Przekraczanie granic zawsze trochę mnie stresuje, szczególnie tych na wschodzie. Bo nawet, jeśli papiery są w porządku, to nigdy tak do końca nie wiadomo, czy aby na pewno. Teraz miałam przekroczyć granicę państwa nieuznawanego, tego „innego świata”, ostatniego bastionu sowieckości. Zamiast stempelka w paszporcie dostałam karteczkę z rejestracją pod adresem, który nawet nie wiem, czy istnieje.

Pomnik Suworowa – centralny punkt Tyraspola

Znowu jadę pociągiem. Niecałe dwa lata temu siedziałam w pociągu do Rzeszowa i zastanawiałam się, od czego zacząć tekst o Białorusi. Tym razem jadę na Mazury, zmrok już zapada za oknem, w Szczytnie czeka mnie przesiadka, bo to ostatni dzień komunikacji zastępczej (załapałam się, cóż za szczęście) i zastanawiam się, jak zacząć pisać o Naddniestrzu.

Pod wieloma względami ten nieistniejący kraj ma bardzo wiele wspólnego z Białorusią. Na przykład czyste ulice. To chyba od razu rzuca się w oczy, gdy przekraczamy oficjalnie nieistniejącą granicę między Mołdawią a Naddniestrzem. Nie jest to oczywiście świat idealny, lecz różnica jest widoczna. Wszędzie też pełno sowieckiej symboliki – od godła poczynając na pomnikach Lenina w każdym mieście kończąc. Niby Europa, niby turyści dojeżdżają w autokarach, fotografować można  i nikt nie wygraża nam kałasznikowem na każdym przejściu dla pieszych – ale czuć wyraźnie wzrok wielkiego brata zza wschodniej granicy.

– U was trochę podobnie jak na Białorusi – mówię do małżeństwa, które zabrało mnie na stopa spod Rybnicy.

– Podobnie, podobnie, tylko baćki Łukaszenki brak! Żeby tu był taki, to byłoby dobrze!

Pierwszy raz w życiu spotkałam ludzi, dla których Białoruś jest wzorem państwowości.

Bumaga

Jak w całym post-sowieckim świecie, podstawą formalności jest papier. Konkretnie: jedna, niewielka karteczka, którą dostaje się na granicy.

Do niedawna jeszcze wjeżdżanie do Naddniestrza wiązało się z dość restrykcyjnym ograniczeniem czasowym – na dobę, trzy lub pięć dni. Do tego dochodził obowiązek meldunkowy, a każde przedłużenie pobytu musiało być zgłoszone na policję. Dzisiaj na granicy wystarczy podać adres (którego i tak nikt nie sprawdza) i można dostać wejściówkę na maksimum czterdzieści pięć dni. Przy wyjeździe karteczkę oddajemy. Jej zgubienie wiąże się z niewygodnymi pytaniami i co najmniej mandatem. Warto dodać, że Mołdawia nigdy nie uznała odłączenia się Naddniestrza, więc przejeżdżając rzekę napotkamy tylko jedną kontrolę celną. Jeżeli wjeżdżamy do nieistniejącego państwa od strony Ukrainy, należy zalegalizować swój pobyt na pierwszym dostępnym mołdawskim posterunku. Jeżeli chcemy przez Ukrainę wyjechać – cóż, pieczątki wyjazdowej z Mołdawii nie dostaniemy. Konsekwencje? Jeżeli kiedyś tam wrócę, to dam wam znać.

– Nasze prawo jest kalką z prawa rosyjskiego – mówi mi goszczący mnie w Tyraspolu Dima – Jeżeli jakiś przepis pojawia się w Rosji, natychmiast przechodzi do nas, tyle tylko, że zmieniają słowa ,,Federacja Rosyjska” na „Naddniestrzańska Mołdawska Republika”.

Symbolika wciąż żywa.

Jak się zaczęło

Dima powiedział mi, jaką marszrutką mam się dostać do twierdzy w Benderach. Jeszcze do niedawna w Internecie aż huczało od informacji o zakazie jej fotografowania, dziś jednak da się do niej podjechać, a ponoć nawet zwiedzić. Dima radził mi wysiąść zaraz za mirotworcami.

– Mirotworcy? A co to? Jakiś pomnik?

– Nie, to pokojowej wojska rosyjskie, pilnują, żeby nie było znów wojny.

Symbolicznie.

A więc w tym świecie to Rosjanie są wojskami pokojowymi. Do twierdzy nie dojechałam. Wysiadłam wcześniej, w jakiejś wiosce, której nazwy nawet nie pamiętam, między Tyraspolem a Benderami. Nie wiem czemu. Zaczęłam spacerować zakurzonymi ulicami robiąc zdjęcia opuszczonych, zrujnowanych domów. A było ich dużo. W pewnej chwili dostrzegłam, że patrzy na mnie staruszka zamiatająca ulicę przed swoim płotem. Wystarczyło powiedzieć „dzień dobry”.

– Tutaj, o, o mój płot kule się rozbijały, jak strzelali ci z Mołdawii. Ale komu ta wojna potrzebna była? Nikomu! Tylko się pozabijali i już.

W 1990 roku po wschodniej stronie Dniepru narodziło się państwo. To był czas, gdy wszystkie kraje w tym regionie łapały oddech po długim bezdechu pod znakiem Związku Radzieckiego. Nagle rozpadła się jedna wielka sowiecka rodzina i na nowo trzeba było się określić. Na fali były narodowe symbole, pieśni, język i wszystko, co do tej pory było spychane i tłamszone w imię jednolitej ideologii. Nagle, w nowym, mołdawskim państwie, język rosyjski przestał być popularny. To właśnie nastroje narodowościowe miały być przyczyną strajków i protestów części społeczeństwa, która większy związek czuła z Ukrainą i Rosją.

Jeden z wielu opuszczonych domów.

– Ludzie bali się, że wrócą tu nie tyle Mołdawianie, ale Rumuni. Do niedawna Mołdawia była częścią ich kraju. A rumuńska okupacja podczas drugiej wojny światowej była straszna, ponoć nawet gorsza od niemieckiej – mówi mi Uljana. Jest Rosjanką, z Tyraspola pochodzi jej mąż, dlatego tu osiadła niemal czterdzieści lat temu. Wojnę z lat dziewięćdziesiątych uważa, jak wielu tutaj, za celne manipulowanie tłumem i szafowanie poczuciem wolności.

Bo właśnie pod hasłem wolności i swobody zbudowano ekspozycję w tyraspolskim muzeum historycznym. Najpierw oglądam zabytki i mapy z wieku XIX – wszystkie mają jeden cel: udowodnić, że tożsamość naddniestrzańska i powiązanie z Imperium to nie wymysł lat dziewięćdziesiątych, ale historia o wiele dłuższa, sięgająca czasów podboju tego skrawka świata przez Katarzynę II i Suworowa. Przez cały XX wiek, Wielką Wojnę Ojczyźnianą przechodzę do najważniejszej części muzeum, gdzie trzy obszerne sale pokazują sztandary, zdjęcia i dokumenty z etapu walki Naddniestrzan o wolne państwo. Mołdawia przedstawiana jest jednoznacznie jako agresor, a ofiary wojny opisuje się jako ofiary mołdawskiej inwazji.

Sztandary eksponowane w muzeum

Zdjęcia można podzielić na dwa rodzaje, które można znaleźć w albumach z dowolnej wojny: młode chłopaki, z dumą prezentujące broń oraz ruiny, ciała na ulicach, matki opłakujące synów. Zwieńczeniem wystawy są zdjęcia portretowe bohaterów wojny – przy każdym z nim wpisana jest narodowość, zwykle są to Ukraińcy i Rosjanie, paru Niemców, żadnego Mołdawianina. W większości młodzi, wierzący w ideę ludzie, którym powiedziano, że tam za Dnieprem są faszyści.

Trudno było mi spotkać kogoś, kto brał udział w tamtej wojnie, zarówno po mołdawskiej, jak i po naddniestrzańskiej stronie. Kto mógł, nie stawiał się na wezwanie bądź wyjeżdżał za granicę, aby nie musieć strzelać do brata, kuzyna, przyjaciela.

– Moja babcia tam mieszkała, za co ja miałem walczyć i z kim? Z jej sąsiadami, co węgiel jej przywozili w zimę?

Wojna toczyła się w obrębie Tyraspola i Bender. Podczas gdy stolica nowego państwa rodziła się wśród huku wystrzałów, strachu i gruzów, na północy panowała cisza.

Raszków. Siergiej wyciągnął rękę w kierunku Dniepru i pokazał mi wieś widniejącą na drugim brzegu.

– Widzisz, to Vadul-Raszków, czyli po prostu Raszków Za Rzeką. Kiedyś to było jedno. W dawnych czasach mieszkali tam Turcy, jeszcze po nich olbrzymie piwnice pod domami zostały. I Polska też tu była, stąd tyle u nas osób o polskich nazwiskach. Potem tu była Rumunia. Po wojnie okazało się, że to już Mołdawia. A w latach dziewięćdziesiątych huknęło, że w Tyraspolu wojna. U nas też paru wojskowych czasem patrolowało ulice, ale to byli swoi, miejscowi, spokojnie było. I u nas, i za rzeką też. Braliśmy łódkę, wypływaliśmy na środek, spotykaliśmy się z tymi z Vadul-Raszkowa i piliśmy razem wino. Nikt do siebie nic nie miał i dalej nic nie ma.

Na terenie Naddniestrza stacjonowało rosyjskie wojsko, które oficjalnie nie angażowało się w konflikt. Stanęło po stronie separatystów dopiero w chwili, gdy naddniestrzańskie kobiety przyszły prosić ich o pomoc. Piękny obrazek, żołnierze litujący się nad zapłakanym narodem, w chwale ruszają na odsiecz. W imię wolności, równości, niezależności. Aby bronić mieszkańców.

– Mołdawianie zamordowali dzieci w szkole, to trzeba było się bronić. Tak było, w telewizji pokazywali. – powiedziała mi staruszka zamiatająca ulicę.

Mord na dzieciach zmobilizował nowych ochotników Naddniestrza. Czytałam o tym, podobnie jak o tym, że po wojnie nikt nie potrafił wskazać cmentarza, na którym pochowano uczniów, a przedstawiciele władzy nie mogli sobie takiego wydarzenia w ogóle przypomnieć.

Mauzoleum w Tyraspolu – upamiętnia żołnierzy II wojny, żołnierzy z Afganistanu, ofiary katastrofy w Czarnobylu oraz poległych za Naddniestrze.

Jak jest dzisiaj

– Dima, a ty jesteś etnicznie kto?

Dima nie zrozumiał. Musiałam doprecyzować pytanie.

– Aaa, chodzi ci o naród. Etnicznie jestem Ukraińcem, ale nie ma to żadnego znaczenia, tu wiele osób uważa się po prostu za obywateli Naddniestrza. To nam wystarcza. Choć paszport mam rosyjski, bo z naszym nigdzie nie można wyjechać. Ale robię teraz mołdawski, bo chcę do Europy, jeszcze mało podróżowałem.

Dima jest pełen entuzjazmu. Przyjechał z prowincji i dla niego Tyraspol jest centrum świata. Studiuje na uczelni, która da mu zarówno dyplom naddniestrzański, jak i rosyjski – bo z tym pierwszym niewiele zrobi. Naddniestrza prawie nikt nie uznał. Oprócz ambasady Rosji w stolicy działa jeszcze ambasada Abchazji i Osetii.

Potrzebujesz paszportu? Nie ma problemu – rosyjskie, rumuńskie, mołdawskie, ukraińskie – wszystko w jednym miejscu!

– Dla młodych nie ma tu perspektyw – mówi Uljana. W przeciwieństwie do Dimy przeżyła już dużo i nie ma złudzeń – Są wykształceni, a nie ma pracy. Nie mogą się rozwijać. Ceny są niewiele niższe niż u was, a pensje głodowe. Dlatego wielu emigruje. Do Moskwy, ale i do was, do Polski.

Wszędzie Leniny, Gagariny, generał Kotowski patrzy z pomnika w zapyziałym parku. Dom Sowietów, wieczny ogień, mauzoleum, w którym pierwsze skrzypce wyjątkowo nie są grane przez bojowników Wielkiej Ojczyźnianej, ale przez ofiary mołdawskiej inwazji. Miasto jakich wiele… w Rosji. I tylko porządek większy, co widać wyraźnie, gdy wjeżdżamy od strony Mołdawii. Stąd Naddniestrze budzi skojarzenia z Białorusią.

Dom Sowietów, Tyraspol

Lenin z Rybnicy

W Tyraspolu rządzi Sheriff. To holding, który skupia w ręku chyba wszystkie gałęzie gospodarki. Przeciętny Naddniestrzanin robi zakupy w supermarkecie Sheriff i tankuje sheriffowską benzynę. Posyła swoje dziecko do sheriffowskiego klubu sportowego i od Sheriffa może nawet wynająć kort tenisowy, a potem upić się koniakiem Kvint, który ciągle należy do tego samego władcy wszystkiego. Zazwyczaj też przeciętny obywatel ma telefon w jedynej słusznej sieci, gdyż w Tyraspolu działają nadajniki zakłócające sygnał z Mołdawii. Konto w banku też jest spod znaku gwiazdy Sheriffa, gdyż pozostałymi kartami w większości miejsc nie da się zapłacić. Najbezpieczniejsza dla turysty jest tu gotówka, którą można zakupić tylko tu. Czasem może też się zdarzyć, że spotkamy… plastikowe pieniądze, które jeszcze nie tak dawno temu produkowano w Naddniestrzu i ciągle można nimi płacić.

Sheriff rządzi!

 

Naddniestrzańskie plastikowe pieniądze

– Czy da się tu żyć? – odzywa się Uljana po chwili, gdy zadaję jej to pytanie – Jasne, że tak. Ludzie przeżyją wszystko. A przeżyliśmy już najgorsze. Wszyscy narzekamy, ale czy u was ludzie nie narzekają? Damy sobie radę. Jak wszędzie i jak zawsze.

cdn.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o