Puszcza Białowieska po stronie białoruskiej otworzyła swe granice dla turystów już jakiś czas temu, więc czas było nadrobić zaległości. Tym bardziej, że okazja była idealna – trwała Maslenica, prawosławne święto końca zimy!

Białoruś: czerwonookie żubry witają 😀

Właściwie to Puszcza była po prostu najbliższą wschodnią “zagranicą”, gdzie mogłabym zobaczyć, jak się wita wiosnę. Obchody zaplanowano w wielu miastach Rosji, Białorusi i Ukrainy, a ja wybrałam te, które miały się odbyć w… oficjalnej siedzibie Dziadka Mroza, niedaleko wsi Kamieniuki. Dwie pieczenie przy jednym ogniu: ludowy festiwal i białoruski Disneyland.

Żeby wjechać do Puszczy za granicą, należy wyrobić sobie przepustkę, najlepiej przez stronę białoruskiego odpowiednika Białowieskiego Parku Narodowego. Wpłacamy równowartość 30 ichniejszych rubli (ok. 50-60 zł) i po odczekaniu 1-3 dni roboczych na maila dostajemy dokument. Ważne: zadbajcie o to, aby dane w formularzu były identyczne z tymi w paszporcie we wszystkich aspektach. Potem zostaje nam tylko wykupienie ubezpieczenia. Można to zrobić na przykład w Białowieży, w hotelu “Białowieski” od ręki. Koszt to 20 zł. I już! Paszport w rękę i możemy jechać na maksymalnie 3 dni. Obowiązujące nas, pieszo-rowerowe przejście graniczne (które trzeba też wskazać w formularzu na stronie) to Białowieża-Pierierow. Uwaga! Granica nie jest całodobowa! Czynna jest od 8:00 do 18:00 czasu polskiego.

Od gospodarzy pożyczyłam rower – stary, rzężący, niebiesko-biały z dumnym napisem Ranger na ramie. Kiedy podjechałam do granicy, zatrzymałam się przed szlabanem czekając na jego otwarcie. Naprzeciwko mnie, po stronie białoruskiej, oczekiwała grupka mocno nieletnich piłkarzy.

– Was nie propuskajut! – zawołał do mnie jeden z nich – Nie przepuszczą pani.

Zaśmiałam się, chwilę później otwarto szlaban i każde z nas ruszyło w swoją stronę. Polacy odprawili mnie szybko. Strona białoruska jak zwykle nie zawiodła i coś na mnie znalazła.

Pogranicznik długo wpatrywał się w mój paszport i formularz, skanował go kilka razy, potem zniknął gdzieś, a po powrocie powiedział:

– W formularzu jest błąd. Jest wpisane Monika, a powinno być Monika Katarzyna, jak w paszporcie.

No pięknie, pomyślałam, smarkacz wykrakał. Drugie imię nigdzie nie jest potrzebne, a tu oczywiście, na wschodniej granicy nagle okazuje się czymś arcyważnym. Chwila tłumaczenia, uśmiech w stylu “nie wiedziałam” i pogranicznik, pouczając mnie, aby na przyszłość wpisywać wszystkie możliwie imiona i familie, przepuścił mnie na białoruską stronę.

Zaraz za punktem granicznym jest informacja turystyczna, gdzie możemy odebrać kwit potwierdzający zakup usługi turystycznej (wizyta w muzeum etnograficznym oraz w siedzibie Dziadka Mroza). Tak, formalnie rzecz ujmując wejściówka na Białoruś równa się opłacie za usługi turystyczne, w które wlicza się także poruszanie po szlakach wschodniej części Puszczy. Razem z kwitem dostaniemy też mapkę z proponowanymi trasami turystycznymi, które w praktyce, dla rowerzystów, są jedynymi dostępnymi. Wszelkie objazdy i drogi alternatywne mogą spowodować, że natrafimy na szlaban lub zakaz wjazdu rowerem. Po Puszczy krążą też patrole służby granicznej. Dla rowerzystów, ciekawostka: wszystkie dostępne dla nas drogi są wyasfaltowane.

Rowerem do Dziadka Mroza

Ranger przewiózł mnie fragmentem Carskiej Drogi – to główna trasa biegnąca od granicy na wschód, którą carowie zmierzali do Puszczy na polowania. Ozdobiona jest imperialnym, dwugłowymi orłami. Moim głównym celem była jednak siedziba oficjalnego Dziadka Mroza, leżąca jakieś 10 kilometrów od przejścia granicznego. Trwała tam akurat Maslenica.

carski trakt

Carski Trakt

Maslenica swoimi korzeniami sięga czasów starosłowiańskich. Według ludowych podań, była to dziewczyna, córka Dziadka Mroza, który kiedyś wcale nie był wesołym odpowiednikiem Świętego Mikołaja rozdającego prezenty. To był prawdziwy władca Zimy przez duże “Z”. Maslenica, jako jego córka, również najlepiej się czuła wśród zasp, choć miała w sobie wiele radości i ciepła. Była symbolem pocieszenia dla ludzi, którym pomagała przetrwać surową porę roku.

Ludowa tradycja, wraz z nadejściem wiosny, nakazuje pożegnać zimę. Wykonywano wówczas kukłę Maslenicy, którą później spalano na stosie (trochę jak czasem u nas postępowano z Marzanną). Święto to jest pełne sprzeczności: z jednej strony kukła symbolizująca córkę Dziada Mroza powinna być jak najpiękniejsza, z drugiej – tuż przed spaleniem obrzucano ją wyzwiskami. Maslenica miała zabrać ze sobą wszelkie zło. Wiosna była okazją do rozpoczęcia nowego życia, z czystą kartą. Biedna Maslenica nie ma z ludźmi łatwo, musiała to wszystko zabrać!

Maslenica przygotowana do pożegnania

Bilet na białoruską stronę parku narodowego obejmuje też wstęp do siedziby Dziadka Mroza, który również świętuje. Wejścia strzegą zielone elfy (trochę kopia siedziby Mikołaja), a za bramą czeka nas spacer przez ogród pełen bajkowych postaci, które zostały tu przygarnięte lub zaproszone. I tak, znajdziemy królewnę zaklętą w żabę, polanę Dwunastu Miesięcy, czarodziejski młyn, Babę-Jagę, nawet smoka i kręcące się tu i ówdzie Śnieżynki. Część postaci to rzeźby, inne – animatorzy, którzy, gdy tylko wyczują większą grupę turystów – zachęcają ich do zabawy, stawiają przed nimi zadania i prowadzą rozmowę. Przed domem Dziadka Mroza zaś należy trzy razy krzyknąć z prośbą o jego pojawienie się – i wówczas wychodzi do nas władca tej krainy, w odświętnym ubraniu, gotów na sesję zdjęciową. W skarbcu zaś, znajdującym się pod koniec naszej wędrówki, zostaniemy obdarowani prezentem.

Jeden z Dziadków Mrozów i jego pomocnicy

Smokom precz!

Polana Dwunastu Miesięcy

Zaprzęg z reniferami? Święty Mikołaj to cienias, sanie Dziadka Mroza ciągnie łoś!

”Co ta Śnieżynka znowu wstawiła na insta?”

Przeszłam białoruski mini-Disneyland i wróciłam na zewnątrz, gdzie pod płotem trwała impreza z okazji końca zimy. Właściwie nie była zbyt duża, ale miała całą, skondensowaną tradycję: było gdzie zjeść obowiązkowe na Maslenicy bliny, czyli naleśniki, była scena, z której leciało białoruskie folk-disco, były też gry i zabawy zręcznościowe: rzucanie polanami w stosy innych polan drewna, walka na poduszki na kłodzie oraz… próby wejścia na kilkumetrowy pal, w celu zdobycia zawieszonej na samym szczycie nagrody (mimo, że kilku panów próbowało różnych technik, nikomu się nie udało).

Wreszcie, w kulminacyjnym momencie, prowadzony przez orkiestrę, zza bramy wyłonił się sam Dziadek Mróz ze swoją rodziną i orszakiem. Miał pożegnać Śnieżynkę, swoją żonę Matulę Zimę oraz trzy śnieżne córki. Cała banda wracała na czas wiosenno-letni  na koło podbiegunowe, aby tam czekać na kolejne rozpoczęcie gwiazdkowego sezonu. Sam Dziadek Mróz zostawał na miejscu (ktoś musi pilnować interesu).

Przy okazji, okazało się, że trafiłam na… ogólnobiałoruski zjazd Dziadków Mrozów! Był reprezentant z Brześcia, z Mińska, znad Kanału Augustowskiego. Z Witebska nie dojechał, ale podpisał się na dokumencie, który ustanawiał sojusz wszystkich gwiazdkowych władców zimy z Białorusi. Jak dla mnie hitem tego wydarzenia był jednak Dziadek Mróz Partyzant z czerwoną gwiazdą zatkniętą na kij – wschodni świat nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać w gorliwości manifestowania swojego ulubionego koloru.

Idą!

Pociąg na biegun już gotowy

Czytanie sprawozdania z posiedzenia Dziadków Mrozów. Po prawej: towarzysz Dziad Mróz Partyzant

Przemówienie wygłosiła jeszcze Matula Zima, która potem, wśród wiwatów, razem ze Śnieżynką i swymi córkami odjechała na biegun traktorem przerobionym na parowóz, obiecując, że wróci na kolejne święta. Publiczność żegnała ją brawami i okrzykami…

…a następnie spaliła jej symboliczną kukłę na stosie. Maslenica, znak odchodzącej zimy, była przygotowana już od rana. Ludzie doczepiali do niej także własnoręcznie wykonane, małe kukiełki. W kulminacyjnym momencie elfy podlały ją benzyną, dzięki czemu zapłonęła niczym wiedźma na stosie, podczas gdy jej ludzki odpowiednik wsiadał do parowozu. Cudowne połączenie komercji z tradycją – może i zatrudniamy aktorkę grającą Matulę Zimę, ale obyczaj obyczajem, trzeba palić!

Elfy jak zawsze od czarnej roboty

No i puff – spłonęła, ku uciesze gawiedzi

Ledwo podłożono ogień, niebo się zachmurzyło. Gdy kukła już się dopalała, nie czekałam dłużej: wskoczyłam na rower i pognałam do granicy. Wyjeżdżając na drogę, czułam na twarzy pierwsze krople deszczu.

Zima się wkurzyła. Tylko która?

Czaj i bliny – Maslenica w pełni, mimo deszczu

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o