Im bliżej Mińska, tym mniej śniegu. Wielkie miasto zawsze generuje więcej ciepła. Coraz więcej jednak przy drogach bilboardów informujących o nadchodzących, lutowych wyborach. Napisy są dwujęzyczne: raz po białorusku, raz po rosyjsku.

– Wybory teraz u was? To już prezydenckie? – pytam Jewgienija, mojego kierowcę, który zabrał mnie ze słuckiej wylotówki.

– Nie, to lokalne. Łukaszenkę będziemy wybierać dopiero w 2020.

*

Śmiech przez łzy. Chyba tak najtrafniej można nazwać to, co dzieje się na Białorusi.

Siedzę właśnie w pociągu do Szczecina. Za oknem migają lasy i pojedyncze domy, jesteśmy gdzieś w Wielkopolsce. Wertuję mój dziennik podróżny od prawej do lewej i od lewej do prawej, czytam po raz nie wiem już który zapisy skrupulatnie notowanych rozmów. Mało w tych notatkach zabytków, więcej ludzi.

Tak więc jadę do Szczecina i myślę o Białorusi. Po raz pierwszy od dawna, naprawdę nie wiem od czego zacząć. Czy od historii? Czy może od tego, co jest na odwrocie białoruskich monet i dlaczego? Czy od wymierającego języka? Czy od sierpa i młota na kamieniu pod śniegiem?

Może zacznę więc od początku. Mojego początku.

wybory na Białorusi

Wybory już tuż-tuż… Plakaty w dwóch językach, żeby każdy na pewno zrozumiał, nawet ci dziwni opozycjoniści mówiący po białorusku.

Czy kochasz mamę?

Jadąc od granicy do Grodna, natknąć się można na billboard wyglądający jak szkolna tablica. Proste, staranne pismo dziecka, które dopiero co poznało litery, głosi: mama = mowa. Mowa w języku białoruskim to dosłownie język, którym się posługujemy, język ojczysty. Pod spodem, pod równaniem, prowokujące pytanie: Liubisz mamu? Czy kochasz mamę? Cała ta reklama to część kampanii środowisk patriotycznych, które starają się zachować swój język i kulturę. Niestety, nie jest to proste.

– Jak jest „dzień dobry” po białorusku?

Starsza pani wzrusza ramionami.

– Nie wiem i chyba nigdy nie wiedziałam. U nas zawsze mówiło się po rosyjsku.

Młode pokolenie nie ma wzorców mowy w domu. Swój język ojczysty poznają w szkole, tak jak się poznaje angielski, hiszpański lub niemiecki. Białoruski stał się reliktem, którego wypada nauczać, ale do którego nikt za bardzo nie przywiązuje wagi. Dwie godziny lekcyjne w tygodniu wystarczają, żeby odhaczyć niewygodny obowiązek. Jeśli rodzice nie wykształcą w dziecku świadomości narodowej, szkoła tego nie zrobi.

W Baranowiczach nocuję u Wiktora i Leny, rodziców Żeni, Ani i Katii. Dwie najstarsze dziewczynki chodzą już do szkoły i rozwijają się także na zajęciach pozalekcyjnych. Zdolności i pasji nie można im odmówić. Żenia, z którą spędzam najwięcej czasu, pokazuje mi swoje książki do języka białoruskiego i aby pochwalić się, jak pilną jest uczennicą, czyta szybko skomplikowane rymowanki.

– Jeśli czegoś nie zrozumiesz to mów, będę tłumaczyć! – zapewnia ośmiolatka.

Żenia wie, że jest Białorusinką i że pierwszym językiem jej narodu powinien być wobec tego białoruski. Nie rozumie, dlaczego nauczanie wszystkich pozostałych przedmiotów odbywa się po rosyjsku. Nauczyciele mówią do uczniów po białorusku… na przerwach.

– Każą nam się na przykład przygotować do lekcji matematyki, a jak zadzwoni dzwonek to o mnożeniu i dzieleniu mówią już po rosyjsku.

Zarówno białoruski jak i rosyjski są językami oficjalnymi. Wybór, którym posługiwać się na co dzień, jest indywidualną kwestią każdej osoby. W domu Wiktora i Leny na półkach stoją liczne książki dla dzieci – połowa po rosyjsku, połowa po białorusku. Żenia twierdzi, że w przyszłości chciałaby bardziej posługiwać się ojczystym językiem swojego kraju. Imponuje mi dojrzałość tego dziecka. Kiedy prezentuje mi swoje zdolności oratorskie, wygłaszając z pamięci białoruską czytankę, mówię ze śmiechem:

– Żenia, może jak dorośniesz, to będziesz pracować w radio!

– Nie – odpowiada poważnie dziewczynka – Będę nauczycielką w klasach wczesnoszkolnych.

*

Na Białorusi obecnie jest tylko piętnaście procent szkół typowo białoruskich, gdzie nauczanie odbywa się w języku narodowym. Dziś większości dorosłych ludzi zwyczajnie łatwiej jest mówić po rosyjsku – na ulicy, w domu, w sklepie. Kiedy białoruski zaczął znikać i dlaczego?

Kontakt do pana Lavona dostałam przez pana Marka, który ma zakaz wjazdu na Białoruś i do Rosji, z którym z kolei skontaktował mnie mój kolega, który kiedyś miał kontakty z… Nieważne, łańcuszek jest długi. Dość, że doprowadził nas do spotkania w jednej z mińskich kawiarni.

Pan Lavon mówi płynnie po białorusku i polsku – jego nazwisko sugeruje, że ma korzenie po naszej stronie Bugu. W opozycji jest właściwie od początku swojego politycznego życia.

– Białorusini uczą się białoruskiego w szkole, ale go nie potrafią – twierdzi – na nic cała gramatyka i zasady pisowni, jeśli się języka nie używa. Będą potrafili coś przeczytać, ale przeprowadzić rozmowę już jest trudniej.

Obecna sytuacja jest bezpośrednim wynikiem komunistycznej rusyfikacji. W Polsce nie udało się zdusić języka, podobnie na Litwie, gdzie miejscowi przywódcy, mimo że pod zwierzchnictwem Rosji, postawili sobie za cel zachowanie litewskiej kultury. Białoruś nie miała tyle szczęścia do polityków. Kiedy do kraju przyjechał Chruszczow i usłyszał przemówienia, których nie zrozumiał, uderzył pięścią w stół i oświadczył, że im szybciej miejscowi nauczą się rosyjskiego, tym prędzej wszyscy razem zbudują komunizm. Władze się przestraszyły. Od tej pory ten, kto mówił po białorusku, uznawany był za wroga partii. Dziś także to głównie opozycja używa rodzimego języka. Rusyfikacja zebrała wielkie żniwo; pokolenie wychowane przez rosyjski system edukacji nie miało możliwości nauczenia swoich dzieci innego języka.

Gdzie można usłyszeć jeszcze białoruski? Głównie na wsi, na terenach przygranicznych, jednak rzadko jest to język czysty. Jak w każdym kraju, także i tutaj mnóstwo jest gwar i dialektów, łącznie z dominującą na obszarach wiejskich trasianką, czyli mieszanką zbudowaną na bazie białoruskiej wymowy i gramatyki oraz rosyjskiego słownictwa. Obecnie wieś wymiera, młode pokolenie ucieka do miasta, gdzie bardzo szybko przechodzi na rosyjski, choć w ich wersji ciągle pobrzmiewają białoruskie dźwięki, h w miejscu g i charakterystyczne końcówki  i przywodzące na myśl konotacje z litewskim.

Najjaskrawszych przykładem trudności z pozbyciem się trasianki jest… sam Aleksander Łukaszenka. Dorastający na wsi, bez ojca, często był obiektem drwin i  żartów swoich kolegów. Kiedy dorósł, zrozumiał, że najkrótsza droga do władzy i prestiżu wiedzie przez komunistyczną partię. Ale żeby zrobić w niej karierę, wypadało znać rosyjski. Łukaszenka, jak się okazało, nie miał zdolności językowych i nauka przychodziła mu z trudem. Ponoć dzisiaj, nawet w oficjalnych wypowiedziach, można czasami wychwycić charakterystyczną nutę trasianki, manierę językową, której, mimo usilnych starań, prezydentowi wychowanemu na prowincji nie udało się do końca pozbyć.

Kiedy łapałam stopa i wsiadałam do kolejnych samochodów, kamazów i tirów, starałam się witać z kierowcami po białorusku. Trzy miesiące nauki tego języka przed wyjazdem nie uczyniły ze mnie eksperta, ale pomyślałam, że zawsze to miło podziękować komuś za podwiezienie w jego ojczystej mowie. Prowokowałam różne rozmowy, pytałam o białoruskie słowa. Zawsze jednak spotykałam się z tą samą odpowiedzią:

– My już sami prawie zapomnieliśmy, jak się mówi po białorusku!

”Kto by dzisiaj mówił po białorusku?”

Czyli dla języka nie ma już nadziei? Pan Lavon twierdzi, że jak najbardziej jest.

– Jesteśmy w  lepszej sytuacji niż Irlandczycy lub Żydzi, którzy musieli właściwie uczyć się swojego języka od nowa. U nas ciągle są tacy, którzy go używają. Są całe grupy młodzieży, które może polityką się nie interesują, ale chcą zachować swoją kulturę, tłumaczą książki, dubbingują filmy… I uczą się języka! My wydajemy czasopisma, organizujemy konferencje na temat kultury i historii. Ostatnia nawet doczekała się pozytywnej opinii władz. Ale mimo to, sali na kolejną edycję już nie dostaliśmy… No to spotkaliśmy się w kawiarni, i tak było nas bardzo dużo.

Dziś na Białorusi oficjalnie obowiązują dwa języki. Przed wojną było ich aż cztery: białoruski, polski, jidysz i dopiero na końcu rosyjski. Rosjanie mieli w Mińsku tylko dwie szkoły, o kilka mniej niż Polacy i Żydzi i o kilkanaście mniej niż sami Białorusini, gospodarze kraju. Wojna zniszczyła wiele, komunizm jeszcze więcej. Co to w ogóle znaczy „być Białorusinem”? Gdzie szukać tożsamości?

Sięgnijmy do historii.

Kwintesencja pogranicza

Abstrahując od wszelkiej polityki, lewicy, prawicy, narodowców i modnych ostatnio, kompletnie oderwanych od nauki „turbolechitów” doszukujących się początków Polski przed starożytnym Rzymem, my, Polacy nie mamy problemu z tożsamością narodową. Nasza historia liczy ponad tysiąc lat i niezależnie od oceny przeszłości, zawsze możemy się odwołać do symboli-gigantów. Mamy Mieszka, mamy Grunwald i Matkę Boską Częstochowską, co swym płaszczem osłoniła Jasną Górę. Mamy wiktorię wiedeńską, pierwszą europejską Konstytucję i przedmurze chrześcijaństwa, sto dwadzieścia trzy lata męczeństwa, Piłsudskiego i bohaterskie zatrzymanie bolszewickiej nawałnicy. Mamy powstanie warszawskie, Solidarność i Jana Pawła II. Historia, legendy i mity narodowe kształtują każdy naród i trudno bez nich budować tożsamość. Potrzebny jest bohater, choćby był i kontrowersyjny, dlatego Gruzini zbudowali muzeum Stalina, a Ukraińcy często powołują się na Stiepana Banderę; co bardziej świadomi sięgają głębiej i wyciągają na światło dzienne Chmielnickiego i Daniela Halickiego, swojego pierwszego króla, patrząc na nasz Chełm niemniej tęsknie niż my patrzymy na ich Lwów. Białoruś jednak ma problem z symbolami. Głównie dlatego, że historia nie zna tworu, który można by jednoznacznie nazwać państwem białoruskim. Do rangi symbolu narodowego pretenduje Franciszek Skaryna, który w 1517 roku wydał pierwszą książkę po białorusku. Czy jednak łatwo było w XVI wieku oddzielić białoruski od ruskiego i czy sam Skaryna miał świadomość, że staje się ojcem literatury narodu, który nie do końca się jeszcze wykrystalizował?

Opozycja walczyła o oficjalne obchody, tak samo jak o nazwanie nazwiskiem pisarza lotniska w Mińsku. Wszystko to zostało bez echa, a nazwę „Skaryna” dostał pociąg TLK, wożący Białorusinów na zakupy do Polski przez granicę w Terespolu.

Gdzie szukać symboli? Do czego się odnieść? Może do Radziwiłłów? Czy fakt, że mieli swoje siedziby na terenie obecnej Białorusi czyni z nich miejscową szlachtę? Dokumenty przez nich wystawione, prezentowane na wystawach w zamkach w Mirze i Nieświeżu, sporządzone są jednak zawsze po polsku, a samych korzeni wielkich magnatów doszukiwać się można na Litwie. Po przeglądzie zabytków w mińskim muzeum można odnieść wrażenie, że znajdujemy się po prostu na odwiecznym pograniczu.

– Tak, zawsze byliśmy pograniczem – mówi pan Lavon – I to jest specyfika naszej kultury. Mamy wspólne rocznice zwycięstw: Grunwald, bitwa nad Orszą, gdzie pokonaliśmy Moskwę i gdzie narodziło się nasze wojsko. Byliśmy częścią innych państw, ale z oddzielną kulturą.

Kiedy sięgniemy do archeologii, także zobaczmy, ze Białoruś to kraj wiecznego pogranicza. Tutaj Bałtowie spotkali się ze Słowianami, od wschodu sąsiadując z Finami. Wszystkie te ludy i kultury wpływały na siebie nawzajem, tworząc charakterystyczną, regionalną mieszankę. Zdaniem mojego rozmówcy,  najbardziej sztuczna z granic, które postawiono po wojnie, to ta między Białorusią a Litwą. W przeszłości oba narody mieszkały obok siebie, dogadywały się w razie potrzeby bez problemu. Oba języki mają ponoć wiele wspólnych słów i wyrażeń o takim samym źródle. Tereny Białorusi przez długi czas historycznie podlegały pod Wielkie Księstwo Litewskie. To nasze ziemie były tym krajem, twierdzą Białorusini, obecna Litwa ze stolicą w Wilnie nie ma z tym dziedzictwem zbyt wiele wspólnego, to nasza historia!

Podczas I wojny światowej, gdy wielkie mocarstwa Europy skoczyły sobie do gardeł, a w Rosji wybuchła rewolucja, narody przebywające pod zaborami dostrzegły swoją szansę wywalczenia niepodległego państwa. W 1918 roku ogłoszono powstanie Republiki Białoruś. Pierwsza okazja w historii! Mało kto jednak wie, że początkowo, właśnie z uwagi na historię i tradycję, rozważano odbudowanie… Wielkiego Księstwa Litewskiego! Trwały rozmowy z władzami w Wilnie, znalazł się nawet kandydat na króla! Ostatecznie Litwini odrzucili propozycję. Powód? Bali się, że ich niewielki naród zwyczajnie zniknie w słowiańskim morzu. Nie byłby to pierwszy taki przypadek w dziejach świata. Można rzec, że Słowianie słynęli z tego, że niezależnie od zależności politycznej, potrafili skutecznie wchłonąć przejawy innych kultur, wykorzystując swoją liczebność i skłonność do ekspansji. Tak zniknęli pra-Bułgarzy, którzy obecnie są uznawani za naród słowiański, tak też zanikają powoli języki syberyjskich autochtonów, którzy coraz częściej posługują się wyłącznie rosyjskim.

Pozytywnym bohaterem w historii Białorusi jest także Józef Piłsudski, który sam, podczas wizyty w Mińsku, przemawiał po białorusku. Wolny kraj, stanowiący bufor między Polską a Rosją był mu bardzo na rękę.

Zakazana historia

Okres wolnej Białorusi nie był długi. Zaczął się wielkim powstaniem w Słucku i organizowaniem struktur państwowych w Mińsku. Powstała flaga i godło, nawiązujące do tradycji Wielkiego Księstwa – Pogoń, jeździec na czerwonym polu.

– Białoruska Pogoń ma koński ogon uniesiony do góry, podczas gdy nasza, historyczna, w dół. To dwa zupełnie różne symbole, nie można ich łączyć! – zastrzega przewodniczka na zamku w Trokach, podkreślając na każdym kroku niezależność Litwy i Litwinów. Można pomyśleć, że cały czas toczą batalię o oddzielnie swojej kultury od słowiańskiej spuścizny.

Wolna  Białoruś upadła, symbole narodowe przetrwały aż do 1994 roku, kiedy to Łukaszenka poddał pod referendum propozycję ich zmiany. Rada Najwyższa, z której zasiadał między innymi pan Lavon, zaprotestowała argumentując, że prawo zakazuje organizowania w takich sprawach referendum.

– Wiesz, mnie naprawdę ten herb niewiele obchodzi – rzekł mu wówczas prosto w oczy prezydent – Ale to zarządzenie z Moskwy. Pogoń musi zniknąć.

Chwilę później do sejmu weszło wojsko i spacyfikowało opornych.

Referendum się odbyło, jak zawsze frekwencja była powyżej średniej. Niemal jednogłośnie zgodzono się na zmianę symboli narodowych. Dziś w herbie Białorusi zobaczymy jej konturowy obrys, wieniec i czerwoną gwiazdę. Porządna, radziecka symbolika. Gazety, radio i telewizja ogłaszały na prawo i lewo, że Pogoń to symbol faszystowski, a przywódcy wolnej Białorusi podczas II wojny światowej współpracowali z hitlerowcami.

Dziś rycerza na koniu gnającego po czerwonym polu przyozdobionej koroną tarczy kupić można na koszulce, w sklepach z odzieżą patriotyczną, prowadzonych przez opozycyjną młodzież. Posiadanie starego symbolu nie jest zakazane, choć nigdy nie odwołano zapisu o jego faszystowskim znaczeniu. Obnoszenie się z nim w miejscu publicznym jest nielegalne. Pogoń na koszulce lub naszywce na plecaku za każdym razem zwróci uwagę dyżurnego milicjanta i w najlepszym przypadku skończy się mandatem, choć znane są przypadki, gdy za propagowanie zakazanych symboli ludzie trafiali do więzienia.

Dziś tylko opozycja świętuje rocznicę powstania wolnej Białorusi. Wyjeżdżają wówczas do Słucka i oficjalnie nikt im tego nie zakazuje, ale za każdym razem dzieją się dziwne przypadki. A to jakiś autokar nie dojedzie, a to w niewyjaśnionych okolicznościami zniknie świeżo postawiony krzyż upamiętniający walki z 1918 roku.

Ogólnopaństwowe świętowanie odbywa się dopiero w rocznicę wyzwolenia Mińska przez Armię Czerwoną. Dzień ten nazwany został świętem niepodległości. Na Placu Zwycięstwa stanęły obeliski z gwiazdami.

plac zwycięstwa

Plac Zwycięstwa w Mińsku

Nie chciało mi się wierzyć, że w Słucku nie ma śladu po tak wielkim wydarzeniu. Co w ogóle myślą na ten temat miejscowi, gdy widzą delegacje z Mińska? Postanowiłam pojechać i sprawdzić. Pod cerkwią, zaczepiłam starszą panią.

– A ja to się na historii nie znam – mówi – Pomnik naszej kniahini Anastazji pani widziała? O, a tam było grodzisko! A ta wojna, ja tam nie wiem, nie urodziłam się tu, może w muzeum pani powiedzą coś więcej.

Kolejne dwie rozmowy i – mimo naprawdę szczerych chęci moich rozmówców – dwie porażki. Pomyślałam, że gdyby po prostu zbyły mnie jakimś szorstkim słowem, to chyba byłoby to lepsze. Ot, nie chcą rozmawiać, bo to polityka, a ja jestem obca, rozpytuję nie wiadomo po co, może ja jestem z rządu albo z Moskwy? Albo to znowu Unia coś tu chce zamieszać? Ale nie, wszystkie moje rozmówczynie chętnie opowiadały o sobie i o mieście, wypytywały o moją podróż, a o powstaniu słuckim zwyczajnie nic nie wiedziały. Propaganda Łukaszenki i przemilczenie faktów odniosły zamierzony skutek.

Powędrowałam więc do Manufaktury Słuckich Pasów, gdzie znajduje się mini-muzuem. Pani w kasie, będąca zarazem przewodniczką, szatniarką i żywą reklamą suwenirów nabrała do mnie zaufania, gdy pochwaliłam ich ekspozycję. Wyszła ze mną na ulicę i pokazała, gdzie iść.

– Na końcu tej ulicy jest pomnik – powiedziała – I tak mi się wydaje, że on ma coś wspólnego z tą wojną. Niech pani idzie tam, prosto.

Zostawiłam więc za sobą centrum z wielkim pomnikiem Lenina stojącym standardowo przed ratuszem i powędrowałam cichą uliczką. Wreszcie dostrzegłam sporych rozmiarów kamień z wymalowanym napisem Viecznaja sława gierojam. Jest, pomyślałam, coś jednak jest, ktoś jednak pamięta, nawet jakieś kwiaty są i wygasłe znicze…

Im bliżej jednak podchodziłam, tym wyraźniej widziałam coś jeszcze: w oczy bił czerwony kontur gwiazdy, a w niej… sierp i młot. Nie rozumiałam. Pod spodem nazwiska, część nawet brzmiąca nieco po polsku. Jak to połączyć, jak ułożyć te puzzle? Dokoła żywego ducha, nie ma kogo zapytać. Wreszcie, pod śniegiem, dostrzegam zarys tablicy. Może tam znajdę odpowiedź. Ręką odgarniam śnieg i czytam: Tu pochowano 15 czerwonych słuckich partyzantów, którzy zginęli za Ojczyznę w czasie Obywatelskiej Wojny oraz Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

W Słucku jest też ulica 15 partyzantów. Kim byli? To wierni idei bolszewicy, którzy walczyli z ukrycia z Polakami, kiedy ci zajęli miasto podczas wojny o niepodległość. Polacy ich rozstrzelali, a niedługo potem sami musieli uciekać przed rosyjską nawałnicą. W całym tym zamieszaniu nikt nawet nie wspomniał o wolnej Białorusi, a nowa, czerwona władza, zobaczyła w partyzantach świetny symbol. Postawiono pomnik, raz w roku jakaś mała uroczystość i fundusz na kwiaty.

Propaganda to straszne i niebezpieczne narzędzie. Wracając do centrum, zaczepiam idącego z naprzeciwka mężczyznę w czapce-uszance. Udając nic niewiedzącą turystkę pytam go, czyj to pomnik.

– Wojna – wzrusza ramionami i odchodzi. Jest mróz, w domu pewnie czeka na niego żona z gorącą zupą. Kto by tam rozmyślał o historii.

słuck

Pomnik w Słucku upamiętniający ”czerwonych partyzantów”

Wyśmiać to, co trudne

Słuck jest obecny w białoruskich podręcznikach historii. Temat rewolucji i powstania niepodległego państwa nie jest jednak rozwijany.

– Jedno miasto to za mało – twierdzą młodzi Białorusini, z którymi spotkałam się w ramach couchsurfingowej integracji w Mińsku. Mając utrudniony wjazd na Zachód, więcej kontaktów mają z Rosją, która w ich oczach jest synonimem wielkich możliwości. Nie są w nią jednak ślepo zapatrzeni, widzą jej ograniczenia, chętnie dyskutują o historii i polityce, krytycznie patrzą na Unię Europejską, a także na swojego prezydenta. Przeciętnego przedstawiciela młodego pokolenia na Białorusi cechuje sceptycyzm, ironia i brak złudzeń. Nie wierzą, że Moskwa kiedykolwiek zostawi w spokoju ich kraj i godzą się z tym, żyjąc swoim życiem i krytykując z boku scenę polityczną. Są w tym podobni do nas. Choć wiadomo, że nigdy nie wyjdą na ulice w otwartym buncie. Niektórzy próbowali. I jak to się skończyło?

– Wojsko na ulicach – wspomina Vlad, kierowca ciężarówki, który zabrał mnie gdzieś pod Baranowiczami – Pobili, rozpędzili. Tutaj nikt się nie będzie więcej wychylał, żaden protest nie ma sensu. Łukaszenka rozbudowuje tylko aparat kontroli. Sprawdza wszystko, co się da! Na to idzie mnóstwo pieniędzy. I potem wszystkie te organy kontroli będą nas pałować. Nieważne, czy jesteś facetem czy staruszką, każdego tak samo. Włącz sobie na youtubie i popatrz, jak u nas wygląda gadanie z władzą.

Oprócz środowisk opozycyjnych i tych walczących o zachowanie kultury, w dużych ośrodkach mało kto też mówi po białorusku.

– U nas na uczelni język wykładowy zależy od prowadzącego zajęcia. Sami studenci raczej mówią po rosyjsku. Jest grupa takich, którzy walczą o powszechne używanie białoruskiego, ale ja i moi znajomi raczej się do nich nie zaliczamy – mówi Ksjusza, studentka historii. Odnoszę wrażenie, że jest jej właściwie wszystko jedno, w jakim języku się porozumiewa. Rosyjski jest wygodny, bo mówi nim cały wschodni świat. Dogada się z Armeńczykiem, Gruzinem, Kazachem czy wreszcie Rosjaninem.

– Jak ktoś się odezwie w autobusie po białorusku, to ludzie dziwnie na niego patrzą – dodaje Alosza. Choć paradoksalnie białoruski można spotkać właśnie na dworach i usłyszeć w zapowiedziach poszczególnych przystanków.

Wielka polityka rozgrywa się gdzieś na górze, a tu na dole jako jedyne narzędzie obrony zostaje sarkazm i ironia. Ktoś utworzył na twitterze fikcyjne konto synowi Łukaszenki. Rzekomy młody Mikałaj komentuje na bieżąco decyzje swojego słynnego ojca, zwykle w sposób absurdalny, przynoszący mu setki fanów pragnących się pośmiać.

W Białorusi modny jest też dowcip o Trampie, Putinie i Łukaszence, którzy muszą ochrzcić statek. Dyskutują, który z nich powinien dostąpić tego zaszczytu. Każdy zachwala swój kraj i wreszcie białoruski przywódca wychodzi z propozycją głosowania. Podczas liczenia głosów, odzywa się Tramp:

– Sasza, jak to jest: ja się wstrzymałem, Wladimir się wstrzymał, a ty i tak dostałeś cztery głosy.

Wszyscy wybuchamy śmiechem. Bo i co innego pozostało? Z knajpy wychodzimy wszyscy razem i w padającym śniegu zmierzamy w stronę metra. Mijamy ulicę Niezależności. I już widzę, że miejscowa władza też potrafi być ironiczna.

Przy ulicy Niezależności, z kamiennym wyrazem twarzy, wpatruje się w dal umieszczona na cokole postać Feliksa Dzierżyńskiego.

”My zdobyliśmy świat – my go obronimy!”. Mimo białoruskich barw narodowych, jest to przekaz raczej z Moskwy niż z samodzielnego Mińska.

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Monika RadzikowskaTomasz Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Tomasz
Gość

Język białoruski wydaje się być mało znany w tym kraju. Spotkałem naprawdę niewiele osób, które znały tę mowę. Głównie nastawionych narodowo lub zaangażowanych w jakiś projekt z tym językiem związany. Większość posługuje się rosyjskim, zwłaszcza w dużych miastach.