckie auta stały na ulicach Bodo. Levan i jego kolega Mamuka oglądali je wprawnym okiem, oceniając wszystkie ich parametry.
– Szykarnaja maszyna! – westchnął Levan – Eleganckie auto! Lepsze nawet niż te, co do Gruzji zaprowadzałem!

Levan pochodzi z Gruzji. Różne zawirowania rodzinne spowodowały, że pewnego dnia wyjechał do pracy do Niemiec. Zajmował się transportowaniem samochodów do Gruzji. Pracował tak przez kilka lat, aż wreszcie świat stanął na głowie – runął mur berliński, poszczególne kraje zaczęły wybierać nowe władze, rozpoczął się boom na demokrację i wolność. Levan w tym czasie stracił pracę. Przez pierwsze miesiące złotej wolności nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. W Gruzji zostały jego dzieci, którym chciał dopomóc w usamodzielnieniu się.
– Jedź do Norwegii – poradził ktoś Levanowi – Tam jest przyszłość, tam niedługo potrzeba będzie pracowników!
Levan spakował się i wyjechał na północ.
Jednak Norwegia w latach dziewięćdziesiątych nie była krajem mlekiem i miodem płynącym. Na ulicach łatwo było dostać po głowie, pracy nie było zbyt wiele, a alkohol i narkotyki były coraz bardziej powszechne. Często można było spotkać kogoś o mętnym wzroku, z butelką w ręku. Pewnego dnia w tym świecie, przed budynkiem dworca kolejowego, zjawił się Levan – z kilkoma ubraniami w podróżnej torbie, niemal pustymi kieszeniami i znajomością jedynie gruzińskiego, rosyjskiego i kilku słów po niemiecku.

Miejsce w hotelu było drogie. Za drogie. Imigrant spał więc na łodziach stojących w porcie, uciekając skoro świt, żeby żaden z właścicieli się nie zorientował. Pewnego razu, gdy jednak bezpiecznych miejsc do spania zabrakło, wydał ostatnie pieniądze na bilet kolejowy. Kupił go dopiero od konduktora w pociągu – postąpił niczym w piosence. Byle czym, nieważne dokąd, byle dalej.

I tak Levan wylądował w południowej Norwegii. Na ulicy spotkał mężczyznę, który miał akurat do przeniesienia kilka ciężkich paczek. Levan podszedł i zaoferował pomoc. Mężczyzna zgodził się. Po skończonej pracy wyjął z portfela banknot i chciał wręczyć go pomocnikowi.
– Nie chcę pieniędzy – powiedział wtedy Levan – Nie jestem żebrakiem, chciałem ci tylko pomóc.
Mężczyzna spojrzał na Gruzina. Imigrant żyjący od kilku dni na ulicy, dukający coś po niemiecku i tłumaczący wszystko na migi, musiał wyglądać niezbyt zachęcająco.
– A chcesz papierosa?
Tego Levan nie odmówił. I do dziś nie odmawia nigdy.
Obaj mężczyźni stali na rogu jakiegoś norweskiego miasteczka i w milczeniu zaciągali się dymem. Wreszcie, Norweg odezwał się:
– Mój syn ma restaurację, szuka solidnego pracownika. Może chcesz?
Levan chciał. Dostał kąt do spania, a w dzień sprzątał restaurację i pomagał przy transporcie. Wreszcie odbił się od dna na tyle, żeby zmienić pracę. Został pomocnikiem na budowie.

Levan przy pracy

Bóg mnie lubi!

– Hej! Levan! Cześć, co słychać?
Wysoki Norweg uścisnął rękę Levanowi, gdy szliśmy akurat do sklepu po farbę. Rozmawiali przez chwilę po norwesku poklepując się po plecach. Teraz nikt by w Gruzinie nie dostrzegł człowieka, który przyjechał tu ponad dwadzieścia lat temu nie znając nawet słowa w miejscowym języku.
– Pracowaliśmy razem w jednej firmie, na samym początku – wyjaśnił mi Levan po rosyjsku. Był widocznie wzruszony, widać nie widział się ze swoim kolegą od dobrych kilku lat.
– Levan! – kierownik sklepu spożywczego, do którego zajechaliśmy w drodze powrotnej, wyszedł z zaplecza, żeby się przywitać – Słuchaj, może miałbyś czas, żeby mojemu sąsiadowi pomalować dom?
Levan nawet nie zdążył odpowiedzieć, bo już dzwonił Sven, żeby się umówić na negocjacje cen remontu.
– Widzisz, mam pełne ręce roboty – mówił mi – Temu pomaluj, tamtemu wyremontuj. Wiedzą, że ja dobrze swoją robotę robię, więc wracają, polecają mnie… Żyję pracą! Bóg mnie lubi, bo i ja go lubię, nie da mi zginąć z głodu.

Wiele się zmieniło odkąd Levan zaczął pracę jako pomocnik budowlany. Był dobry. Wiele rzeczy remontowych robił sam jeszcze w Gruzji. Teraz nauczył się kolejnych i po kilku latach mógł odejść z pracy, aby założyć własną firmę. Każdy w Bodo wie, że Levan szanuje swoją pracę. Przez te wszystkie lata dał się poznać jako człowiek rzetelny, szczery i godny zaufania. Gdy przychodzi malować czyjś dom, zawsze wynoszą mu do ogrodu kawę, którą Gruzin pochłania litrami. Zawsze też zostawiają mu klucz do mieszkania w umówionym miejscu.

Dzisiaj, w sezonie, Levan nie może opędzić się od zleceń. Jeśli tylko nie pada deszcz, niemal ciągle jest w pracy. Tu maluje, tam wyburza ściany, wieczorem jeszcze podjedzie zobaczyć kolejne miejsce. W szybkości pokrywania farbą desek nie ma sobie równych. Patrzę żałośnie na swoje postępy, podczas gdy Levan już zaczyna kolejną ścianę.
– Nie śpiesz się – powtarza za każdym razem – Najważniejsze: jakość. Nigdzie się nie spieszymy, sami jesteśmy sobie szefami!
Levan rękę ma już tak wyćwiczoną, że maluje niczym maszyna. Nikt z jego pomocników nie był w stanie go prześcignąć lub choćby mu dorównać. A kiedy się przyjrzeć pomalowanym ścianom – nie można dostrzec ani jednego zacieku, ani jednej nierówności, żadna zbłąkana kropla farby nie zabrudziła przylegającej rynny. Wszystkie detale dopracowane precyzyjnie, choć w większości przypadków Levanowi nawet nie chciało się sięgać po mniejszy pędzel. Człowiek-maszyna myślę zwijając papier, którym wyściełałam chodnik pod malowanie swojej części.
Mój papier oczywiście był zapaćkany kroplami farby.

Pewnego dnia Levan zatrudnił do pomocy Łotysza Jurisa. Zaczęli malować ścianę z dwóch stron i spotkali się idealnie w połowie.
– Popatrzyłem na jego robotę, on popatrzył na moją i pokiwaliśmy głowami. Spodobało nam się. I to chyba jedyny człowiek, który pracuje jak ja.
Wszyscy inni mogą być co najwyżej pomocnikami.

“Ojciec zabraniał mi palić. Zawsze to sprawdzał, czy nie czuć ode mnie dymu. To teraz nadrabiam!”

Czasami Levan wystawia swoją przyjaźń z Bogiem na próbę. Gdy pogoda jest pod psem i nic się nie dzieje, wyciąga z portfela pięćset koron i idzie grać w bingo. Ma zasadę: jeżeli przegra, to nie gra więcej, nie dokłada, nie wystawia na próbę szczęścia. Przyjmuje do wiadomości, że to nie jego dzień i wychodzi. Ale jeśli mu się poszczęści – wówczas gra dalej i wychodzi bogatszy o kilka tysięcy koron.
Byłam z Levanem na bingo dwa razy. I dwa razy wygrał. Nie wierzę, że zdarza mu się przegrywać, a jeśli tak, to niezbyt często.
– Bóg mnie lubi! – przypomina ze śmiechem.

Życie tymczasowe

Dzisiaj Levan nie musi obawiać się o pieniądze. Mimo to, dla siebie kupuje niewiele. Jego dom w Narwiku stoi pusty; większość czasu Levan spędza w Bodo, gdzie ma najwięcej klientów.
– Sprzedaj dom Levan, kup sobie mieszkanie w Bodo! – radzą mu wszyscy.
– Tak trzeba zrobić – potakuje Gruzin i dalej rusza do pracy, a na wieczór wraca do skromnej przyczepy campingowej, która jest dla niego tymczasowym domem. Wiecznie brakuje czasu, żeby pomyśleć o czymś jeszcze.

– Levan! Co się stało z samochodem? Zepsuł się?
Jednego Levan nie może nigdy sobie odmówić: jazdy samochodem. Choćby do przejścia było zaledwie sto metrów, i tak zawsze woli podjechać. Toteż gdy zobaczyłam go na starym, rozklekotanym rowerze bez hamulców, przeżyłam szok.
– Zapomniałem o ubezpieczeniu. Wygasło. Policja zabrała mi prawo jazdy, dopóki nie załatwię nowych dokumentów.
Gdy szliśmy do centrum do sklepu, ciągle to przeżywał.
– Jak dawno nie chodziłem tyle pieszo!

Czasem można odnieść wrażenie, że sensem życia Levana jest zarobienie pieniędzy i ich… oddanie. Niemal wszystkie oszczędności wysyła swoim dzieciom w Gruzji. To co zostaje, też zazwyczaj ląduje w kieszeni kogoś bezrobotnego lub nieszczęśliwego.
Gdy pewnej kobiecie z Łotwy zmarł mąż, Levan natychmiast pomógł jej załatwić wszystkie formalności związane z przewozem ciała, nie szczędząc także pomocy finansowej. Gdy jedna wdowa nie miała pieniędzy na pomalowanie domu, Levan zrobił to za pół darmo.
– Pisała do mnie Litwina, matka dzieci, że pracy potrzebuje. No to wziąłem, przyuczyłem, dałem jej zarobić, płytki ze mną układała. Człowiek wszystkiego się może nauczyć!

Pewnego razu, gdy Levan przechodził obok dworca, zobaczył kobietę w średnim wieku. Zatrzymał się i powiedział do niej po norwesku:
– Ma pani takie dobre oczy!
Kobieta spojrzała na niego i pokiwała głową.
– I pan też. Nie ładne, nie miłe, ale właśnie: dobre.

Jak bez tego żyć?

Malowaliśmy balkon w wyjątkowo bogatym domu. Budynek był położony na wzgórzu, z widokiem na morze i góry.
– Nie myślałeś nigdy, żeby zaoszczędzić trochę pieniędzy i wrócić do Gruzji? Albo przejść już na norweską emeryturę? Tam żyłbyś jak król!
– To prawda – powiedział Levan, który o emeryturze wspomina już od roku. Planował ostatnio wrócić do ojczyzny, zamieszkać z dziećmi i wnukami, nie musieć się o nic martwić, a remonty robić tylko po rodzinie. – Ale spójrz – wskazał na słońce odbijające się w morskich falach – Popatrz, gdzie ja pracuję! Jak bez tego żyć?

”No jak bez tego żyć?”

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
SylwiaRadzi Świstak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Sylwia
Gość

Kwintesencja podróżowania – poznawanie ludzi i ich niezwykłych historii 🙂

Radzi Świstak
Gość

Dokładnie tak 🙂