W kamienicy przy Rynku wybucha nieudany produkt alchemiczny zabarwiając budynek na czarno. Zazdrosna szlachcianka wydaje rozkaz obcięcia głowy służącej. Na starym cmentarzu pochowani zostają młodzi kochankowie, których nie oszczędziła wielka epidemia dżumy. A po ulicach snuje się Łucyk, samozwańczy lekarz, którego ścigają pracownicy zakładu dla umysłowo chorych. Gdzie to? Tylko we Lwowie!

Każde miasto ma swoje opowieści i legendy. Gród Lwa nie jest od tego wolny. Ba, można rzec, że jest pod tym względem wyjątkowy: tutaj legendy mieszają się z anegdotami i prawdziwymi postaciami, które niegdyś chodziły po jego ulicach.

Trumna, co po schodach lata

Żeby znaleźć ducha, nie trzeba odchodzić daleko od rynku. Pierwszą z opowieści znajdziemy już w budynku ratusza. Dumne górująca wieża przyciągająca dziś wzrok turystów była niegdyś świadkiem niecodziennych wydarzeń. Otóż w domu radców i sędziów pojawił się duch. Nie była to jednak typowa zjawa, ale… czarna trumna, która z hukiem zjeżdżała po schodach i przewalała się po ratuszowych korytarzach, wydając przy okazji straszne jęki niczym dogorywający skazaniec. Te zjawiska obserwował głównie nocny furtian i rodzina trębacza, mieszkająca w pokoiku w pobliżu wieży. Skąd się wzięła trumna? Dopiero po jakimś czasie skojarzono te nocne wypadki ze sprawą pewnego mężczyzny, którego sędziowie lwowscy niesłusznie skazali na śmierć.

Lwowski ratusz, mimo że obecnie odbudowany, stoi w miejscu poprzedniej budowli, gdzie straszył niejeden duch

Od tej pory na sędziowskiej księdze wypisano: Pamiętaj o trumnie, jak po schodach i salach ratusza latała, co miało skłaniać do refleksji nowe pokolenia ludzi sądzących innych.

Zbóje z Wysokiego Zamku

Najstarsze legendy dotyczą oczywiście lwowskiej warowni. Dziś pozostały po niej tylko ruiny ukryte w rozległym parku na górze. Pierwsze wzmianki pochodzą już z XIII wieku, lecz dotyczą sytuacji bardzo pechowej, bo obserwacji pożaru: I zajął się Chełm cały przez potępioną babę. I tak głupia baba podpaliła Chełm na tyle mocno, że widać go było ze szczytu Góry Zamkowej, oddalonej o 130 kilometrów. W ogóle lwowianie mieli tu dobry punkt obserwacyjny wszelkich tragedii i katastrof, bo oglądali stąd też pożar Stryja i Iwano-Frankiwska (w czasach, gdy ten ostatni zwał się jeszcze Stanisławowem).

Sam Wysoki Zamek polecił wybudować jeszcze król Daniel Halicki, ale ponoć było mu w nim zimno i niewygodnie, więc rozkazał nadać mu funkcje obronne, a mieszkanie przeniósł niżej, do Niskiego Zamku (nowego i bardziej lepiej spełniającego standardy mieszkaniowe wieku XIII).

Dowódcą obrony zamku był burgrabia Jak Białoskurski, człek ponoć uczciwy i szlachetny, czego nie można powiedzieć o jego synach: Wojciech i Mikołaj zajmowali się rozbojem i grabieżą i to głównie na swoich współobywatelach ze Lwowa. Do dziś krążą legendy na temat bajecznych skarbów, jakie bracia mieli ukrywać w zamkowych piwnicach pod nosem swojego ojca. Wreszcie król nakazał ich aresztowanie, ale straż nie zdążyła ich schwytać – zginęli bowiem którejś nocy w pijackiej burdzie.

Najhaniebniejszy ludzki czyn w całej historii miasta

Tym mianem określono czyn, jakiego dopuścił się mnich Albert Wiroziemski, który zawarł pakt z diabłem, oddając mu nie tylko swoją duszę, ale i ciało. Cała sprawa zaczęła się od tego, że Albert, jako młody kandydat do stanu duchownego, sfałszował papiery potwierdzające jego uprawnienia do udzielania sakramentów. Jeździł więc po wsiach, udzielając ślubów, chrztów i odprawiając pogrzeby – oczywiście za pieniądze.

Oszustwo wydało się bardzo szybko. A że formalnie mnich Albert wcale mnichem nie był, podlegał pod sąd cywilny, który skazał go na śmierć. Wtedy Wiroziemski, aby się ratować, zawarł pakt z diabłem. Jego tekst miał spisać własną krwią na ścianie swojej celi. Wyparł się w nim Boga i Matki Boskiej, a szatan, którego wezwał, został nawet nazwany z imienia: był to Wehlik, ukazujący się ponoć pod postacią młodego chłopca przychodzącego do skazańca przez ściany.

Kiedy strażnicy odkryli tekst cyrografu na ścianie celi, byli w szoku. Albertowi postawiono zarzut bluźnierstwa i czym prędzej spalono go na stosie.

Dumne szlachcianki

W historii Lwowa nie brakuje też postaci polskich szlachciców, dumnych i często przekonanych o swojej bezkarności i władzy. Bywało, że możni panowie dla rozrywki, przebrani za Tatarów, rabowali mieszczan. A pewnego razu do celi w Niskim Zamku trafiła szlachcianka Agnieszka Opacka. Przyczyną był rozkaz zamordowania służącej, który wydała. Służka była młoda dziewczyną o długich, jasnych włosach, co powodowało, że niejeden kawaler, niezależnie od swojego stanu, do niej wzdychał. Zazdrosna Opacka kazała dziewczynie odrąbać głowę, a gdy jej ją przyniesiono, rzuciła ją w kąt ze słowami: Nie była warta tak pięknych włosów.

Na szczęście są też historie mniej okrutne, ale zabawne. W XIX wieku, gdy Lwów dostał się pod zabór austriacki, nowi urzędnicy nie cieszyli się sympatią mieszkańców, szczególnie Polaków. W wyrażaniu pogardy przodowała Katarzyna Kossakowska. Gdy w jej domu pojawił się urzędnik żądając spłaty długu, w odpowiedzi szlachcianka wysłała mu swój srebrny nocnik. Rzecz jasna, z zawartością. Ponoć przekazała przez służbę wiadomość, że urzędnik może sobie go umyć i zatrzymać w ramach wyrównania rachunków.

Dawne austriackie kasyno. Tutaj szlachcice i szlachcianki przegrywali i pomnażali fortuny.

Czartowska Skała

Według tej legendy, na skale pod Lwowem zamieszkał smok. Smok, jak to smok, żądał codziennie jakiejś białogłowy, którą mógłby skonsumować na obiad. Chłopi załamywali ręce i płacili tę straszną daninę. Wreszcie, jak w każdej porządnej bajce, znalazł się rycerz, który potwora pokonał. Ale zrobił to sposobem: zgolił wąsy, przebrał się w damskie ubranie i udawał dziewoję złożoną w ofierze na obiad. Gdy smok rzucił się na niego, ten wyciągnął ukryty miecz i odrąbał poczwarze głowę.

Tylko na skale zostały odciśnięte smocze pazury.

Romeo i Julia w wersji ukraińskiej

Ukraińska wersja dramatu zaczyna się podobnie jak oryginalna: od Włocha przywożącego wino. Mikelini pochodzący z Krety, w ramach kontaktów handlowych przyjechał do Lwowa i z miejsca zakochał się w córce swojego odbiorcy – Pelagii. Na szczęście z wzajemnością. Mikellini zdecydował się zostać, ale niestety nie było mu dane żyć z ukochaną długo i szczęśliwie. Do Lwowa dotarła czarna śmierć, która dotknęła Pelagię. Mikellini mógł się ratować i uciekać, ale zdecydował, że będzie przy ukochanej do końca. Zmarli oboje.

Pelagia, jako prawosławna, została pochowana przy cerkwi. Mikellini – na cmentarzu katolickim. Zdążył jednak podyktować swoją ostatnią wolę, aby postawić im takie same nagrobki z napisem: Miłości nawet śmierć nie zwycięży.

Łucyk, Łucyk, daj receptę

Zdecydowanie największym indywiduum, jakie chodziło po lwowskich ulicach w drugiej połowie XIX stulecia był Łucyk. Samozwańczy lekarz, szarlatan, a trochę filozof pokroju Diogenesa szukającego ze świecą człowieka w tłumie, cieszył się u lwowian wielką sławą. Dbał o swoją opinię domorosłego uzdrowiciela, więc chodził obwieszony różnymi szkiełkami, amuletami i mistycznymi gwiazdami. W rękawie nosił ponoć żmiję, a swoich pacjentów zawsze leczył tą samą metodą – pastylkami własnej produkcji, których skład jest nieznany historii. Tabletkę obowiązkowo trzeba było zapić wódką. Sposób ten spotykał się z pozytywnym odbiorem leczonych i co dziwne, podobno często był skuteczny. Powstało nawet powiedzenie, że Jeżeli nawet Łucyk mu nie pomógł, to znaczy, że nie ma już nadziei. 

O Łucyku krążyło wiele anegdot. W jednej z nich pewna kobieta żaliła się znachorowi, że nie może zajść w ciążę. Łucyk chciał się dowiedzieć, czy były już takie przypadki w jej rodzinie, więc zapytał: Proszę mi powiedzieć, tylko szczerze: czy pani mama miała dzieci?

Dyplomowani lekarze, zdenerwowani nielegalnymi praktykami szarlatana, niejednokrotnie próbowali go sprawdzać lub ośmieszyć. W jednej z najbardziej znanych anegdot wysłannik lekarza przybył do Łucyka i zaczął się skarżyć na wymyśloną przypadłość: brak smaku w ustach. Znachor wybiegł na podwórze i przyniósł kozie łajno zawinięte o liść kapusty, które podał “choremu”, na co ten, przeżuwszy, wypluł je z obrzydzeniem mówiąc: Tfu, dałeś mi pan łajno! Na co Łucyk odparł: No widzi pan, jakie dobre lekarstwo, smak od razu wrócił.

Łucyk często balansował na granicy prawa i swoją nie końca legalną praktyką lekarską narażał się straży miejskiej, ale zawsze udawało mu się ich udobruchać lub uciec. Wreszcie znaleziono inne wyjście – zamknięto Łucyka w domu dla obłąkanych, ale nie zabawił tam długo. Wyrzucono go, gdy odkryto, że tworzy nową organizację parareligijną i odprawia dla wariatów liturgie.

 

Lwów to miasto pełne legend i opowieści. Żeby je odnaleźć wystarczy tylko… zagłębić się w jego stare uliczki.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o