Dlaczego Białoruś? – zapytał mnie Wiktor, gdy siedzieliśmy przy stole w jego mieszkaniu w Baranowiczach, dzień przed moim odjazdem do Mińska – Przecież masz całą Europę, Schengen, nikt cię nawet o paszport nie zapyta. Berlin, Paryż, Rzym, Madryt – na wyciągnięcie ręki! Dlaczego przyjechałaś tutaj? Nie odpowiedziałam od razu. Bo pytanie Wiktora można rozszerzyć: dlaczego w ogóle Wschód i to ten rosyjskojęzyczny? Po co stoję w kolejce pod ambasadą, płacę za wizę, legitymuję się policji i jadę do krajów, w których mój wyjazd może być zależny od widzimisię urzędnika?

Wczoraj zarezerwowałam hostel we Lwowie. Jadę z mamą – odrzuciłam plany wyjazdu do zachodnich stolic i powiedziałam jej, żeby zaczęła wyrabiać paszport, bo jedziemy na wschód. Majówkę też planuję na Ukrainie – namiot przygotowany. Cały czas szukam tanich lotów, aby wykorzystać 5-dniowy, bezwizowy wjazd do Mińska, a potem złapać stopa i przyjrzeć się jeszcze rzeczom, którym nie zdążyłam się przyjrzeć ostatnim razem. No i jeszcze lato – patrzę w stronę Syberii i zastanawiam się, na jak długo, którędy, jaki region, jak załatwić wizę…

Po pytaniu Wiktora zaczęłam się naprawdę mocno zastanawiać, co właściwie tak bardzo gna mnie w tamtym kierunku. Czy nie mam ochoty zobaczyć Barcelony albo przespacerować się w słońcu jakąś rajską plażą (bo leżeć zbyt długo nie dam rady)? Pewnie, że mam. Czasem marzę sobie o Kanadzie i o Stanach, o Wielkim Kanionie i Yellowstone, w myślach snuję też plany drogi do Santiago de Compostela, ba, coraz bardziej interesuje mnie Izrael i Malta! Ostatnio gdzieś na granicy marzeń zamajaczyła też Kambodża (to wszystko wina M., który pokazał mi swoje zdjęcia) i świt w zagubionej wiosce w Tajlandii (to też jego wina). Wschód to pojęcie szerokie, ale dla mnie kierunkiem głównym w tej materii pozostają kraje rosyjskojęzyczne. Sama Rosja jest gigantycznym tematem do zgłębienia. Nie mówiąc już o tzw. Stanach Wschodnich – szczególnie Kirgistan, Uzbekistan i Kazachstan siedzą mi w głowie. W najbliższym czasie prędzej wyląduję w Astanie niż w Madrycie.

Czy chodzi o język? Rosyjski zawsze był mi bliższy, prostszy. Łatwiej mi się w nim porozumieć niż w angielskim. Łatwiej mi się go też uczyć, bo rosyjska kultura i źródłosłowy są dla mnie ciekawsze niż te angielskie. Kiedyś próbowałam analogicznie wniknąć w łacinę – nie udało się. Rosyjski zaczął jednak wciągać.

No dobra – ale wciąga zawsze z jakiegoś powodu. Szukałam go. I wydaje mi się, że trudno go nazwać. Jest po prostu coś takiego w ludziach tam mieszkających, że kiedy się ich pozna, chce się bez przerwy wracać. Słynna wschodnia gościnność? Może, choć i na zachodzie znajdą się miejsca, gdzie jej nie brakuje. Mentalność? Słowiańskie korzenie? Właściwie każdy z tych narodów ma swoje charakterystyczne cechy, które nie są wcale powtarzalne, a ponadto w przypadku Buriatów lub Gruzinów, trudno doszukiwać się słowiańskiego źródła.

Tym, co nas łączy, jest wspólna historia, szczególnie ta z czasów Związku Radzieckiego. Nikt nie miał wtedy łatwo – łącznie z Rosjanami. Ilu ludzi, tyle ocen – niektórzy dziś za nim tęsknią. Każdego na wschodzie jednak w jakimś stopniu to dotyczyło. Może nawet należałoby sięgnąć głębiej – do bolszewickiej rewolucji i I wojny światowej, która przyniosła walki i wysiedlenia. Kulturowa mozaika zróżnicowała się jeszcze bardziej. Może warto sięgnąć też do wieku XIX – kiedy to nie Polska, ale Królestwo Polskie, było częścią wielkiego wschodniego imperium, a nas samych było tak dużo w każdej jego części, że potrafiliśmy wzniecić powstanie w Irkucku. I wreszcie – może trzeba też wspomnieć o czasach jeszcze wcześniejszych, o Rzeczpospolitej Obojga Narodów i Wielkim Księstwie Litewskim, które dziś wszak jest politycznym tworem o nazwie Białoruś. Czy to stulecia wspólnej historii, łatwiejszych kontaktów z rosyjskim imperium zdecydowały o tym “czymś”, co jest w ludziach od Syberii po Podlasie?

Dziwna sprawa i jeszcze bardziej pokrętne tłumaczenia, ale jest coś takiego w tych ludziach, że łatwiej się z nimi zbratać. Można pogadać, można posiedzieć i pomilczeć, można się zadumać – mam wrażenie, że ludzie Wschodu szczególnie lubią rozmyślania o losie (oraz wszelkie nostalgiczne piosenki). Nie wyobrażam sobie, abym kiedykolwiek była w stanie obcować na takim poziomie z Niemcem lub Anglikiem.

Andrzej Stasiuk w swoich esejach o Wschodzie wspominał, jak to za swoich nastoletnich czasów patrzył w stronę Bugu i powtarzał z namaszczeniem Tam jest białostockie. Synonim dziwnej, niejednoznacznej granicy świata, który zaczyna się się w Siemiatyczach i ciągnie aż po kazachskie lub nawet mongolskie stepy.

Może też chodzi o to, że na Wschodzie wszystko jest swojskie, bliższe, a jednocześnie – niełatwe. Trudności zaczynają się już na granicy, a potem trwają, bo tu z polskim paszportem nie można, a w ogóle to inostraniec powinien się zameldować w urzędzie migracyjnym i wykazać bumagą z pieczęcią, gdzie przebywał przez ostatnie dni. Zwykle kończy się to obchodzeniem przepisów, szukaniem ludzi, którzy wiedzą i gęstymi tłumaczeniami zbytymi machnięciem ręki urzędnika.

Może więc ta niedostępność czynią ze Wschodu dziwny, mityczny świat, w którym bohater musi pokonać przeszkody, aby dowieźć swej odwagi i przeżyć przygodę?

Nie wiem. Ale jadę tam znów.

3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
TomaszMonika RadzikowskaKarolina Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karolina
Gość

Mogę się pod tym podpisać obiema rękami…
choć Barcelona też urokliwa 😉
to wlaśnie na Wschód ciągnie jakaś przedziwna, tajemnicza sila mocniej, niż w inne strony…

Tomasz
Gość

Jest taniej niż na zachodzie, to często strony naszych przodków, a dla pewnego pokolenia, które uczyły się tego języka w podstawówce pewien stygmat, dzięki któremu łatwiej nam się odnaleźć tam. Nie tylko na Białorusi.