Kiedy kilka lat temu wykonywałam swoje pierwsze kroki na podróżniczej ścieżce, do głowy mi nie przyszło, aby gdzieś jechać pojedynczo. Wszystkie teksty, książki i artykuły, które wychwalały swobodę i otwartość, jaką daje samotne podróżowanie uważałam za dość jednostronne. Może to się komuś podoba, ale nie dla każdego jest to recepta na szczęście, myślałam. Aż pewnego dnia postanowiłam jednak sprawdzić, jak to jest.

 

–  A gdzie twoi znajomi? Gdzie reszta?

– Nie ma. Jestem sama

– E tam, nie wierzę. Na pewno sama byś taki kawał nie jechała!

Podstawowa refleksja: mimo że wielu wielkich podróżników to samotnicy, to jednak dla ogółu społeczeństwa jest to nieakceptowalne. Kiedy już zdołałam kogoś przekonać, że tak, przejechałam sama pół Podlasia, tak, jadę sama od miesiąca, tak, sama przekroczyłam granicę i tak, śpię sama w namiocie po krzakach – to patrzyli na mnie zwykle jak na wariatkę.

Pan Stanisław, mój gospodarz z Krzyczewa, popatrzył tak na mnie, gdy siedzieliśmy przy stole nad kolejną butelką piwa. Nie wytrzymał i wyrzucił z siebie:

– I tak sama jedziesz?! I nie boisz się? Ty to porąbana jakaś jesteś!

Jakoś w naszym światopoglądzie nie jest zakodowane wędrowanie w pojedynkę. Ci, którzy to robią to szaleńcy i odludki. Przecież samemu to i smutno, i niebezpiecznie. I kiedyś myślałam tak samo. Dlatego też, gdy nie miałam z kim pojechać do Mongolii, wystosowałam ogłoszenie: “szukam towarzysza podróży!”, choć kilka lat wcześniej zarzekałam się, że nigdy, przenigdy nie wezmę na daleką wyprawę kogoś, kogo dobrze nie znam. Wyszło jednak inaczej i to też było ciekawe doświadczenie – pojechać na koniec świata z kimś, o kim wie się naprawdę niewiele. Zawsze jednak było to wsparcie: weźmie nadprogramowe żarcie, gdy ja nie dam rady go już unieść w plecaku, poczeka na szlaku, zagra w statki, tak samo będzie się martwił, czy to na pewno dobra droga, pomoże podjąć decyzję, gdzie się chować podczas burzy, wspólnie ucieknie przed namolnym Mongołem i doda kilka pomysłów na obiad z kuskusu.

Tak, podróżowanie z kimś ma niebywałe zalety. Przez te kilka lat przekonałam się jedynie, że nie lubię jeździć z dużą grupą. Im więcej osób, tym trudniej się dogadać – o której wstajemy, gdzie idziemy, co jemy. Ale gdyby tak decydować o podróży CAŁKIEM samodzielnie?

Moje pierwsze kroki w samotnym podróżowaniu były bezpieczne. Jak dziecko wystawiałam duży palec za jakąś zakazaną granicę i patrzyłam, co się stanie. Czy coś mnie ugryzie, czy mnie kopnie prąd?

Pojechałam sama w góry, innym razem nad morze. Za każdym razem szybko, spontanicznie. W góry było łatwo. Mapa, początek sezonu, otwarte schroniska, karimata i śpiwór, raz nocleg w leśniczówce. Nad morze już trudniej, zima, brak mapy, tylko luźne wskazówki, jak dojść do schroniska, które tak naprawdę schroniskiem nie jest. Wędrowanie kilka dni po okolicy przy gigantycznym wietrze, który przewracał na drogę stare lipy.

Za każdym razem jednak: dookoła nowi ludzie.

O rety, ile ludzi! Zostaję!

Wreszcie – miesięczna wyprawa rowerem przez Polskę wschodnią. Jak co roku, jeden dłuższy, wakacyjny wypad. Ciągłe pytania: z kim jedziesz? To był pierwszy rok, kiedy naprawdę nikogo nie szukałam do kompanii. Uznałam Polskę za kraj na tyle bezpieczny, że mogę sobie tutaj wypróbować, jak mi będzie samotnie przez dłuższy czas. Jakby co, zawsze szybko można wrócić.

Początek był trudny. Dopiero co wyjechałam z wykopalisk, zostawiając tam przyjaciół i znajomych ze świadomością, że przed nimi jeszcze trzy tygodnie wspólnej pracy, zabawy i tworzenia radosnej komuny. A ja właśnie w pojedynkę wjeżdżałam do lasu i kierowałam się na wschód. Było mi źle. Do przodu pchała mnie tylko pewność, że z czasem podróż mnie wciągnie i zacznę żyć innym rytmem. I tak się stało.

Gigantycznym plusem samotnego podróżowania jest fakt, że decydujemy o sobie absolutnie sami. Nie trzeba z nikim uzgadniać, czy przerwę zrobić teraz, czy za godzinę. Nikt nie musi do nikogo dostosowywać tempa marszu czy też jazdy. Pewnego razu spotkałam innego samotnego rowerzystę. Jechaliśmy razem przez pewien odcinek i była to miła odmiana. Mieliśmy te same przydrożne problemy, te same spostrzeżenia. W Gabowych Grądach, gdzie ja zajeżdżałam obejrzeć molennę staroobrzędowców, pożegnaliśmy się jednak bez żalu. Przez cały wspólny odcinek on musiał się hamować, a ja przyspieszać, tak aby się zrównać i porozmawiać. Na dłuższą metę było to męczące dla obu stron.

Przejeżdżając przez jedną z nadbużańskich wsi, spotkałam samotnego wędrowca. Miał sfatygowane buty pokryte pyłem drogi i plecak, z którego wystawała karimata. Absolutnie mój klimat – od początku do końca. Podjechałam bliżej i zagadnęłam go. Piechur wędrował przez pół Polski, a do domu zamierzał wrócić kajakiem, choć nigdy jeszcze żadnym nie płynął.

– Ale jestem sam, to sobie poradzę. Nikt mi nie marudzi, nikt mnie nie spowalnia. Wolność!

…i nikt mi nie marudzi, że już trzy godziny jeździmy po lesie. Mogę sobie błądzić, ile chcę!

Często po podróży słyszałam pytanie, czy nie brakowało mi kogoś, z kim mogłabym się dzielić swoimi przeżyciami. Komuś, kto nigdy nie próbował samotnego wyjazdu nie sposób wytłumaczyć, że tak naprawdę on wcale nie jest samotny! Przeciwnie – jazda w pojedynkę bardziej otwiera na ludzi spotykanych po drodze. Jadąc przez Podlasie czy chodząc po Bieszczadach miałam o wiele więcej śmiałości, żeby do kogoś podejść i zagadać. Wędrując przez góry, w schroniskach i na szlakach spotkałam mnóstwo ludzi, z którymi spędzałam wieczory na rozmowach i śpiewaniu piosenek turystycznych. Poznałam mnóstwo historii – sołtys z Osłonina opowiedział mi o swoim życiu, pewien potłuczony życiowo człowiek dał mi kilka rad biznesowych, prawosławna zakonnica powtórzyła mi przerażające opowieści o wiedźmach, które przekazał jej ojciec, a pewnego razu przypadkowo zjadłam pierogi razem z Anną Czerwińską. Gdybym teraz chciała opisać wszystkie interesujące postacie, które spotkałam po drodze, nie dobrnęlibyście do końca tego wpisu.

Grupa w podróży się przydaje. Zawsze to bezpieczniej. Ale jednocześnie w świadomości innych ludzi, których się spotyka, funkcjonuje przekonanie, że grupa sobie poradzi. Są razem. Jeśli miejscowi mają komuś pomóc, prędzej pomogą dziwakowi, który idzie w pojedynkę, bo wiadomo, że nie może on liczyć na nikogo innego. Grupa bardzo często zamyka się w swoim kręgu. I nawet jeśli deklarujemy, że jesteśmy otwarci (bo wszystkie moje grupy zawsze starały się takie być), to jednak wszelkie decyzje podejmuje się wspólnie. Czy skorzystać z zaproszenia i iść na miejscową imprezę? Czy pójść z nimi do lokalnej knajpy? Nawet jeśli zaproszenie jest skierowane do jednej osoby, wypada przecież zabrać swoich współtowarzyszy podróży. Nie ma w tym oczywiście nic złego. Przeciwnie – solidarność i poczucie wspólnoty, jakie wypracowuje się podczas takiej podróży są piękne i wartościowe. Od razu też można przekonać się, kto jest jakim człowiekiem. Polowe warunki obnażają wszystkie ludzkie słabości. Jeśli chcesz kogoś dobrze poznać, weź go w podróż. Najlepiej, niskobudżetową.

Samotne wyprawy są innym doświadczeniem. Wszystko przeżywamy sami i bardziej integrujemy się z miejscowymi, co również ma niesłychaną wartość. Jest jeszcze jedna zaleta: nie jesteśmy przez miesiąc skazani na jednego człowieka. Nawet jeżeli poznamy kogoś w drodze i przez jakiś czas będziemy podróżować wspólnie – zawsze można się odłączyć, podjąć samodzielną, nie wiążącą decyzję. Jeśli mamy ochotę na towarzystwo – znajdujemy je. Jeżeli chcemy się wyciszyć i pobyć z własnymi myślami – nikt nas nie trzyma.

Wreszcie: bezpieczeństwo. Oczywiście, wszystko zależy od rejonu świata, w który się wybieramy. Samotna dziewczyna podróżująca przez kraje arabskie wiele ryzykuje (choć znam takie, które to robią i mówią, że spokojnie dają radę), ale wiele innych krajów, łącznie z naszą Polską, wcale nie jest tak przerażających. Wszystko jest kwestią rozsądku i odpowiedniego zachowania. Unikania niepotrzebnego ryzyka. Jeśli przekroczysz granicę szaleństwa, to nawet kolega obok cię nie uratuje. Podstawowe zasady bezpieczeństwa obowiązują tak samo w podróżowaniu w grupie, jak i w pojedynkę.

No dobra, a jeśli zdarzy się awaria? Popsuje mi się rower? Odpadnie ramiączko od plecaka?

Jeśli tylko nie wędrujesz przez bezludną pustynię, to zawsze znajdziesz jakichś ludzi. A oni ci pomogą. Tym bardziej, jeśli będziesz sam. Miejscowi widzą, że nie masz żadnej alternatywy. Ludzie to nie są hieny czatujące na twoje chwile słabości. Nie bój się prosić o pomoc.

Pewnego razu poszła mi dętka. Przy wymianie okazało się, że sprawa jest poważniejsza: miałam zniszczoną oponę, z której zaczęły już wyłazić druty. Byłam na obrzeżach jakiejś mazowieckiej wsi, jeszcze właściwie na początku podróży, i nie wiedziałam, co robić. Wzięłam dziurawą oponę i poszłam do pierwszego z brzegu gospodarza. Ten, nie komentując zbyt wiele, pojechał ze mną do sklepu, gdzie mogłam kupić nową oponę, a potem pomógł mi ją zamontować. Sprawdził wszystko dwa razy upewniając się, czy aby wszystko jest w porządku.

Cudowna perspektywa, myślicie pewnie. Nic, tylko się przełamać i jechać w pojedynkę! Czyżby nie było wad?

Niestety, są. Tak samo jak w podróżowaniu grupowym, tutaj również znajdą się słabe strony.

Błogosławieństwo w postaci braku ludzi, z którymi podróżujemy, staje się przekleństwem w momencie, gdy po ciemku trzeba rozbić namiot w krzakach. I nie chodzi tu wcale o możliwość napadu. Nie. Wystarczy nieco praktyki i spokojnie można znaleźć bezpieczne miejsce. Mimo to, zawsze może się zdarzyć… CHROBOTANIE.

Chrobotanie przybiera różne formy. Kroków. Plusku kaczek w pobliskim kanale. Szumu traw. Tupania biedronek. Wszystkie odgłosy natury, które za dnia są przyjemne i sielskie, w nocy wydają się zapowiedzią zabójstwa. I w takiej właśnie chwili przydaje się ktoś, kto na słowa ”to na pewno tylko wiatr” zacząłby gorliwie przytakiwać. Choćby nie wiem jak bezpieczne było nasze miejsce na nocleg, zdarzają się noce, gdy przyroda robi sobie  żarty i rozdmuchuje wszystkie irracjonalne lęki w naszych głowach. Nic, tylko założyć sobie śpiwór na głowę i czekać do rana.

Tak dobrze zakamuflowałam namiot, że sama ledwo co go znalazłam.

Poza tym wieczór jest zwykle taką porą, gdy człowiek rozkłada swój dom z tropiku i pałąków, robi sobie coś do jedzenia i… no właśnie. Najchętniej by z kimś porozmawiał. Czasami zdarzały się na szczęście noclegi z nowymi znajomymi poznanymi na drodze. Kilka wieczorów spędzonych w pojedynkę było jednak dla mnie zwyczajnie smutnych, bo nie było nawet komu powiedzieć, że boli mnie noga albo z kim omówić trasy na następny dzień. Wszystko działa jednak w dwie strony. Pomyślcie o swoich podróżach grupowych i zastanówcie się, czy nie mieliście choć raz ochoty zostawić swojego towarzysza i spędzić kilku godzin w samotności.

Czasem człowiek tak bardzo potrzebuje rozmowy, że zaczyna gadać z krowami…

Podróżowanie w pojedynkę to świetna sprawa. Otwiera na świat i ludzi, wrzuca nas w nowe sytuacje, gdzie wszystko zależy tylko i wyłącznie od nas. Czasem bywają chwile trudne – jednak zdarzają się w każdej podróży. Ja osobiście nie wiem, czy wytrzymałabym w pojedynkę dłużej niż miesiąc. Może przyjdzie czas, aby to sprawdzić? Obie opcje są ciekawe, mają plusy i minusy. Którą wybrać – to już kwestia indywidualna. Ja mam zamiar nimi żonglować 🙂 Podróżowanie w pojedynkę uważam za swoje nowe odkrycie i na pewno go nie zarzucę. Polecam spróbować każdemu z was.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o