Nie ma się co czarować, Białoruś nie jest popularną, turystyczną destynacją. Jeśli pragniemy wschodniej egzotyki, prędzej wybierzemy wielokulturową Rosję lub Ukrainę, budzącą w ostatnich latach wiele emocji. Jednak w ostatnim czasie, z uwagi na coraz szersze otwieranie granic dla turystów sama Białoruś zdaje się wołać: Hej! Jesteśmy! I też mamy coś do zaoferowania! Faktycznie, w dużych miejscowościach rośnie liczba hosteli, oferujących niewysoką cenę i wygodne łóżko w wieloosobowych pokojach dla plecakowych podróżnych. Zatrzymajcie się u nas, tu nie gorzej niż w Europie, mówią. Do tej pory większość przyjezdnych stanowili Rosjanie, teraz ma się to zmienić. Po co jechać na Białoruś? Na jakie atrakcje może liczyć turysta? Jak się sprawnie przemieszczać po kraju? Czytajcie poniżej.

Brzeski latarnik i grodzieńskie zamki

Najwięcej na otwarciu granic skorzystali (i korzystają nadal!) mieszkańcy Grodna i Brześcia. Jako przygraniczne miejscowości, są największymi atrakcjami bezwizowej strefy. Grodno to bardzo przyjemne miasto, z niewielkim, zadbanym Starym Miastem, dwoma zamkami oraz najstarszą świątynią na ziemi białoruskiej (fotorelację z Grodna możesz obejrzeć tutaj). Można zarówno miło spędzić czas spacerując jak i zwiedzając historyczne atrakcje turystyczne.

Przemierzając  natomiast Brześć, miasto z ponad tysiącletnią historią, odniosłam wrażenie, że Białorusini mają bzika na punkcie tworzenia coraz to bardziej wymyślnych latarni. Na wiele interesujących dzieł tej sztuki użytkowej można się natknąć już w Grodnie, lecz Brześć bije je na głowę do tego stopnia, że doczekał się nawet całej ulicy – Alei Latarni. Każda z nich jest wkomponowana w rzeźbę. I tak, znajdziemy tu pucybuta, ażurową damę, ulicznego handlarza, a także parasol porwany przez wiatr i maszynę do szycia. Wyobraźnia artystów nie znała granic.

W Brześciu znaleźć można kilka muzeów, lecz jego niewątpliwie największą atrakcją jest twierdza. Obecnie zrujnowana, ma ostrzegać przed okrucieństwem wojny. Ostatni raz została zdobyta przez Niemców podczas II wojny światowej, po długich walkach. Umocnienia twierdzy brzeskiej broniły dostępu na wschód.

Ciekawostką jest też to, co się dzieje w Brześciu codziennie o zachodzie słońca. Na skrzyżowaniu ul. Sowieckiej, stanowiącej główny, turystyczny deptak miasta, z ulicą Maszerowa, pojawia się wtedy latarnik w tradycyjnym stroju. Dźwiga ciężką, metalową drabinę i zapala po kolei naftowe latarnie. Na ulicy z głośników słychać wówczas melodię What a wonderful world. Kiedy skończy pracę, zapalają się wówczas pozostałe, elektryczne latarnie miasta.

brzeski latarnik

Latarnik każdego dnia o zmroku zapala brzeskie latarnie

Średniowieczny zabytek 

Jeśli wybieracie się do Brześcia w ramach bezwizowego wjazdu, w Waszym bezpośrednim zasięgu będzie również Kamieniec, dokąd można dojechać za niecałe 3 ruble białoruskie (ok. 5 zł). Są to tereny, które już od średniowiecza przechodziły z rąk do rąk – od książąt mazowieckich po władców Litwy. W XIII wieku, książę wołyński Włodzimierz Wasilkowicz wybudował tam ceglaną wieżę, która była podstawowym punktem obronnym drewnianego grodu. Spełniła swoją rolę – dwukrotnie była bezskutecznie oblegana przez krzyżaków. Ostatecznie jednak zniszczyła ją wojną polsko-moskiewska w XVII w. Odbudowano ja w 1903 r. i obecnie pełni rolę muzeum. Na jej poszczególnych kondygnacjach znajdziemy mapy, makiety, rekonstrukcje zbroi i zabytki opowiadające o historii Kamieńca.

Ciekawostką jest fakt, że zabytek nazywany jest niekiedy Białą Wieżą. Jedni twierdzą, że to od sąsiedztwa pobliskiej Białowieży. Prawda jest jednak taka, że podczas odbudowy wieży, historycy doszukali się informacji, że pierwotnie miała ona białą barwę, więc podjęto decyzje o jej pomalowaniu. Widok ten prawdopodobnie bardzo mocno zakorzenił się w świadomości miejscowych i nie zmieniło go nawet kolejne pokolenie historyków, którzy, pukając się w głowę i biadoląc nad lekkomyślnością swoich poprzedników, udowodnili, że biel jest niezgodna z faktami. Gdyby wieża faktycznie była biała, ułatwiałoby to wrogom podczas ostrzału znalezienie punktów, które osłabiły pierwsze pociski. Farbę nakazano więc usunąć i dziś Biała Wieża znów jest czerwona.

Ruiny

Jadąc dalej na zachód, dotrzeć można do miejscowości Różany. Już z daleka widać wieże kościoła, obok kopuły cerkwi… A po drugiej stronie miasta straszą ruiny grożące zawaleniem. Co to? To jeden z największych zabytków Różan – dawny pałac Sapiehów.

Pałac związany jest głównie z osobą Lwa Sapiehy, hetmana Wielkiego Księstwa Litewskiego. W wieku XVIII, po poprzednim zniszczeniu, dwór doczekał się odbudowy w stylu klasycystycznym. Ponoć gościł w nim sam Stanisław August. W jednym ze skrzydeł pałacu działał nawet teatr – Sapiehowie byli ludźmi swojej epoki! Budynek nawet dziś, w stanie kompletnej ruiny, robi ogromne wrażenie.

różany sapieha

Tylko tyle zostało ze wspaniałego pałacu Sapiehów

Historia pałacu kończy się jak wiele innych historii dworów polsko-litewskich magnatów – Rosjanie skonfiskowali go podczas powstania listopadowego i przeznaczyli na fabrykę włókienniczą. Ostatecznie dwór padł w 1914 r. w wyniku spalenia. W 1930 państwo polskie podjęło próbę jego odbudowy – zakończoną powtórnym zniszczeniem zabytku w 1944 r. Dziś w neoklasycystycznej bramie znajduje się niewielkie muzeum, a same ruiny, opatrzone tabliczką: Uwaga! Niebezpieczeństwo! zostały miejscem zabaw miejscowych dzieci lub spacerów zakochanych par szukających nieco romantyzmu.

Pętla mickiewiczowska

Tak jak trudno jest odwiedzić Ostrą Bramę w Wilnie bez recytowania w głowie inwokacji z Pana Tadeusza (przynajmniej mi), tak na Białorusi trudno jest nie odwiedzić miejsc związanych z naszym narodowym wieszczem. Na drodze z Baranowicz do Nowogródka znajdziemy przynajmniej dwa ważne dla niego miejsca: Zaosie i jezioro Świteź. W Zaosiu Adam Mickiewcz prawdopodobnie się urodził. Pod koniec minionego stulecia zrekonstruowano nawet dwór, w którym miała mieszkać jego rodzina. Miejscowi opowiadają, że w okolicy jest sporo śladów po wieszczu Adamie – dwory jego przyjaciół, które odwiedzał, tablice o tym informujące, obeliski. Poeta jest bardzo dobrze znany i ceniony, można odnieść wrażenie, że – obok Wielkiego Księcia Mendoga – jest postacią eksportową Grodzieńszczyzny.

Tereny w okolicach Nowogródka są dość pofalowane jak na Białoruś (choć gdy kierowcy mówili o tym “góry” miałam ochotę odpowiedzieć, że chyba nigdy w życiu góry nie widzieli). I znów w głowie włącza się wstęp z naszej epopei narodowej, o pagórkach leśnych i łąkach zielonych (choć ja widziałam je akurat, gdy były przykryte śniegiem).

Nie sposób nie zatrzymać się przynajmniej na chwilę nad jeziorem Świteź. Mickiewicz nie miał do niego daleko i nic dziwnego, że to właśnie przyroda jego rodzinnych stron była dla niego podstawową inspiracją. Na brzegu dojrzeć możemy dwa kamienie, na których wymalowano fragmenty właśnie mickiewiczowskiej Świtezi – na jednym w wersji polskiej, na drugim – w białoruskiej. W balladzie kryje się legenda związana z jeziorem: dawno, dawno temu na tym miejscu miało się wznosić wspaniałe miasto. Jednakże pewnego dna wszyscy mężczyźni wyruszyli na wojnę z Rusinami, z której już nie wrócili. W mieście, gdzie zostały same kobiety i dzieci wybuchła panika – wrogowie byli już u bram. Wtedy to miał wydarzyć się cud: ziemia otworzyła się i schowała w sobie wszystkie domy, cerkwie i ludzi. Na miejscu, gdzie przed chwilą było miasto, powstało jezioro. Kiedy Rusini przybyli na miejsce, zobaczyli piękne kwiaty rosnące na jego brzegu. Opętani dziwnym szaleństwem, zaczęli je zrywać, ten i ów nawet uplótł sobie z nich wianek. Ale Świteź zemściła się straszliwie – kto sięgnął po kwiat, zaraz padał bez ducha na ziemię.

Dziś nad Świtezią spotkać można rybaków. Podobno tylko miejscowi wiedzą, którego dnia ryby będą brały, a kiedy w ogóle nie opłaca się zarzucać wędki, bo za nic nie dadzą się złowić. Może coś jednak pozostało z czaru jeziora?

A może to po prostu jakaś zwykła, rybia fanaberia.

świteź

Rybałka na Świtezi – wywiercanie przerębli

Gdy zostawimy już za sobą tajemnicze jezioro i ruszymy na północ, dojedziemy do kulminacyjnego punktu mickiewiczowskiej wycieczki: do Nowogródka – miasta Mendoga, który podobno miał tu przyjąć chrzest i koronować się na króla Litwy. W samym centrum, w dworku rodziny Mickiewiczów, znajduje się muzeum poświęcone poecie. Znajdują się tu pamiątki po nim, jedne z pierwszych wydań jego dzieł, a także niewielka ekspozycja etnograficzna. W miasteczku znajdziemy też pomnik wieszcza oraz ruiny zamku z XIV wieku, niczym żywcem wyjęte z romantycznego poematu. I znów, mimo śniegu dokoła, w głowie widzę te pola posrebrzane żytem i dzięcielinę, co panieńskim rumieńcem pała.

Nowogródek

Zamek nowogródzki

Jadąc do Nowogródka od zachodu, można zboczyć także do prawosławnego klasztoru w Żyrowiczach i zobaczyć wiekowe cerkwie. Ponoć założono go w XV, kiedy to – jak w klasycznych ortodoksyjnych legendach – w cudowny sposób objawiła się w tym miejscu ikona Matki Boskiej Żyrowickiej.

Wielkie zamki: Mir i Nieśwież

Białorusini są niesłychanie dumni ze swoich zamków: szczególnie jeśli chodzi o Mir i Nieśwież, ikony Radziwiłłów. Pierwszy z nich nosi jeszcze znamiona stylu gotyckiego oraz renesansowego. Można się przyczepić do sposobu rekonstrukcji po licznych historycznych przebudowach i zniszczeniach, co nie zmienia faktu, że muzeum wewnątrz murów przyciąga naprawdę wielu turystów. Są sale, które prezentują dzieje zamku i jego właścicieli, bardzo dobrze też zaznaczono historyczne, oryginalne fragmenty ścian budowli. Wnętrza są naprawdę pięknie zaaranżowane, od sal balowych po piwnice, gdzie mamy rekonstrukcję zamkowej kuchni (!) oraz wielkie beczki, które pokazują, jak składowano wino. Gdyby usunąć kilka gablot i linki hamujące nadgorliwych turystów można by od razu wprowadzić tam jakiegoś XVI-wiecznego władcę.

mirski zamek

Zamek w Mirze wygląda trochę jak z bajki

zamek w mirze

Piwniczki Radziwiłłów

Jednak w mojej osobistej hierarchii zdecydowanie wygrywa zamek w Nieświeżu. Jego początki sięgają również wieku XV, lecz liczne przebudowy nadały mu mocno mieszany charakter – znajdziemy tu i renesans, i barok, i klasycyzm, i cechy współczesnego budownictwa. Niestety, mimo protestów, podczas odbudowy i przystosowywania budynku do funkcji muzeum, wyburzono część zabudowań, żeby postawić nowe, lepsze, zrekonstruowane.

Sam pierwotny zamek związany jest z osobą Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła, zwanego “Sierotką”. Same wnętrza – zachwycają. Mamy tu do czynienia z rezydencją iście królewską, a muzealnikom udało się wspaniale oddać klimat epoki i splendor jednego z największych rodów Wielkiego Księstwa. Można odwiedzić pokoje jadalne, gościnne, salon myśliwski, sypialnie, kaplicę, zbrojownię… A także zobaczyć wystawę naprawdę świetnych replik maszyn teatralnych, które były używane na przedstawieniach, do których scenariusze pisała Franciszka Urszula Radziwiłł, uznawana za twórczynię pierwszego teatru na ziemiach białoruskich. I tak, możemy zobaczyć kopię całej sceny i kulis, sprawdzić, jak uzyskiwano szum deszczu, dźwięk wiatru lub imitację morskich fal. Dodatkowo, ja trafiłam na przemiłą panią strażniczkę, która na pytanie “a co to?” nie tylko wytłumaczyła, ale i pokazała mechanizm działania teatralnych maszyn. Świetne są też opisy zabytków na ekspozycji – także w języku angielskim, co nie jest regułą w białoruskich muzeach.

Wyobraźnię podsycają dodatkowo legendy o podziemnych przejścia i fortyfikacje rozlokowane wokół zamku. No i jeszcze Czarna Dama – czyli duch Barbary Radziwiłłówny, straszący ponoć na zamku. Pomyślałam sobie, że gdybym miała pracować w jakimś muzeum na Białorusi, nosiłabym CV do Nieświeża aż do skutku.

nieśwież

Nieśwież wita!

Całość rezydencji-twierdzy otacza rozległy zespół parkowy – jeden z czterech, jakie możemy znaleźć w Nieświeżu.

Do obu zamków za wstęp zapłacimy w przeliczeniu od kilkunastu do ok. 25 zł – zależnie od biletu. Białoruskie muzea honorują polskie legitymacje studenckie i muzealnicze.

Cerkiew budowana przez anioły

Połock to jedno ze starszych miast Białorusi. Ruskie latopisy wymieniają je już od IX wieku, a większość Polaków kojarzy miasto z wielką kampanią wojenną Stefana Batorego (jeśli w ogóle). Można tam obejrzeć Stare Miasto i…

– Przecież tam nic nie ma! – mój nowy białoruski znajomy nie wyrażał się zbyt entuzjastycznie o Połocku. Że jakaś cerkiew, co ją anioły zbudowały? Że jakaś święta prawosławna? Eee tam, pusto, nudno, dworzec i kilka cerkwi, jak wszędzie, zostań lepiej w Mińsku.

Fakt, że jechanie do Połocka średnio było mi na rękę. Droga ułożyła się tak, że nie bardzo był po drodze. Ale wiedziałam, że w przyszłości może nie być już okazji, więc teraz albo nigdy.

Zostawiłam za sobą historyczne centrum, bo nie dla niego tu przyjechałam. Ruszyłam nierównym chodnikiem w kierunku wylotówki z miasta, a potem skręciłam w prawo, w ulicę Świętej Eufrozyny. Ulica nazywa się tak nieprzypadkowo, bo prowadzi właśnie do niej.

Święta Eufrozyna Połocka żyła w XII wieku. Wbrew woli ojca, księcia, nie wyszła bogato za mąż, lecz chciała swoje życie poświęcić Bogu. W wieku dwunastu lat zamieszkała w małym pokoiku przy soborze Sofijskim. Pewnej nocy, we śnie, nawiedził ją anioł. Rozkazał, aby w miejscu małego, drewnianego domku stojącego nieopodal, wybudowała kamienną cerkiew. I tak się stało. Budowla powstała podobno w trzydzieści tygodni. Święta Eufrozyna miała jednak niebiańskie wsparcie – według legendy, cerkiew pomagali budować aniołowie.

Dziś, na terenie znajdującego się tu żeńskiego monastyru, stoją dwie świątynie: pierwsza, gigantyczna, od razu rzucająca się w oczy, zawiera w sobie bezcenną dla wiernych trumnę z relikwiami świętej. Kiedy weszłam do środka, akurat odbywały się przy niej modlitwy. Dziesiątki woskowych, dopiero co zapalonych świeczek, płonęło przy ikonach i śpiącej wiecznym snem Eufrozynie. Świątynia jest naprawdę okazała, choć nie jest to jej miejsce. Wzniesiono ją dopiero w XIX wieku. Żeby dotrzeć do tego właściwego miejsca, trzeba wyjść i skierować swoje kroki do mniejszej cerkwi, skromniejszej, skrywającej się jakby w cieniu głównej budowli. Mimo licznych przebudów, w środku można zobaczyć to, na co patrzyła święta, gdy szczęśliwa, wreszcie mogła otworzyć przybytek dla wiernych. Ze ścian patrzą na nas średniowieczne freski. I to nic, że historia przykryła je tynkiem, i teraz trzeba je odskrobać. Nic, że są w mocno sfatygowanym stanie. Nic, że wokół stoją rusztowania – znak, że nadeszły dla nich lepsze czasy, pod znakiem konserwacji. Znad wejścia na wchodzącego patrzą anioły, pewnie te same, które tę cerkiew wzniosły. Zwieńczeniem dzieła był złoty krzyż, wysadzany drogocennymi kamieniami, zamówiony przez Eufrozynę. Jego losy są burzliwe – przenoszony, wywożony, powracał jednak wielokrotnie do cerkwi, zawsze na miejsce. Pochłonęła go dopiero zawierucha II wojny światowej – jak wiele innych świętości, które do tego momentu przez wieki trwały na swoich miejscach.

Święta Eufrozyna wyjątkowa jest jeszcze z jednego powodu: zapragnęła odbyć pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Mimo złego stanu zdrowia, przeszkód i niewygód, wyruszyła w podróż. Nie ma pewności, czy dotarła do Jordanu, jak tego pragnęła. Umarła w drodze, pod Jerozolimą. Jej ciało w 1910 roku powróciło jednak do Połocka, ku radości wiernych.

Wielka cerkiew stanowiąca centrum monastyru, kryjąca w sobie trumnę świętej. Z tyłu, niepozorna, mała świątynia, wybudowana przez Eufrozynę według polecenia anioła.

Słucka manufaktura

Czy pamiętacie z lekcji historii, jak wyglądał strój szlachcica? Charakterystycznym elementem był m.in. szeroki, jedwabny pas, zdobiony złotymi nićmi. Ich głównym wykonawcą była manufaktura w Słucku, której właścicielami byli Radziwiłłowie. W warsztacie pracowali głównie mężczyźni. Sekret tkania pasów był ściśle strzeżony i tylko po kilku latach można było go w pełni zgłębić. Dość powiedzieć, że do dziś nie mamy stuprocentowej pewności, jak je wykonywano. Za jeden pas można było nabyć całkiem pokaźny majątek ziemski. Każdy pas miał dwie strony z różnymi wzorami. Te ciemne noszono na co dzień, jasne – od święta. Manufaktura przestała działać po rozbiorach Polski. Dzisiaj jednak wznowiła swoją pracę, choć już na nowoczesnych maszynach. Pasy nadal są drogie, a głównymi klientami są nie Polacy, ale… Turcy.

pasy słuckie

Radziwiłłowie – dawni właściciele prestiżowej manufaktury. Fragment ekspozycji.

Manufaktura wznowiła swe działanie dzięki bezpośredniemu nakazowi Aleksandra Łukaszenki, który podkreślił tradycję wykonywania słuckich pasów jako część białoruskiego dziedzictwa. Oprócz wytwarzania jedwabnych produktów, można także zwiedzić niewielką wystawę opowiadającą o historii tkactwa w Słucku i zahaczającą także o ludowe krajki. Można zdecydować się na przewodnika albo na wersję audio – wówczas z głośników puszczany jest lektor opowiadający o eksponatach. Od niedawna jest nawet dostępna wersja polska!

Końcowym etapem zwiedzania jest spacer wzdłuż szklanej szyby, za którą odbywa się produkcja na maszynach przypominających mechaniczne krosna. Obok – wielkie szpule złotej nici, dalej kolejne ustrojstwa. I tylko gdzieś tam w tle jakaś pani w błękitnym fartuchu, niczym ostatnia strażniczka tradycji, wprawną ręką zmienia co chwila czółenka z wątkiem, które w ogromną prędkością przelatują pomiędzy nitkami osnowy na starym krośnie.

Po wyjściu z manufaktury warto przejść się po mieście. Znajdziemy tu niewielką, uroczą cerkiewkę, a nieopodal grodzisko, na którym obecnie usytuowano urzędowe budynki. Tu stał gród kniahini Anastazji, która obroniła Słuck przed najazdem Tatarów.

Cerkiew w Słucku

Mińsk: mała Anty-Moskwa 

Ponoć Mińsk założył czarownik imieniem Mianesk, który postawił tu młyn i mełł mąkę z kamienia. Historycy natomiast pierwszy raz przeczytali o tym mieście w kontekście bitwy nad Niemigą, gdzie starli się książęta ruscy. Dziś Niemigi to jedna z głównych ulic białoruskiej stolicy.

Patrząc na mapę, Mińsk jawił mi się jako miniaturowa rosyjska stolica. Ot, największe miasto kraju, otoczone dookolną obwodnicą MKAD, zamykającą główną część miasta niczym pierścień. Pewnie brzydkie, szare miasto z ludźmi wypranymi z uśmiechu myślałam jadąc w jego kierunku. Ciągnęły mnie tam jednak sprawy formalne, a poza tym stwierdziłam, że warto zobaczyć, co tak z góry krytykuję, żeby móc potem krytykować jeszcze bardziej. Tymczasem jednak Mińsk krytyce się nie poddał. Zauroczył, podobnie jak zamek w Nieświeżu wprawił w zachwyt a Słuck pozostawił przyjazne wrażenia. Białoruska stolica stała się dla mnie miastem, do którego mam ochotę powrócić. A nie ma ich zbyt dużo.

– Co powinnam zobaczyć w Mińsku? – zapytałam chłopaka poznanego w hostelu, stałego bywalca i wielkiego fana tego miasta. On wzruszył tylko ramionami i odparł, że jemu wystarczy po prostu tu być.

Co warto zobaczyć w Mińsku?

W Mińsku trzeba po prostu wybrać się na spacer. Przejść się ulicami odbudowanego Starego Miasta (Mińsk, podobnie jak Warszawa, był zniszczony podczas II wojny światowej). Zatrzymać się na Zybickiej, uznawanej za najstarszą część stolicy i posłuchać ulicznych muzyków. Popatrzyć na zamarzniętą Świsłocz. Posłuchać cerkiewnych dzwonów. Wejść na małą wysepkę na rzece, gdzie znajduje się mauzoleum poległych żołnierzy. Zadumać się nad pomnikami i fontannami w parku Janki Kupały. Mińsk ma zaskakująco sporo zielonych miejsc.

Jeśli lubicie historię, warto odwiedzić Muzeum Historyczne przy ul. Marksa. Standardowy przekrój przez dzieje państwa (albo raczej: terenów obecnego państwa) urozmaicają okulary, w których można obejrzeć rekonstrukcję zamku w Krewie w technologii VR 360 (mnie się spodobało; warto uważać, żeby podczas obracania się na wszystkie strony nie walnąć w gablotę). Ekspozycję urozmaica także wystawa etnograficzna, choć miejscami brakuje informacji, co to za święto jest pokazywane w filmie na ekranie.

Ten, kto przylatuje tylko do Mińska i nie ma zbyt wiele czasu na zwiedzanie reszty kraju, powinien też odwiedzić wystawę “Białoruś mini” w podziemiach domu kultury. Prezentuje ona makiety najważniejszych budynków kraju – zamków, pałaców, klasztorów, bibliotek… Warto wziąć przewodnika – ja zwiedzałam wystawę razem z Saszą, który sprzedał mi mnóstwo ciekawostek nie tylko o historii Białorusi, ale także szczegółów technicznych odnośnie samych modeli.

Miłośnicy zwierząt znajdą w Mińsku nawet muzeum… kota! Natomiast wielbiciele historycznych ciekawostek mogą skorzystać z oferty spacerów z przewodnikiem w ramach free walking tour.

Ciekawym obiektem jest też nowy budynek biblioteki, który wieczorami mieni się wieloma kolorami. Za trzy ruble można wjechać na dach wielkiej bryły i obejrzeć panoramę Mińska. Nade wszystko jednak warto przejść się wieczorem po uliczkach Górnego Miasta – z dala od zgiełku Zybickiej. Aż żal wyjeżdżać.

mińsk

Mińsk – Wierchni Gorod, czyli Górne Miasto.

Nad Świtezią po zmroku

Pod ratuszem

Mińska biblioteka w nocy mieni się kolorami i… reklamami!

Czym i za ile?

Białoruś to ciekawy kraj, który ma wiele do zaoferowania turyście. Coraz szerzej otwierające się granice, coraz więcej ofert w języku angielskim, restaurowane zamki i zadbane miasta, to niewątpliwy plus. Ponadto, nie jest także przesadnie drogo. To prawda, że Białorusini uprawiają zakupo-turystykę i przyjeżdżają do Polski, gdzie zaopatrują się w tańsze produkty, lecz podróżni nie powinni narzekać ani dramatyzować. Można zjeść obiad w knajpie w cenie wcale nie wyższej niż w naszym kraju, podobnie jak w sklepie spożywczym można się zaopatrzyć na śniadanie i nie przekroczyć przesadnie budżetu.

W dużych miastach funkcjonują hotele, na zasadach ogólnoświatowych. Jeśli szukamy czegoś tańszego, mamy do wyboru coraz bogatszą ofertę hosteli. Ceny za łóżko w pokoju wieloosobowym w najtańszych opcjach wahają się od 12 do 25 rubli białoruskich (1 BYN = ok. 1,70 PLN; stan na luty 2018 r.), czyli mniej więcej porównywalnie do oferty polskiej. Standardowo, trzeba się przygotować, że w Mińsku zapłacimy więcej niż w Brześciu. Ja w białoruskiej stolicy trafiłam do hostelu Trinity, gdzie za łóżko w pokoju 6-osobowym zapłaciłam 20 rubli i z ręką na sercu mogę go polecić.

W większych miastach działa również couchsurfing, który jest doskonałą okazją do poznania miejscowych. Ja trafiłam do naprawdę serdecznych ludzi. Jeśli szukacie noclegu w ten sposób, zacznijcie jednak odpowiednio wcześniej. Z moich doświadczeń wynika, że couchsurfing np. w Polsce działa jednak nieco lepiej niż na Białorusi. Jest całkiem sporo martwych kont i osób, które logują się raz na długie miesiące. Nie każdy też jest w stanie zaoferować miejsce do spania, ale jeśli chcecie się z kimś spotkać, porozmawiać i pozwiedzać, nie powinno to stanowić problemu.

W sytuacjach awaryjnych, szczególnie w małych miejscowościach, zawsze można zapukać do jakiegoś domu z zapytaniem o kawałek podłogi:) Zazwyczaj zostaniemy przygarnięci i ugoszczeni. Odpłatność za taką usługę zależy od umowy między gościem a przypadkowym gospodarzem. Ja zazwyczaj, jako inicjujący całą niespodziewaną sytuację, proponowałam niewielką opłatę – raz została on przyjęta, innym razem zbyta machnięciem ręki, gdy gospodyni ulokowała mnie w swoim nieczynnym aktualnie pensjonacie.

Dość tani jest również transport – jeśli kupujemy bilet na autobus lub pociąg wcześniej, uda nam się dodatkowo zaoszczędzić. Ja z marszrutek korzystałam dwukrotnie – z Mińska do Połocka (ponad 200 km) oraz z Mińska do Słucka (ok. 100 km). Za każdym razem był to koszt kilku lub kilkunastu rubli. Tańsze od polskich są również bilety komunikacji miejskiej.

Przez większość trasy poruszałam się jednak autostopem, który na Białorusi działa bardzo dobrze. Miejscowi bardzo często sami korzystają z tego sposobu, zwłaszcza, gdy nie ma akurat autobusu.

Cóż jeszcze mogę Wam powiedzieć? Opisałam powyżej moje doświadczenia, ciągle jeszcze skromne. Białoruś jednak pokazała mi się z tak dobrej strony, że prawdopodobnie tam wrócę i mam nadzieję, że niniejszy wpis będzie sukcesywnie rozbudowywany. Ruszajcie na Wschód!

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Monika RadzikowskaTomasz Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Tomasz
Gość

Udało Ci się zebrać najfajniejsze, ale i też nie jedyne pozytywne aspekty wyjazdu na Białoruś. To wciąż kraj o słabej bazie turystycznej zwłaszcza na wsi, w małych miasteczkach. Owszem jak się tam trafi to ludzie potrafią być pomocni i życzliwi, ale poza dużymi miastami jest wiele ciekawych punktów do odwiedzenia, a dojazd tam i baza noclegowa pozostawia wiele do życzenia.