Wzburzone morze trochę się uspokajało. Wreszcie można było wyjść na pokład i na horyzoncie wypatrzyć linię lądu. Pierwszym, co ukazuje się oczom, są cerkiewne wieże i mury klasztoru, który trwa w tym miejscu nieprzerwanie od pięciuset lat – mimo wojen, zmian ustroju, radosnych i smutnych kart historii Rosji. Dookoła wsi natomiast rozciąga się las. Północny las, w którym sacrum doszukiwano się jeszcze na długo przed dotarciem tutaj religii chrześcijańskiej. 

Rosja w pigułce

Mariusz Wilk napisał kiedyś, że Sołowki to taka Rosja w pigułce. Jest i władza, i Cerkiew, i kultura w muzeum, maleńki biznes i swojska mafijka, jest i szpital, i szkoła muzyczna, i bycza ferma, i prywatne krowy, i przedsiębiorstwo leśne, i nieduża fabryczka agar-agaru, jest milicja i areszt, jeno sąd bywa rzadko, czasami przylatuje (…) Na Sołowkach widać Rosję,  jak w kropli wody – morze. Bo Wyspy Sołowieckie to esencja i antycypacja Rosji zarazem. 

Mój pobyt na Sołowkach był znacznie krótszy niż wspomnianego wyżej autora. Ledwo co dotknęłam, trzeba było zaraz myśleć o powrocie. Lecz od razu, właściwie już od drogi, którą musiałam przemierzyć, aby tam dotrzeć, od koczowania w porcie, od płynięcia monastyrskim statkiem, czułam, że ma rację. Rosji objąć rozumem nie sposób – pisze z kolei inny pisarz, Tiutczew, wielokrotnie cytowany przez wielu, gdy rzecz się tyczy Wielkiego Imperium – W Rosję można tylko wierzyć. A Wilk na to, parafrazując: Rosję trzeba przeżyć!

Opowiem wam zatem, jak przeżyłam Rosję w pigułce.

Etap 1: Petersburg

Sankt-Petersburg. Piotrogród. Leningrad. Piter. Rosyjska stolica kultury, do której uciekają spragnieni artyzmu i pięknych kamienic zmęczeni Moskwą mieszkańcy i turyści.

Nie lubię tego miasta.

Jak każdy duży ośrodek ma wiele plusów, daje możliwości, ale ja nie po to jadę do Rosji. Dla mnie Petersburg jest trochę ładniejszą Moskwą. Pomniki historii, muzea, festiwale, imprezy, sklepy, pałace – a pośród tego wszystkiego niekończące się tłumy turystów i ci straszni naganiacze z megafonami, szukający nowych klientów na rejsy gondolą po kanałach Wenecji Północy. Petersburg to miasto nowoczesne, czerpiące garściami ze swej historii, podrasowane modnym dziś klimatem artystycznym. Kusi wycieczkami po dachu, reklamuje wszędobylskie koty i umieszcza je na magnesach obok soborów i pałacu zimowego. Nawet Ermitaż, tutejsza mekka kultury, obowiązkowy punkt programu, tym razem mnie przeraził – na galerii obrazów, zagubiona w tłumie Chińczyków, czułam się jak dziesięcioletnia dziewczynka na Stadionie X-lecia, gdzie mama szukała dla mnie nowych butów do szkoły.

Petersburg to współczesna, oficjalna twarz Rosji, jaką pokazuje się turystom w folderach. Powierzchowna, europejska do bólu i oficjalna.

Wsiadam w pociąg i uciekam.

Etap 2: Odległość

Pociąg to bardzo rosyjski środek transportu. Jest najpewniejszy i toczy się w nim życie. Można tak pokonać tysiące kilometrów, a przy okazji wyspać się i wypić rano herbatę zalaną wrzątkiem z samowaru. Pociąg, szczególnie wagon plackartnyj, najtańszy, bez drzwi między przedziałem a korytarzem, z bocznymi łóżkami w przejściu, to świat sowiecki na kółkach. Trzeba się socjalizować, trzeba przestrzegać ciszy nocnej, trzeba udostępnić kawałek przestrzeni sąsiadowi z górnej pryczy, aby mógł sobie pościelić łóżko. Trzeba przestrzegać grafiku toalety, zamykanej na stacjach. W pociągu toczy się normalne życie.

Etap 3: Port

Na Sołowki dostać się można dwoma sposobami: drogą lotniczą, przez port w Pietrozawodzku – a w sezonie nawet z Petersburga – lub morską, promem.

Z dworca Ładożskiego z Petersburga, po całej nocy jazdy na północ, dojechać można do miejscowości Kiem. W Kiemi nie ma nic, a jednocześnie jest wszystko – poczta, sklepy, dworzec kolejowy, nawet jakieś muzeum i dom kultury się znajdzie, choć na pierwszy rzut oka można ich rozpoznać. Kiem jest jednak tylko przystankiem – łapiemy marszrutkę, która po kwadransie dowozi nas do portu w Raboczeostrovsku.

I tutaj czas się zatrzymuje.

Raboczeostrovsk – odpływ, czas się zatrzymuje

Czekając na prom

Z Raboczeostrovska dwa razy dziennie pływają oficjalne, państwowe promy wożące ludzi i ich bagaże na wyspy (aktualny rozkład można znaleźć m.in. tutaj). Dobrze jest wcześniej zadzwonić do rezerwacji, by mieć pewne miejsce. Spontaniczne przybycie do portu i liczenie na łut szczęścia niesie za sobą ryzyko, że tego miejsca po prostu zabraknie – choć mnie i mojej towarzyszki to nie powstrzymało; byłyśmy pewne, że w Rosji zawsze znajdzie się sposób, by jakoś na te wyspy dopłynąć. Istnieją jeszcze prywatni przewoźnicy, lecz tu trzeba się liczyć z tym, że nikt nie wypłynie z grupą mniejszą niż 10 osób – mniejsza liczba pasażerów jest zwyczajnie nieopłacalna. Nadmienić należy, że koszt przeprawy (w tym także na oficjalnym promie) w ciągu ostatniego roku wzrósł niemal dwukrotnie! Dziś za podróż w jedną stronę (60 km, ok. 2 godziny rejsu) zapłacimy 1400-1600 rubli. Jeśli któryś z prywatnych przewoźników zaproponuje wam cenę przekraczającą 2000 rubli, należy to potraktować jako rozbój w biały dzień.

Kiedy przybyłyśmy do portu, łącznie z nami, amatorów na rejs była piątka. Ciągle za mało na opcję wynajęcia czegoś za rozsądne pieniądze. Dodatkowo Michaił, ochroniarz z portu, uprzedził nas, że kolejny zaplanowany rejs jest odwołany, gdyż właśnie zrywa się wiatr, a jutro będzie sztorm. W taką pogodę nikt nie chciał płynąć.

Zawsze podziwiałam Rosjan za jedną, szczególną cechę: potrafią czekać. Przeczekują wszelkie zawieruchy dziejowe, wojny, cara, bolszewików i komunistów. I tutaj moi przypadkowi towarzysze potwierdzili, że są prawdziwymi Rosjanami: czekali i patrzyli w dal z nadzieją, ale bez  paniki. Nie popłyniemy dzisiaj? Popłyniemy jutro. Jutro będzie sztorm? Możliwe, ale to niczego nie przekreśla. Wszystko się może jeszcze wydarzyć. Trzeba czekać.

I czekali. Dla kurażu pili wódkę z metalowych kieliszków, odprawiali pseudo-szamańskie rytuały, patrzyli w dal, jakby mieli ściągnąć do nas jakiś statek samym wzrokiem. I wiecie co? Ściągnęli.

Pod wieczór do portu zawinął ”Święty Mikołaj”. Prom monastyrski, wiozący mnichów i zaopatrzenie dla klasztoru. Zabierali też pasażerów. Miejsca dawno wyprzedane, ale gnębiony przez nas długi Michaił machnął ręką i rzekł:

– Przyjdźcie tu jutro o szóstej rano.

W krzakach, przy starych torach kolejowych, rozbiłyśmy namiot. Wieś powoli kładła się spać i tylko wiatr rozpędzał się coraz bardziej, odsuwając morze od brzegu i od starej ruiny, która w filmie Ostrov zagrała cerkiew, w której służył szalony mnich.

Przy brzegu znalazłyśmy jeszcze jeden namiot z młodą Rosjanką, również koczującą w nadziei na poranny prom. Zabrałyśmy ją do siebie.

”Cerkiew” – scenografia do filmy ”Ostrov” (ros. ”Wyspa”)

Widok na dom ”szalonego mnicha”

Etap 4: Morze

Wiatr się zrywał, a fale robiły się coraz większe. Piąty stopień w skali Beauforta to nic strasznego, ale jednak odbiega od normy na tyle, aby promy oficjalne zostały zawieszone, a prywatnym przewoźnikom nie chciało się podejmować ryzyka.

– A jak nie będą chcieli płynąć? – dopytuję Michaiła, gdy o szóstej rano punktualnie stawiamy się w porcie.

– To mnisi – zbywa moje obawy ochroniarz – Oni się pomodlą i popłyną w każdą pogodę.

Pasażerowie gotowi, a wraz z nimi – worki ziemniaków, buraków, arbuzy i wszystko, co się może przydać.

I faktycznie – ledwo odbiliśmy od brzegu, a natychmiast rozpoczęły się prawosławne koronki. Wśród pasażerów dużo było babuszek, kobiet leciwych, zakutanych w chusty, przesuwających w zadumie modlitewne paciorki. Zaraz też mnisi podjęli starocerkiewną pieśń, w którą my, pasażerowie na doczepkę, siedzący na ciasnych schodach, mogliśmy się tylko wsłuchiwać. Prom nabierał prędkości, a modlitwa stawała się coraz bardziej jednostajna, niczym mantra.

A potem wszyscy zaczęli rzygać.

W połowie drogi już nikt nie śpiewał; słychać było tylko pytania, kto ma plastikową torebkę. Zaopatrzył się w nią niemal każdy. Moja próba ucieczki na zewnętrzny pokład spełzła na niczym – ledwo otworzyłam drzwi, zaczęła przez nie chlustać woda. Byliśmy na pełnym morzu i tu fale były największe, nie było więc rady, trzeba było wziąć głęboki wdech i czekać, czekać, znosić swoje cierpienia jak Rosjanie, którzy wytrwale rzygali do plastikowych woreczków ściskając w rękach święte obrazki. Wreszcie, gdy fale się nieco zmniejszyły, udało mi się wyrwać na zewnątrz, co szczęśliwie pomogło utrzymać moje śniadanie w żołądku.

Wiatr targał kapturem, wciskał się pod ubranie mimo kilku warstw, co jakiś czas morze rzucało jeszcze jakaś falą na pokład, który kołysał się pod stopami jak dziecięca huśtawka i trzeba było balansować razem ze statkiem, aby się utrzymać. Mimo to, gdy na horyzoncie dostrzegłam wreszcie zarysy klasztoru, ucieszyłam się, że docieram tam właśnie w taki sposób. Miałam przed sobą taki sam widok, jaki miał car Piotr I, gdy odwiedzał Sołowki niemal trzysta lat temu.

No, może pomijając coraz bardziej widoczne rusztowania na cerkiewnych wieżach.

Ziemia!

Etap 5: Monastyr 

Na Sołowkach głównym ośrodkiem jest posiołek, wieś, zwana Sołowieckij. Tu można zrobić zakupy, ba, nawet kupić pamiątki, tu też znajdzie się jakiś lekarz (choć szukający prawdziwego szpitala dziś mogą się zawieźć), tu ma posterunek policja, jest nawet bank i kilka hoteli. Przede wszystkim jednak – klasztor. Prawosławny monastyr, rosyjska Częstochowa. To on organizuje na wyspach praktycznie cały ruch turystyczny. Ofert wycieczek po klasztorze i po sąsiednich, niezamieszkałych wyspach należy szukać w Biurze Pielgrzymkowym. Dominują tu pielgrzymi – ściągają z całej Rosji, aby zobaczyć twierdzę prawosławia, która oparła się nawet wojskom cara.

Powstały w XV w., rozwinął się z pustelni, którą założyło tu początkowo dwóch mnichów: Sawwatij i German. Szybko stał się potężną twierdzą – fortyfikacje do dziś budzą podziw. Mnisi stali się także samowystarczalną potęgą gospodarczą – handlowali solą morską, rozwijało się rybołówstwo. Archimandryci (przełożeni) klasztoru nominowani byli przez samego cara, uznawanego za zwierzchnika Cerkwi. Podczas wojen ze Szwecją klasztor zyskał potężne mury, a całe założenie przybrało kształt statku, który był religijną metaforą.

Tak było aż do wieku XVI, gdy w monastyrze pojawili uciekający przed represjami staroobrzędowcy.

W latach pięćdziesiątych XVI w. patriarcha Nikon wprowadził w prawosławiu reformy, ujednolicające rytuały oraz księgi liturgiczne. Nie spowodowało to się grupie wiernych, którzy woleli zostać przy starych tradycjach. Niestety, byli w mniejszości, co zapoczątkowało etap ich prześladowań. Tak narodzili się staroobrzędowcy (niektórzy z nich do dziś mieszkają także w Polsce, szczególnie w okolicach Suwałk), którzy z monastyru sołowieckiego zrobili swoją twierdzę. Na tzw. Czarnym Soborze oficjalnie odrzucili reformę Nikona, co zapoczątkowało zbrojny bunt. Regularnie wysyłali też listy do Moskwy nawołujące do nawrócenia i potępienie nowych regulacji.

Car Aleksy I oblegał klasztor przez osiem lat. Dopiero zdrada jednego z mnichów pozwoliła na jego zdobycie. Niemal wszystkich braci stracono.

Monastyr Sołowiecki – dawna twierdza staroobrzędowców

XVI-wieczne fortyfikacje klasztoru.

Ikonostas w monastyrskim soborze

Monastyr z powrotem stał się ostoją prawilnego prawosławia, choć wyplenienie dawnych poglądów nie było łatwe, a i do dziś na wyspach znaleźć można  ślady staroobrzędowców. Ale nie był to koniec jego problemów. Prawdziwa tragedia rozegrała się czterysta lat później, gdy pojawił się ktoś, dla kogo religia była czymś, co należało raz na zawsze wyplenić z tego świata.

W latach 1923-1939 na wyspach funkcjonował SŁON – jeden z pierwszych, modelowych wręcz obozów GUŁAG-u. Klasztorne zabudowania zamieniły się w więzienie. Mnisi odmówili opuszczenia swojej świątyni – początkowo pozwolono im zostać i pracować w swoim dawnym miejscu modlitwy, wkrótce jednak wszystkich rozstrzelano. Samych więźniów stopniowo przybywało i wkrótce nawet wielki monastyr nie wystarczył, aby im wszystkim zapewnić dach nad głową; zapędzono ich więc do budowy baraków, z których dziś ocalały dwa: w jednym z nich znajduje się muzeum SŁON-a, w drugim zaś – kawiarnia i sklep.

Mówiono o nich zeka. Z/k to skrót od zakluczonnyj, czyli człowiek trzymany pod kluczem. Więzień. Zeka pracowali w lesie, zajmowali się także gospodarką, która miała być modelowym przykładem dla innych obozów. Propagandowe filmy nakręcone na Sołowkach wywołały rozruchy na Ukrainie, gdzie pokazywano je w czasie wielkiego głodu; oburzenie budził fakt, że więźniowie mają się lepiej niż wolni obywatele. Sowieci padli więc ofiarą własnej propagandy – wykreowali zbyt piękny świat.

Tych, którzy w filmie nie zagrali, gnano do innych robót na chwałę robotniczego imperium – budowy biełomorkanału. Kanał miał łączyć Morze Białe z Morzem Bałtyckim. Podczas jego budowy zginęło tysiące zeków, zakopanych w miejscu własnej pracy i śmierci.

Jeden z baraków więziennych, dziś: muzeum SŁON-u

Pozory normalności: wydawano nawet przewodniki po Sołowkach, co miało stworzyć wrażenie szczęśliwego obozu, gdzie praca ma uszlachetniać i wszyscy czują misję.

Etap 6: Las

Monastyr stanowi centrum wsi, w której wystarczy wyjść na ulicę, aby spotkać kogoś znajomego. Nawet będąc tam tylko kilka dni, nie sposób tych znajomości sobie nie wyrobić: o, Katia i Swieta, płynęliśmy z nimi na promie, zbierają wodorosty, bo podobno lecznicze o, a to pani ze sklepu, wczoraj przepędzała pijaków, o, a ta z muzeum, ma ogromną wiedzę o łagrze, o, a to Jura, który nas podwoził na stopa, mieszka tu od osiemnastu lat, rzucił Petersburg, a tam Andriej z hostelu, zawsze można u niego przechować plecaki…

Posiołek – wieś rybacka, wiele znajdziemy też starych, umierających kutrów i łodzi…

Oprócz posiołka, jak wszyscy mówią o Sołowieckim (bo w sumie jest jeden i każdy wie, o co chodzi), są na wyspie jeszcze maleńkie dierevnie, czyli małe wsie, po trzy-cztery chałupy, niektóre nawet niezamieszkałe. Życie toczy się w posiołku. Jest tam nawet pole namiotowe – choć nieczynne po sezonie (co nie przeszkadza w rozstawieniu namiotu, gdyż jest to jedyny oficjalnie wydzielony teren we wsi, gdzie można to zrobić; niejednoznaczna jest także kwestia biwakowania w lesie; większość wyspy jest dziś rezerwatem i na pewno nie można rozbijać się ani palić ognia na plaży i na brzegach jezior).

Poza wsią jest las. Porasta wyspy, nawet morze niewiele mu wydarło na potrzeby stworzenia jako-takiej plaży. W lesie natomiast – słodkowodne jeziora. Między tym wszystkim – ukryte cerkwiewki, stojące na miejscach dawnych pustelni, tak jak Sekirna Góra, miejsce, od którego miał się zacząć cały ruch monastyczny na Sołowkach. Największe wzniesienie na wyspach, 71 m – nie imponuje, ale mimo to można z niej dostrzec odległy o piętnaście kilometrów monastyr w posiołku. A także morze drzew, jakie rozpościera się wszędzie dookoła.

Las jest cichy. Gdy budzimy się rano pod namiotem i cieszymy się, że nie pada już deszcz, dociera do nas, że nie słyszymy kompletnie nic. Ani tupania mrówek ani nawet… ptaków. Nic nie śpiewa, nic nie wydaje dźwięków. A przecież wiemy, że są tu zwierzęta, widzimy ślady ich obecności. Ale dźwięków nie ma żadnych. Zupełnie jakby bały się zakłócić świętą ciszę sacrum. Albo jakby pamiętały o ludziach, którzy umierali tu z wycieńczenia ścinając drzewa na chwałę klasy robotniczej. To tu, na Sekirnej Górze, świętej pustelni, rozstrzelano setki, jeśli nie tysiące więźniów sołowieckiego obozu.

Szlak prowadzący na wybrzeże

Jedno z wielu słodkowodnych jezior

Wodorosty podobno są dobre na wszystko

Na wybrzeżu, nawet tuż obok posiołka znaleźć można ślady świętości jeszcze sprzed okresu chrześcijańskiego. Tuż przy brzegu, w który rozbijają się fale Morza Białego, można podążyć szlakiem kamiennych labiryntów. Zanim dotarli tu Sawwatij i German, przybyli tu prehistoryczni myśliwi, i to już w połowie III tys. p.n.e. Dzisiejsza archeologia łączy ich Saamami – Lapończykami, zaś kolejną fazę zasiedlenia – z przodkami plemion ugrofińskich (więcej informacji możecie znaleźć tutaj). Saamowie zostawili po sobie liczące 3-4 tys. lat… kamienne labirynty. W całe północnej Rosji jest ich 45, z czego aż 29 odnaleziono na Sołowkach – niektóre znajdują się na głównej wyspie, większość odnajdziemy jednak na Anzerze oraz Wielkiej Zajęczej Wyspie, należącymi do sołowieckiego archipelagu. W jakim celu je wybudowano – do tej pory nie wiadomo. Z uwagi na brak ich praktycznej roli, łączy się je z celami religijnymi, które trudno nam dziś odtworzyć. Wiązały się jednak w ludzkiej świadomości ze strefą sacrum już od dawna, bo jeszcze w XV w., Pomorcy, mieszkańcy północnej Rosji, ostrzegali mnicha Sawwatija przed osiedlaniem się na wyspach argumentując,  że nie jest to miejsce dla człowieka.

Tajemnicze labirynty Lapończyków

Święte czy przeklęte?

Sołowki to Rosja w miniaturze. A może wręcz: historia ludzkości w pigułce? Pożegnały nas słońcem, piękną pogodą i spokojnym morzem, choć wcześniej zsyłały na nas sztormy, deszcze i wichry. Wyspy są jedną wielką zagadką – znajdziecie tu miejsca od zawsze święte, których naruszenie w przeszłości oraz ludzkie cierpienia spowodowały, że Sołowki trudno potraktować jednoznacznie. Jest w nich jednak coś, co przyciąga jak magnes. I to nawet przez morze.

Sołowki: Rosja w miniaturze.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o