Czarnobyl – miasto na Ukrainie, a od 1986 roku synonim wielkiej katastrofy w elektrowni atomowej, mającej porażające skutki dla całej Europy. Radioaktywny pył spadający z nieba, choroby i śmiertelność, wysiedlenia, budowa sarkofagu z betonu, zamknięcie strefy… Dziś jednak Czarnobyl jest nie tylko czarną kartą z historii Związku Radzieckiej energetyki, ale także ukraińską atrakcją turystyczną. Wielu amatorów opuszczonych miejsc przybywa do Kijowa, aby wykupić wycieczki i zaznać nieco alternatywnych podróży. Zapominamy jednak, że czarnobylska zona nie kończy się na granicy, ale… rozciąga się dalej.

Prypeć – rzeka czarnobylska

Narowla. Sklep, dworzec autobusowy, naprawdę dupa świata, jak napisał o tej miejscowości Mateusz Marczewski w Kolistych jeziorach Białorusi. Tekst co najmniej intrygujący, więc bardziej nie trzeba było mnie zachęcać. Tu, pod Narowlą, zaczyna się strefa czarnobylska od drugiej strony. Od drugiej strony. Południowe rubieże Białorusi ucierpiały w radioaktywnej katastrofie nie mniej niż sąsiednia Ukraina, o  czym często się zapomina. Bo tu nikt wycieczek do zony nie organizuje. Po drodze do miejscowości, marszrutka jedzie przez las, w którym co chwila migają żółte, ostrzegawcze znaki uprzedzające o skażeniu.

Po opisie Narowli spodziewałam się naprawdę dziury zabitej dechami. Tymczasem wysiadłam w typowym, trochę zakurzonym, post-radzieckim miasteczku. W miejscu, gdzie wszyscy się znają, ale znajdzie się miejsce dla kilku sklepów, paru prywatnych biznesów i podupadającego hotelu.

Jeśli zobaczysz kogoś, kogo nie znasz, natychmiast daj znać władzom. Strzeżmy granic razem! – głosi urzędowy plakat na dworcu. Zona to nie jedyna granica, przede wszystkim rzut beretem stąd na Ukrainę, skąd może zawsze napłynąć nielegalny element wywrotowy. Wróg nie śpi, a ty, obywatelu, czuwaj! W Narowli jest wszystko co trzeba: główny plac, wielki pomnik Lenina i przy nim budynek władz miasta. A do tego jeszcze, na dokładkę, gigantyczny sierp i młot.

Polka z plecakiem wędrująca główną ulicą od razu zwraca uwagę – turyści raczej tu nie docierają. Kiedy zatrzymałam się przed muzeum, dwie osoby podeszły do mnie i powiedziały, że warto je zwiedzić; ba, z budynku wyszła zaraz pani z kasy i też zaczęła zachwalać swoje miejsce pracy. Na szczęście wbrew plakatom prewencyjnym nie zostałam uznana za element wywrotowy; miejscowi podeszli do mnie z typową, białoruską życzliwością.

Czas zatrzymany w miejscu. Jeśli jednak dobrze poszukać, można znaleźć ślady świetności Narowli sprzed ery kamiennych Leninów. W głębi zaniedbanego parku, na skarpie nad Prypecią, stoi mocno podniszczony budynek. To ruina późnoklasycystycznego dworu Daniela Horwatta z XIX w. W posiadaniu tej rodziny było wiele pałaców i fabryk w rejonie mozyrskim, do którego należy Narowla. Dziś dostrzec jeszcze można zdewastowane budynki gospodarskie lub choćby ich fundamenty. W parku rosną lekko zdziczałe już drzewa owocowe – pozostałości po dawnym sadzie. Najlepiej zachowanym zabytkiem jest wieża od bramy wjazdowej do parku – biała, widoczna z daleka, przypomina o czasach świetności całego założenia. Jak wyglądał dwór Horwattów jeszcze w początkach XX w., możecie zobaczyć tutaj.

narowla

Zrujnowany dwór Horwattów w Narowli

Zachowana wieża z bramy wjazdowej do parku

Wróćmy jednak do czasów Czarnobyla.

– Czy ktoś tam wchodzi? Do rezerwatu?

– Dokąd?

– Noo… do zony.

– A. Ja to nie wiem, a po co?

Na brzegu Prypeci, przy głównej, przelotowej ulicy, stoi pomnik przypominający ofiary czarnobylskiej katastrofy. Poświęcony jest głównie wysiedleńcom, którzy musieli opuścić swoje domy i uciec ze strefy skażenia. Na kamieniu wyryto nazwy wszystkich wsi, które dziś już nie istnieją.

I tyle. Za pomnikiem, na plaży, rozkładają się miejscowi na kocykach – dzień jest bardzo słoneczny. Ustawiono nawet kilka prowizorycznych przebieralni i latrynę. Obok informacja o tym, żeby w wodzie zachować ostrożność i nie skakać na główkę. Po południu otworzy się budka oferująca kwas, piwo i lody. W wodzie już pierwsi amatorzy kąpieli, na razie jeszcze nieliczni. O wiele więcej jest rybaków.

Pomnik ofiar Czarobyla w Narowli

Wsie, których już nie ma.

Idąc skarpą nad Prypecią można szybko wyjść z miasteczka i zmierzać w stronę zony. Aż do posterunku straży, nie ma żadnych ostrzeżeń ani objawów zbliżania się do strefy zakazanej. Więcej tu rybaków szukających samotności i wczasowiczów z Narowli i okolic, którzy wzgardzili plażą, spakowali grilla i udali się w bardziej ustronne miejsce – tak daleko, jak da się wjechać samochodem.

Dziś Narowla jest sennym miasteczkiem nastawionym na rekreację związaną z rzeką. Prypeci nikt się nie boi, mimo że łączy się ze strefą zakazaną. I tylko puste budynki, które zobaczyć można z rzadka po drodze dają do zrozumienia, gdzie jesteśmy. O samej katastrofie pamiętają głównie starsi. I czasem mówią – o wysiedleniach, strachu i o tym, jak Rosjanie na granicy próbowali pociskami rozbić chmury, aby cały radioaktywny pył spadł tutaj, a nie w Rosji.

Puste budynki w okolicach zony.

Samo pogranicze jest zielone. Za Narowlą, poza pojedynczymi, niemal pustymi wsiami, nie ma nic oprócz natury. W samej zonie mieszkać nie wolno, choć ponoć wielu tam wraca. Głównie kłusownicy, gdyż jako pierwsze do zony przybyły zwierzęta. To wymarzone tereny łowieckie, a ponadto – spokój. Tylko na straż trzeba uważać.

Czas mija i wszystko wraca do normy. Wędrując przy granicy z zoną można odnieść wrażenie, że Białorusini także i tę katastrofę przyjęli na swój zwykły, spokojny sposób – bez komercji i rozkręcania biznesu, bez buntu i krzyku. Po cichu wszystko tu wróciło do normalnego życia: kamiennej twarzy Włodzimierza Iljicza, rybałki, zarośniętych chaszczami ruin i spokojnego odpoczynku na plaży w leniwe popołudnie. Zaraz po wychyleniu plastikowego kubeczka z kwasem. Bo żyć trzeba dalej, zwłaszcza w postsowieckim świecie.

Zona: przyroda wróciła jako pierwsza.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o