Jak zwiedzacie miasta? Kupujecie przewodnik czy dajecie się ponieść własnym krokom? Czy nie wyjedziecie bez zobaczenia głównych atrakcji bądź może jest wam wszystko jedno? Przeczytajcie moje refleksje z wieczornego spaceru po… Rzeszowie, który do tej pory kojarzył mi się tylko z najbardziej rozpoznawalnym pomnikiem na drodze w Bieszczady.

Po pokazie w rzeszowskim domu kultury ruszam w miasto. Do pociągu jeszcze niemal trzy godziny, więc snuję się po Starym Mieście, którego jakoś nigdy nie miałam okazji zwiedzić. Rzeszów zawsze był dla mnie miastem przelotowym, punktem na trasie w góry lub na Ukrainę. Opuszczam gwarny rynek i niespodziewanie dla samej siebie zatrzymuję się przed barem „Murzynek”. Skusiło mnie menu wystawione przed drzwiami, wchodzę. Za barem wiszą afrykańskie rzeźby i to właściwie jedyne nawiązanie do nazwy lokalu. W karcie zaś – kulinarna podróż dookoła świata. Peleton otwiera śledź po japońsku, czymkolwiek jest. Dalej – Ameryka, reprezentowana przez niezniszczalne hamburgery i hot-dogi. Podróż kończymy powrotem do domu: asortyment polski zaczyna się tradycyjnymi pierogami, a kończy poczciwym schabowym. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim zaplątał się jeszcze placek po węgiersku.

Do mnie przemówił żurek. Od kilku dni męczy mnie dziwne przeziębienie i nagle wizja ciepłej zupy zaprawionej kiełbasą i jajkiem wydała się niebywale kusząca. Podchodzę do baru, gdzie krótko obcięta pani liczy właśnie kasę.
– Czy już pani zamyka? – pytam zrezygnowana.
– No, właściwie to już za chwilę – odpowiada. Musiałam jednak bardzo smutno wyglądać, bo dodała zaraz – A co pani chciała? Żurek? To jeszcze zrobię, pani siądzie.
Siadam więc i gapię się trochę w telewizor, gdzie lecą akurat „Milionerzy” a trochę na pozostałych klientów baru, którzy są raczej po prostu znajomymi pani zza lady i mogą delektować się piwem po zamknięciu. Dostaję żurek, a Hubert Urbański z telewizora zadaje pytanie za dwa tysiące złotych.
– Wrzucenie z czego oznacza słowo “defenestracja”? Z pracy, z sejmu, przez okno czy przez drzwi?

Przyszła potencjalna milionerka na ekranie zastanawia się nerwowo, waha, w końcu bierze koło ratunkowe.
– Z pracy – odzywa się nagle jeden z klientów sączących piwo przy barze.
– Przez okno – mówię znad żurku.
– Przez okno? – dopytuje zdziwiony.
– No.
Kobieta na ekranie decyduje się zaufać głosowaniu publiczności i również wybiera opcję „przez okno”. Kiedy zapala się na zielono, piwosz z baru patrzy w moją stronę i kiwa głową z uznaniem. Ja tymczasem kończę żurek, żegnam się i wychodzę.

Idę przed siebie, snuję się bez celu, oglądając pomniki i kasztanowce. Na rozstaju dróg, gdzie chciałam skręcić w prawo, usłyszałam muzykę, więc odwróciłam się i skręciłam w lewo, za dźwiękami. W otwartym oknie jednej z knajp siedziało dwóch chłopaków – jeden grał na skrzypcach, drugi obsługiwał gitarę na zmianę z akordeonem, przy okazji śpiewając. Burza, która niedawno przeszła nad Rzeszowem oczyściła powietrze, ale wspaniałomyślnie nie ochłodziła przyjemnego wieczoru. Usiadłam na parapecie lokalu naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy. Z prawej siedział już tam młody chłopak w dresowej bluzie i czapce z daszkiem; może czekał na kolegów, może zaraz pójdą na piwo? Po lewej o parapet oparł się starszy, ale wyprostowany mężczyzna, z długą, białą brodą, w nieco już wypłowiałej koszulce z krótkim rękawkiem. Mógłby być lokalnym artystą lub po prostu miejskim indywiduum, na pewno jednak pracuje w kulturze. Popatrzył na mnie, gdy sadowiłam się na parapecie obok – przypadkowy wędrowiec z plecakiem, którego domem na dzisiejszą noc będzie pociąg relacji Rzeszów-Warszawa – i skinął siwą głową bez słów. Trzy osoby, każda z innego świata. Słucham koncertu aż do końca, a potem wstaję, wrzucam garść drobnych do wystawionego pokrowca od gitary i idę dalej, przed siebie, bez mapy, bez planu. Ostatnio często zwiedzam tak miasta – jadę gdzieś na prelekcję, potem wracam ostatnim pociągiem, aby rano być w pracy. W oczekiwaniu na powrót – spaceruję. Polubiłam to. Nikogo nie pytam o drogę, nikogo nie proszę o rady, co warto zobaczyć. Po prostu daję się ponieść moim krokom, w stanie lekkiego zmęczenia minionym dniem. Poznawanie miasta jest trochę jak poznawanie człowieka. Jeśli poznajemy kogoś przez wspólnych znajomych, zwykle coś o nim wiemy z opowieści. Ściskając mu rękę, mamy już pewien jego obraz, czasem może nawet opinię. Ten jest prawnikiem, ta archeologiem, ten dopiero co wrócił z Gwatemali. Kiedy spotykamy jednak na ulicy kogoś kompletnie obcego, nie wiemy o nim nic. Dowiadujemy się o nieznajomym drobnych, nieoczywistych szczegółów, małych sekretów, które sam zechce nam zdradzić. Z czasem, jeśli nasza świeża znajomość przetrwa, poznajemy go bardziej. Bywa jednak tak, że podstawowych, głównych rzeczy, które determinują jego rolę w świecie, dowiadujemy się dopiero dużo później, od jego przyjaciół i znajomych: „Jak to, nie wiedziałaś, że on prowadzi własny program radiowy? Nie wiesz, że przemierzył pieszo Australię? Nie słyszałaś, że przez rok był trenerem psów do zaprzęgów?”. My poznajemy go z innej, może nieco bardziej błahej strony – wiemy, jakie piwo lubi i że uwielbia chodzić po krawężnikach udając akrobatę. Z miastami jest tak samo. Na wielkie zabytki, na zamek, ratusz i rynek, które pokaże nam każdy przewodnik, jeszcze przyjdzie czas. Tymczasem można poznać to, co miasto samo zechce przed nami ujawnić, jak przypadkowy znajomy z ulicy. Rzeszów uśmiechnął się do mnie w twarzach pracowników domu kultury, pokazał kamienną, uśpioną sowę, zagrał dla mnie na skrzypcach, przywitał brodatym skinięciem głowy, pokazał cały świat skondensowany w jednym barze i poczęstował życzliwe żurkiem po godzinach.

Polubiłam Rzeszów. Jest całkiem miły.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o