Talerz z przekąskami wędruje po okręgu, podawany z rąk do rąk wokół ogniska. Kiedy dochodzi do mnie, biorę go i odruchowo mówię: Spasibo. Nie zdążyłam się zastanowić, nie zdążyłam zahamować przyzwyczajenia. Chłopak, który podał mi talerz, patrzy na mnie chłodno i poprawia: Dziakuju. Jestem we Lwowie, w roku dwa tysiące trzynastym. Do Majdanu jeszcze kilka miesięcy.

”Jedna Ukraina”

O tym, co się działo wtedy w Kijowie, wie cały świat. Krym, Donieck, wojna, europejskie zaniepokojenie i teoretyczne zawieszenie broni. Mimo że oficjalnie wojna się skończyła, na granicy wciąż słychać strzały, do czego mieszkańcy już zdążyli przywyknąć. Fala imigrantów napływająca do Polski. Dziś nie sposób pójść do Biedronki i nie usłyszeć wschodniego akcentu u pani kasjerki.

– U nas na Ukrainie nie przeżyjesz teraz za średnią pensję.

– Nie zdążyłam odebrać dyplomu, bo już spadały tam bomby.

– Popracuję tu jeszcze trochę, a potem może do Niemiec… Nie wiem, kiedy wrócę.

Żyć jakoś trzeba. Polacy jadą do Norwegii, Ukraińcy przyjeżdżają do nas. Typowy etos emigranta: praca po dwanaście godzin, żeby odłożyć jak najwięcej. Z drugiej jednak strony – wspomnienie wojny. Spośród Ukraińców, których spotkałam w Polsce nie ma ani jednej osoby, która nie straciłaby kogoś w Doniecku. Mąż, kuzyn, przyjaciele… Wszyscy poszli się bić za wolną Ukrainę i już nie wrócili.

W większości przypadków nie ma jednak nienawiści do Rosji. Nawet często rozmawiamy po rosyjsku. Na samej Ukrainie bywa już jednak różnie.

W roku dwa tysiące osiemnastym jestem już ostrożniejsza. Dziękuję po ukraińsku, próbuję podłapywać pojedyncze słowa i ich używać. Jeżeli nie wiem, jak coś powiedzieć, przechodzę na polski. Czasem, gdy nie ma innego wyjścia, z przepraszającym uśmiechem, wtrącam coś po rosyjsku tłumacząc, że nie znam tego słowa po ukraińsku. I tu, zależnie od poglądów rozmówcy, albo przechodzimy na rosyjski (to zazwyczaj w biznesie; chcesz wynająć pokój?), albo dalej uprawiamy gimnastykę. Zazwyczaj jednak każde z nas mówi w swoim języku. Przecież i tak się dogadamy. Zgodnie udajemy, że nikt nie zna rosyjskiego.

Na każdej mapie wyprodukowanej na Ukrainie Krym dalej jest żółto-niebieski. Donieck i Ługańsk też są na swoim miejscu. Ukraińcy uważają te tereny za wywrotowe, okupowane, ale nie stracone. Dalej są częścią ich kraju.

Jadąc przez zachodnią Ukrainę, można zaobserwować wybuch patriotyzmu. Dosłownie. Przez lata rosyjskich wpływów Ukraina była postrzegana jak kolejna prowincja wielkiego imperium, podobna do sąsiedniej Białorusi, która ma dziś gigantyczne problemy z tożsamością. Trzeba więc znaleźć bohatera. Jest etos Bohdana Chmielnickiego, ale to za mało. Daniel, założyciel Lwowa i pierwszy król, to postać zbyt odległa w historii. Na piedestale wylądował więc znienawidzony przez Polaków Stiepan Bandera, który wciąż jest bohaterem radykalnych kręgów. Jak jednak wiadomo od wieków, każda wojna generuje nowych bohaterów. I tym razem nie jest inaczej: Ukraińcy coraz częściej patrzą na wschód i widzą tam dzielnych wojowników, którzy umierają za swój kraj.

Etos współczesnego ukraińskiego bohatera nie siedzi na kamiennym koniu na postumencie, ale stoi wśród płonących opon. Nie trzyma w ręku szabli, ale zasłania się tarczą przed uderzeniami Berkutu. Potem wkłada mundur, do którego przyczepione są powiewające na wietrze niebiesko-żółte wstążki. Mundur często niekompletny, karabin jaki był pod ręką, bo jest ochotnikiem, wziął co było i przyjechał na front.

We Lwowie na rynku wystawa zdjęć nowych bohaterów. Nie ma Bandery, nie ma Chmielnickiego, teraz są oni – żołnierze polegli w walce z separatystami. Na fotografiach wszyscy uśmiechnięci lub wpatrzeni gdzieś w dal. Zwykli ludzie oddają życie za swój kraj, zdają się mówić zdjęcia.

”Jakby nie wojna” – wystawa na rynku we Lwowie

W Ivano-Frankivsku na każdym kroku atakują nas murale. Niebiańska Sotnia i niebiesko-żółte anioły. Na ulicach tłum ludzi. Trwa święto miasta. Każdy zaułek wypełnia muzyka. Kolejny wokalista wychodzi na scenę i po wykonaniu kilku numerów, krzyczy: Sława Ukrainie! Mieszkańcy mu wtórują zgodnym chórem. To święto miasta, zwykła europejska impreza jakich wiele na całym kontynencie, ale ten i ów założył na siebie barwy Ukrainy. Żeby było widać, żeby podkreślić, gdzie jesteśmy. W marszrutce kierowca słucha radia. Kiedy zaczyna się piosenka wychwalająca ukraińskie braterstwo i heroizm, podkręca głośność.

Niebiańska Sotnia na muralu w Ivano-Frankivsku

Niebiesko-żółtość jest wszędzie. Nie tylko na flagach czy patriotycznych koszulkach. Na żółto-niebiesko maluje się słupy wysokiego napięcia w zakurzonych wsiach, przez które biegnie główna droga. Na żółto-niebiesko maluje się krawężniki na rondach za miastem. Żółto-niebieskie są barierki na mostach, nawet tych zniszczonych, dziurawych i nie nadających się do użytku, na które strach jest wchodzić.

No i tryzub. Godło i duma. Jest wszędzie. Skąd się wziął, nie wiadomo do końca, to bardzo stary symbol, używali go jeszcze Rurykowicze w głębokim średniowieczu. Jedni mówią, że to raróg, mityczny słowiański ptak poświęcony ogniowi. Czymkolwiek by nie był, trójząb określa ukraińską tożsamość.

Howerla. Najwyższa góra Ukrainy. Tłum niczym na Rysach. Nic dziwnego, każdy chce osiągnąć najwyższy szczyt swojego kraju. Wdrapujemy się i prosimy jednego z licznych turystów o zrobienie nam grupowego zdjęcia. Za nami piękne widoki, widoczność idealna, jak rzadko w tym miejscu. Przypadkowy fotograf za tło wybiera jednak stojący na szczycie niebiesko-żółty obelisk, a potem nakazuje nam przesunąć się dalej, mówiąc:

– Może jeszcze tu. Z tryzubem.

Niebiesko-żółtość na Howerli

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Kamila | spiekua.pl Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kamila | spiekua.pl
Gość

Śmieją się ze mnie dziś w pracy, bo dokładnie w takie kolory jestem ubrana ;). Strasznie podobają nam się ukraińskie klimaty i żałujemy, że ledwo co liznęliśmy te rejony. Może uda zawitać na dłużej, przy okazji podróży do Rumunii!